„Gdyby tylko Maradon zechciało otworzyć przede mną swoje bramy”. - Lecz Saldaeański pan na mieście nie wpuści go do środka, a wycofanie się pod mury miasta skończyłoby się tym, że Trolloki zmiażdżyłyby go o nie jak o kowadło.
„Przeklęci, przeklęci głupcy. Jacyż kretyni odmawiają ludziom schronienia, gdy armia Pomiotu Cienia puka do ich bram?”.
- Potrzebuję szacunków strat. - Ituralde zwrócił się do porucznika Nilsa. - Przygotować łuczników do ataku na te machiny oblężnicze. Ściągnąć dwóch Asha’manów z tych, którzy akurat mają służbę. Kapitan Creedin ma obserwować ten szturm Trolloków przez bród. W ślad za tym ostrzałem z pewnością pójdzie atak ze zdwojoną siłą, uznają, że zamieszanie wkradło się w nasze szeregi.
Młodzieniec skinął głową i wybiegł z namiotu, a równocześnie do środka kuśtykał Rajabi, trąc szeroką szczękę.
- Miałeś rację z tymi trebuszami. Faktycznie użyli ich do ataku na nas.
- Zawsze staram się mieć rację - odparł Ituralde. - Kiedy jej nie mam, przegrywamy.
Rabi mruknął coś nieartykułowanego pod nosem. Nad ich głowami szalała burza. Z oddali docierały okrzyki Trolloków, łomot bębnów, ludzkie wrzaski.
- Coś mi się tu nie zgadza - zauważył Ituralde.
- W tej wojnie nic się nie zgadza - odparował Rajabi. - W ogóle nas tu nie powinno być. Na naszym miejscu powinni być Saldaeanie. I to całą swoją siłą, a nie tylko garstką konnicy, którą dał nam Lord Smok.
- Nie o to chodzi - wtrącił Ituralde, spoglądając w niebo. - Męczy mnie pytanie, dlaczego strzelają do nas zwłokami swoich?
- Żeby osłabić nasze morale.
Nie był to taki znowu abstrakcyjny pomysł. Czemu jednak strzelają salwami? Czemu nie użyć głazów, które spowodowałyby znacznie większe zniszczenia, a dopiero potem pogłębić szok obrońców makabrycznymi pociskami? Trolloki pewnie nie byłyby zdolne do zastosowania takiej taktyki, ale Pomory… posądzanie ich o braki myślenia nie było szczególnie mądre. Nauczył się tego na własnej skórze.
I kiedy tak Ituralde patrzył w niebo, przeleciała po nim kolejna zmasowana salwa, niczym deszcze z ciemnych chmur. Światłości, skąd oni wzięli tyle trebuszy? Dość, żeby miotać nimi setki zwłok?
„Z jego obliczeń wynika, że mają ich szesnaście” - powiedział chłopak. Na pewno więcej. Czy mu się wydawało, czy niektóre z makabrycznych pocisków padały coś nazbyt równo?
I nagle uderzyła go myśl, jak struga zamarzniętego deszczu. Te przeklęte, chytre potwory!
- Łucznicy! - zawołał. - Niech łucznicy obserwują niebo! To nie są ciała!
Za późno. Zanim skończył, pierwszy draghkar rozwinął skrzydła - ponad połowa „zwłok” w tej salwie to był żywy Pomiot Cienia, kryjący się wśród martwych Trolloków. Po pierwszym ataku draghkarów na swoją armię, który miał miejsce kilka dni temu, stworzył wachtę łuczników dzień i noc obserwujących niebo.
Ale nikt nie rozkazał im strzelać do sypiących się z nieba zwłok. Ituralde wyskoczył z namiotu, wyszarpując miecz z pochwy. Ani na moment nie przestał krzyczeć. Draghkary tymczasem spłynęły między żołnierzy wyższego obozu i rozpętał się chaos. Wiele bestii wylądowało niedaleko. Ich wielkie oczy lśniły, a z gardeł sączyła się hipnotyczna pieśń.
Ituralde darł się co sił w gardle, usiłując ogłuszyć samego siebie siłą swego głosu. Jeden z potworów ruszył w jego stronę, ale jego zew nie przedarł się przez hałas dobywający się z ust generała. Na twarzy monstrum zamarło zaskoczenie - o ile o zaskoczeniu można mówić w przypadku tak nieludzkiego wyrazu pyska - kiedy Ituralde, udając, iż został zniewolony zewem, podszedł bliżej i jednym kompetentnym ciosem przeciął mu szyję. Ciemna posoka spłynęła po śnieżnobiałej skórze. Ituralde uwolnił ostrze, wciąż nie przestając krzyczeć.
Kątem oka zobaczył, jak Rajabi potknął się i przewrócił, a w tym samym momencie Pomiot Cienia skoczył na niego. Ituralde nie mógł nic zrobić - sam stał się celem ataku kolejnej bestii. I wtedy, w tym momencie zagrożenia nadeszło błogosławione uczucie ulgi - kule ognia zaczęły strącać draghkary z nieba, do akcji wkroczyli Asha’mani.
Równocześnie z oddali doleciał warkot bębnów bitewnych. Zgodnie z jego przewidywaniami fala Trolloków uderzy przez bród z siłą znacznie większą niż dotąd. Światłości, czasami naprawdę nienawidził siebie za to, że tak często miał rację.
„Lepiej dotrzymaj obietnicy i przyślij mi tę pomoc, chłopcze” - pomyślał Ituralde, zmagając się z draghkarem. Od krzyku już drapało go w gardle. „Światłości, lepiej, żeby tak się stało!”.
Faile szła przez obóz Perrina, w uszach dźwięczały jej odgłosy paplaniny, stęknięcia z wysiłku i krzyki rozkazów. Perrin po raz ostatni posłał parlamentariuszy do Białych Płaszczy, ale odpowiedź jeszcze nie nadeszła.
Czuła się wypoczęta. Całą noc spokojnie przespała na szczycie wzgórza, ich wzgórza, wtulona w bok Perrina. Tym razem nie zapomniała o derkach i kocach, dzięki czemu pod gołym niebem było im nawet wygodniej niż w namiocie.
Rankiem zwiadowcy wrócili z Cairhiren, a więc wkrótce otrzyma raporty. Na razie wykąpała się i zjadła śniadanie.
Czas zrobić coś w sprawie Berelain.
Po stratowanej trawie powędrowała ku mayeńskiej części obozu. Z każdym krokiem rósł w niej gniew. Berelain posunęła się za daleko. Perrin twierdził, że te paskudne plotki rozsiewane są przez pokojówki tamtej, a nie przez nią samą, niemniej Faile wiedziała lepiej. Pierwsza była mistrzynią manipulacji i kontrolowanych plotek. Kiedy było się władczynią o stosunkowo słabej pozycji, nie pozostawała właściwie inna strategia polityczna. Pierwsza tak lawirowała losami Mayne, a teraz tak samo zachowywała się w obozie, gdzie Faile jako żona Perrina też miała silniejszą od niej pozycję.
Wejścia do mayeńskiej części obozu strzegło dwóch Skrzydlatych Gwardzistów w lakierowanych szkarłatem napierśnikach i ozdobionych motywem skrzydeł hełmach, których okapy sięgały na karki. Na widok Faile wyprostowali się i unieśli lance o zasadniczo paradnej funkcji. Załopotały proporce ze złotym jastrzębiem w locie na błękitnym tle.
Faile musiała zadrzeć głowę, żeby móc im spojrzeć prosto w oczy.
- Zaprowadźcie mnie do swojej pani - rozkazała.
Strażnicy skinęli głowami. Jeden z nich gestem urękawicznionej dłoni wezwał kolegów, którzy mieli objąć wartę na czas ich nieobecności.
- Powiedziano nam, że mamy się ciebie spodziewać - powiedział głębokim basem.
Faile uniosła brew.
- Dzisiaj?
- Nie. Pierwsza poleciła nam po prostu, żebyśmy zastosowali się do twoich życzeń, gdy się pojawisz.
- Oczywiście, że musicie się stosować do moich życzeń. To jest obóz mego męża.
Gwardziści nie zaprotestowali, choć w duchu pewnie mieli inne zdanie. Berelain została przysłana na pomoc Perrinowi, ale żaden jawny rozkaz nie oddawał pod jego dowództwo ani jej, ani jej żołnierzy.
Faile poszła w ślad za żołnierzami. Jakimś cudem ziemia naprawdę zaczynała wysychać. Faile zapewniała Perrina, że same plotki nawet jej nie przeszkadzają, przeszkadza jej natomiast bezczelność Berelain.
„Co za kobieta” - pomyślała. Jak ona śmie…”.
Nie, tą drogą nie należy iść. Porządna awantura sprawiłaby wprawdzie, że poczułaby się lepiej, ale tylko potwierdziłaby prawdziwość krążących plotek. Cóż innego ludzie mogliby pomyśleć, gdyby zobaczyli, jak wkracza do namiotu Pierwszej z Mayene, a potem wydziera się na nią? Trzeba zachować spokój. Choć nie będzie to łatwe.
Mayeński obóz zorganizowany był na kształt szprych koła, którego oś stanowił namiot centralny. Skrzydlaci Gwardziści nie dysponowali namiotami - te poszły do pana Gilla - ale ich posłania i ogniska były ułożone w precyzyjnym szyku. Wszystko sprawiało wręcz wrażenie nadmiernego ładu: zwinięte koce, oparte o siebie lance, paliki dla koni i miejsca na ogniska. Należący do Berelain centralny namiot miał barwy lawendowe i kasztanowe - łup z Malden. Idąc za dwoma rosłymi gwardzistami do wejścia, Faile zbierała się w sobie. Za moment jeden z nich zastukał w słupek wbity w ziemię przy wejściu, co równoznaczne było z prośbą o wpuszczenie.