Выбрать главу

Seanchanie w końcu przybędą do Andoru. Do tego czasu wojska Randa prawdopodobnie ulegną osłabieniu i rozbiciu w walkach, ich przywódca być może polegnie. Znowu poczuła skręt w sercu na tę myśl, ale nie wzdragała się przed prawdą.

Andor będzie wspaniałym łupem dla Seanchan. Kopalnie i bogate ziemie jej królestwa będą je kusić, podobnie jak bliskość Tar Valon. Podejrzewała ponadto, że ci, którzy mienili się następcami Artura Jastrzębie Skrzydło, nie zaznają nigdy satysfakcji, dopóki nie zdobędą wszystkiego, co niegdyś należało do ich przodka.

Elayne omiotła spojrzeniem swój kraj. Jej kraj. Zamieszkany przez ludzi, którzy pokładali w niej zaufanie, że będzie ich chronić i bronić. Wielu z tych, którzy wspierali jej roszczenia do tronu, pokładało w niej niewiele wiary. Ale była ich najlepszym wyborem, bo jedynym. Już ona im dowiedzie, że to był mądry wybór.

Jednym krokiem do tego celu było zaklepanie współpracy z Rodziną. Prędzej czy później Seanchanie będą potrafili Podróżować. Wystarczyło, że pojmą jedną kobietę, która zna sploty, i niebawem wszystkie damane obdarzone dostateczną siłą będą potrafiły tworzyć portale. Elayne też potrzebowała do nich dojścia.

Nie miała natomiast przenoszących, które przydałyby się podczas bitwy. Wiedziała, że nie może prosić o to kobiet z Rodziny. Nigdy by się na to nie zgodziły, podobnie Egwene. Ani też sama Elayne. Zmuszanie kobiety do używania Mocy jako broni nie czyniłoby jej lepszą od Seanchan.

Elayne niestety wiedziała, jakich spustoszeń potrafiły dokonywać kobiety korzystające z Jedynej Mocy. Tkwiła związana w jakimś wozie, kiedy Birgitte prowadziła atak na Czarne Ajah, które ją pojmały tu w Caemlyn, ale widziała potem skutki tego ataku. Setki zabitych, setki rannych, dziesiątki spalonych. Dymiące, powykręcane trupy.

Potrzebowała jakiegoś oręża przeciwko Seanchanom. Czegoś, co stanowiłoby przeciwwagę dla przenoszących w walce. Do głowy przychodziła jej tylko Czarna Wieża. Znajdowała się na andorańskiej ziemi. Powiedziała im, że uważa ich za cząstkę swojego kraju, ale jak dotąd tylko posyłała tam grupy inspekcyjne.

Co by się z nimi stało, gdyby Rand umarł? Czy odważyłaby się zagarnąć ich dla siebie? Czy odważyłaby się czekać, aż zrobi to ktoś inny?

18.

Siła tego miejsca.

Perrin biegł przez mrok. Pasma wilgotnej mgły muskały jego twarz i skraplały się w brodzie. Myśli jakoś nie chciały płynąć, odległe, obce. Dokąd biegł? Dlaczego? Co się właściwie z nim działo?

Wrzasnął i rzucił się naprzód. Przebił się przez zasłonę mroku i wypadł na otwartą przestrzeń. Zdołał raz jeszcze głęboko zaczerpnąć tchu, nim wylądował na szczycie stromego zbocza, porośniętego rozproszonymi kępami niskiej trawy. Wzgórze u podstawy otaczał pierścień drzew. Na niebie kłębiły się i kipiały zwały chmur, czarne niczym smoła w kotle.

Był w wilczym śnie. Na jawie jego ciało drzemało na tym samym wzgórzu, przytulone do Faile. Uśmiechnął się, dysząc ciężko. Droga do rozwiązania trapiących go problemów bynajmniej nie stała się krótsza. Przeciwnie, ultimatum Białych Płaszczy wydłużyło ją znacznie. Niemniej między nim a Faile było już dobrze. Ten fakt zmieniał tak wiele. Z nią przy boku był gotów na wszystko.

Zeskoczył ze zbocza wzgórza i wyszedł na otwartą przestrzeń, na której w realnym świecie obozowała jego armia. Obozowała na tyle długo, żeby w wilczym śnie odbiły się ślady jej obecności. Na przykład namioty, które były przedmiotami dość stabilnymi - i tylko klapy wejściowe, kiedy na nie spoglądał, znajdowały się za każdym razem w innej pozycji. Podobnie dziury pod ogniska, na których gotowano strawę, koleiny na drogach, przypadkowe sterty śmieci i porzucone narzędzia. Na przemian to pojawiały się, to znikały.

Przemierzał w pędzie teren obozu. Każdy krok był jak dziesięć. Kiedyś nieobecność ludzi mogłaby wzbudzić w nim niepokój, poczucie odrealnienia, ale od tego czasu przywykł już do wilczych snów. Pustka była tu czymś naturalnym.

Doszedł do posągu na skraju obozu, następnie uniósł wzrok i objął nim zerodowany czasem kamień, pokryty czarnymi, pomarańczowymi i zielonymi pasmami porostów. Budowniczowie musieli jakoś dziwnie ustawić posąg, skoro przewrócił się w taki sposób. Wyglądał, jakby omalże w ten sposób go zaprojektowano - jako gigantyczną rękę wystającą z ziemi.

Skręcił na północny wschód, gdzie, jak wiedział, znajdował się obóz Białych Płaszczy. Z każdym krokiem rosło w nim przekonanie - ba, wręcz pewność-że zanim stawi czoło cieniom przeszłości, nie powinien nawet myśleć o żadnych dalszych przedsięwzięciach.

Był prosty sposób na uporanie się z tą sprawą. Przemyślana zasadzka ze wsparciem Mądrych oraz Asha’manów i Białe Płaszcze otrzymają cios, po którym się już nie podniosą. Być może nawet uda mu się sprawić, żeby oddział poszedł w rozsypkę.

Miał do dyspozycji środki, okoliczności, odpowiednie motywacje. Koniec z postrachem okolicy, koniec z kapturowymi sądami Białych Płaszczy. Skoczył naprzód, pokonał w powietrzu jakieś trzydzieści stóp i miękko wylądował na ziemi. Nie zatrzymując się, pobiegł drogą.

Obóz Białych Płaszczy znajdował się w zarośniętej lasem dolinie; tysiące białych namiotów ustawionych ciasnymi kręgami. Schronienie dla jakichś dziesięciu tysięcy Synów Światłości i kolejnych dziesięciu tysięcy najemników oraz innych żołnierzy. W myśl szacunków Balwera taką właśnie siłą dysponował ocalały korpus Synów, choć nie chciał powiedzieć, skąd wziął tę liczbę. Trzeba było po prostu zaufać, że nienawiść, jaką zasuszony starzec darzył Białe Płaszcze, nie zaciemnia mu spojrzenia.

Perrin szedł między namiotami, rozglądając się za czymś, czego nie odkryli Aielowie ani Elyas. Mało prawdopodobne, żeby natknął się na coś takiego, niemniej, skoro już tu trafił, nie zaszkodzi spróbować. Poza tym chciał się samodzielnie rozejrzeć po tym miejscu. Podnosił klapy namiotów, przeciskał wśród linek, zaznajamiając z terenem i oswajając z tymi, którzy go zajmowali. Obóz uporządkowany był nadzwyczajnie. Wnętrza namiotów nie odbijały się równie stabilnie w wilczym śnie, lecz z tego, co się można było zorientować, panował w nich taki sam ład.

Białe Płaszcze uwielbiały schludność, porządek. Wszystko musiało być dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Poza tym demonstracyjnie obnosili się z wiarą, że cały świat da się oczyścić, wypolerować i wyjałowić w ten sam sposób, że los każdego człowieka da się zamknąć w jednym, dwóch słowach.

Perrin pokręcił głową nad swoimi myślami i po chwili ruszył w kierunku namiotu Lorda Kapitana Komandora. Jego położenie bez trudu można było odczytać po układzie pozostałych namiotów w obozie - znajdował się w centralnym kręgu. Nie był dużo bardziej okazały od pozostałych. Perrin zanurkował do środka, rozglądając się z uwagą po wnętrzu. Umeblowanie było skromne, z każdą chwilą siennik bezustannie zmieniał położenie, podobnie stół i znajdujące się na nim, rozmigotane w istnieniu przedmioty.

Podszedł do stołu, ujął w dłoń przedmiot, który właśnie się na nim pojawił. Sygnet. Nie rozpoznał godła, na którym widniał skrzydlaty sztylet, lecz zdołał je dokładnie zapamiętać w tej krótkiej chwili, nim przedmiot zniknął mu z ręki, zbyt labilny, żeby dłużej przetrwać w wilczym śnie. Choć przecież spotkał się twarzą w twarz z dowódcą Synów Światłości i korespondował z nim, niewiele wiedział o jego pochodzeniu. Być może ten sygnet na coś się zda.

Chwilę jeszcze myszkował po wnętrzu namiotu. Nie znalazłszy niczego więcej, wyszedł na zewnątrz i udał się w kierunku wielkiego namiotu, w którym, zgodnie ze słowami Gaula, trzymano większość jeńców. Tam na chwilę ukazała mu się postać i oblicze pana Gilla, po czym natychmiast zniknęła.