Выбрать главу

Oba obozy, wyższy i niższy, były dziełem improwizacji. Niektóre z namiotów zostały kupione po saldaeańskich wioskach, inne stanowiły dzieło Domani, wreszcie dziesiątki pozostałych trafiły na miejsce przez bramy otwarte do najrozmaitszych zakątków świata. Wśród najbardziej tu chyba obcych pyszniły się gigantyczne cairhieniańskie konstrukcje z pasiastego płótna. Ale ostatecznie chodziło przecież tylko o to, żeby jego ludzie mieli gdzie się schronić przed deszczem. I tyle.

Saldaeanie z pewnością znali się na budowie umocnień. Gdyby tylko Ituralde potrafił ich przekonać do opuszczenia murów Maradon, za którymi się chowali, i przyjścia mu z pomocą.

- No dobra - zaczął znowu. - Gdzie u…

Urwał, ponieważ kątem oka dostrzegł jakiś cień, przesuwający się po niebie. Ledwie miał czas zakląć i odskoczyć, gdy z góry coś posypało się na wyższy obóz - dużo tego było i z pozoru ciężkie - a w ślad za odgłosami uderzeń w ziemię doleciały doń okrzyki bólu i strachu. To jednak nie były kamienie, tylko ciała. Skurczone zwłoki martwych Trolloków. Kanonierzy Armii Pomiotu Cienia w końcu wstrzelali się w cel.

Po części Ituralde sam był zaskoczony tym, do czego udało mu się ich doprowadzić. Pierwotnym celem, dla którego sprowadzono tu sprzęt oblężniczy, był z pewnością zamierzony szturm Maradon, leżącego niedaleko stąd na południe. Umieszczenie katapult na stanowiskach i rozpoczęcie ostrzału linii obronnych Ituralde z drugiej strony brodu nie tylko zwolni postępy Pomiotu Cienia, lecz ujawni ich pozycje, odsłaniając na przeciwuderzenie artylerii obrońców.

Ale nie spodziewał się, że będą strzelać zwłokami Trolloków. Zaklął, gdy makabryczne pociski znów zasnuły niebo. Spadły kolejne ciała, niszcząc namioty, miażdżąc obrońców.

- Uzdrowiciele! - krzyknął Ituralde. - Gdzie są ci Asha’mani? - Od samego początku oblężenia nie oszczędzał ich ani trochę. W istocie to zmuszał do dobywania resztek sił. Teraz wycofał ich, chcąc wykorzystać potencjał bojowy w wypadku, gdyby Trolloki dotarły zbyt blisko wyższego obozu.

- Panie! - Od linii frontu gramolił się ciężko po zboczu młody łącznik. Miał strasznie dużo brudu za paznokciami. Smagłe oblicze Domani miało barwę popiołu. Był tak młody, że ledwo mu się sypał wąs. - Kapitan Finsas donosi, że Armia Pomiotu Cienia podprowadziła trebusze w zasięg ostrzału. Wedle jego szacunków, mają jakieś szesnaście maszyn.

- Powiedz kapitanowi Finsasowi, że informacja powinna dotrzeć na czas! - warknął Ituralde.

- Wybacz mi, mój panie. Przeprawili je przez przełęcz, zanim zorientowaliśmy się, co się dzieje. Pierwsza salwa trafiła nasz wysunięty posterunek obserwacyjny. Sam lord Finsas został ranny.

Ituralde pokiwał głową. Rajami już nadciągał, żeby objąć dowodzenie nad wyższym obozem i zająć się rannymi. Zapewne ktoś się również zatroszczy o ofiary ostrzału w niższym obozie. Wobec ostrzału z trebuszy naturalna osłona zbocza była na nic - miały zbyt duży zasięg, a ich pociski leciały po dość stromej trajektorii. Trzeba będzie przenieść obóz na równiny przed Maradon, co jednak od razu wydłuży czas reakcji bojowej na poczynania przeciwnika. Krew i krwawe popioły.

„Nigdy tyle nie przeklinałem” - pomyślał Ituralde. To przez tego chłopaka, Smoka Odrodzonego. Rand al’Thor złożył mu wiele obietnic, część wypowiedzianych jawnie, część tylko zasugerowanych. Obiecał obronić Arad Doman przed Seanchanami. Obiecał Ituralde szansę na życie, którego w nierównym pojedynku z Seanchanami raczej by nie uratował. Obiecał, że znajdzie dlań odpowiednie zajęcie, coś doniosłego, coś, czego skutkiem będzie jakaś realna korzyść. Coś niemożliwego.

Zatrzymaj Cień. Utrzymaj się, póki nie nadejdzie pomoc. Niebo znów pociemniało, a Ituralde umknął do namiotu dowodzenia, który miał drewniany dach, specjalnie pomyślany dla obrony przed pociskami. Obawiał się zresztą drobnych odłamków, a nie masywnych ciał Trolloków. Otaczający go żołnierze rozbiegli się i zajęli transportem rannych do względnie bezpiecznego niższego obozu. Stamtąd trzeba ich było odtransportować przez równinę do Maradon. Rajabi dowodził. Jego potężne ciało wieńczył kark grubszy od pnia dziesięcioletniego jesionu. Ręce miał omalże równie grube. Chodził kołyszącym się krokiem, ponieważ w lewą nogę odniósł ranę podczas walki i trzeba było ją amputować pod kolanem. Dopiero później Aes Sedai Uzdrowiły go jak umiały, niemniej skończyło się protezą. Ituralde chciał go odesłać przez bramę z innymi ciężko rannymi, ale odmówił i nie dał się przekonać. Ituralde zresztą zbytnio go nie zmuszał - nie rezygnuje się z dobrego oficera tylko dlatego, że został ranny.

Rozmyślania przerwał mu łomot trupiego pocisku, walącego się na dach namiotu. Młody łącznik zamrugał. Miał na imię Zhell i choć na jego policzku nie znać było miedzianego połysku cery Domani, zapuścił charakterystycznego wąsa i przylepił sobie myszkę w kształcie strzałki.

Wychodziło na to, że długo się tu nie utrzymają, że Trolloki w końcu zgniotą. ich samą przewagą liczebną. Będzie trzeba się wycofywać, powoli oddawać pozycję za pozycją, w głąb Saldaei, ku Arad Doman. Dziwne, jak to mu się w życiu ostatnio poukładało - zawsze cofać się ku ojczyźnie. Najpierw od południa, teraz od północnego wschodu.

Arad Doman zostanie zmiażdżone w kleszczach Trolloków z jednej strony i Seanchan z drugiej.

„Lepiej, żebyś dotrzymał słowa, chłopcze”.

Niedobrze się składało, że nie mógł schronić się za murami Maradon. Saldaezanie jednak jasno stwierdzili, że uważają armię Ituralde - jak również wszystkich popleczników Smoka Odrodzonego - za najeźdźców. Przeklęci głupcy. Dobrze choć, że nadarzyła się szansa zniszczenia tych machin oblężniczych, które Cień zbyt szybko wprowadził do walki.

Kolejne ciało zwaliło się na dach namiotu dowodzenia, ale i tym razem osłona wytrzymała. Ze smrodu, jaki roztaczały wokół siebie zaimprowizowane pociski - oraz z mlaśnięć, jakie wydawały, spadając - jasno wynikało, że zwłoki nie były szczególnie świeże. Ufny w kompetencje swoich oficerów Ituralde nie wtrącał się w ich poczynania, tylko spokojnie zaplótł dłonie za plecami. Za każdym razem, gdy spoglądali na jego spokojną postawę, żołnierze w namiocie i w pobliżu jakby prostowali się nieco, odzyskując odrobinę wiary. Najlepsze plany bitewne zachowywały aktualność tylko do momentu, gdy zaczynały lecieć pierwsze strzały, lecz determinowany, nieugięty dowódca był w stanie zaprowadzić ład w najgorszym nawet chaosie.

Nad głową srożyła się burza. Czarne i srebrne chmury kłębiły się jak zawartość poczerniałego kotła nad buzującym ogniskiem. Błyskawice były niby iskierki stali prześwitującej spod spękanej sadzy. Zjawisko kompletnie nienaturalne. Niech żołnierze zobaczą wszak, że on się nie boi, że spokojnie trwa pod gradem potwornych pocisków.

Rannych odniesiono do lazaretów, ludzie powoli zabrali się za zwijanie niższego obozu, który miał być przeniesiony dalej. Łucznicy i kusznicy Ituralde dalej prowadzili zmasowany ogień, pikinierzy trwali na umocnionych parapetach. Ituralde dysponował jeszcze konnicą w poważnej sile, ale na tym terenie była nieprzydatna.

Jeżeli niczego się nie zrobi z tymi trebuszami wroga, wymęczą jego ludzi cięższym i lżejszym ostrzałem - oczywiście, wiadomo było, co trzeba zrobić: wykorzystać kule ogniste Asha’manów albo urządzić z ich pomocą wycieczkę przez bramę i znienacka zasypać machiny płonącymi strzałami.