Ale jakie to może mieć znaczenie? Mat nie potrafił przenosić Mocy. Dawniej bał się, że Elayne - badając medalion - mogłaby znaleźć jakiś sposób obezwładnienia go, co pozwoliłoby jej użyć wobec niego Jedynej Mocy. Jeżeli jednak chciała tylko go skopiować… cóż, na tę myśl poczuł ulgę. I zaciekawienie.
- Jest jeszcze coś, o czym chciałem wspomnieć, Elayne - oznajmił. - Gholam jest tutaj. To znaczy w mieście. Zabija ludzi.
Na twarzy Elayne nie było żadnych uczuć, ale ze sposobu, w jaki, odezwawszy się już, starannie dobierała słowa, można było wnosić, że wieści ją zaniepokoiły.
- W takiej sytuacji z pewnością zwrócę ci medalion na czas.
Skrzywił się.
- W porządku - rzekł. - Trzy dni.
- Zgoda - oznajmiła. - Chcę, żeby Legion zaczął służbę od razu. Wkrótce będę Podróżować do Cairhien i mam przeczucie, że bardziej mi się przyda niż Gwardia Królowej.
A więc o to chodziło! Elayne zgłaszała roszczenia do Tronu Słońca. Cóż, jego ludzie z pewnością wywiążą się z zadania, a będą mieli jakieś zajęcie na czas, nim Mat znowu będzie ich potrzebował. Lepsze to niż siedzenie na miejscu i szukanie zwady z najemnikami.
- Zgadzam się - oznajmił Mat. - Lecz pamiętaj, Elayne, że Legion musi być gotów na walkę w Ostatniej Bitwie w takiej roli, jaką wyznaczy dla niego Rand. Poza tym Aludra musi nadzorować produkcję smoków. Mam przeczucie, że będzie wolała zostać z tobą, gdy już Legion zakończy służbę dla Andoru.
- Nie mam zastrzeżeń - rzekła Elayne, uśmiechając się.
- Tak sobie pomyślałem, że nie będziesz miała. Ale po raz ostatni powiem, żebyśmy mieli jasność: smoki pozostają pod kontrolą Legionu, póki nie wyniesiemy się stąd. Nie masz też prawa nikomu sprzedać technologii ich produkcji.
- Ktoś wcześniej czy później je skopiuje, Mat - zauważyła.
- Kopie nie będą tak dobre jak oryginały Aludry - stwierdził Mat. - Mogę ci to zagwarantować.
Elayne wpatrywała się weń badawczo, błękitne oczy ważyły go, osądzały.
- Dalej otwarta jest propozycja, żeby Legion zaciągnął się do armii Andoru.
- Cóż, a ja chciałbym, żeby mój kapelusz zrobiony był ze złota, żeby mieć namiot, który będzie latał, i żeby moje konie wydalały diamenty. Jednak oboje musimy poprzestać na rozsądnym kompromisie, nieprawdaż?
- Nie byłoby niczym nierozsądnym…
- Zrobimy, jak powiedziałaś, Elayne - wtrącił Mat. - Nie mam ochoty dłużej o tym mówić. Niektóre z bitew nie są warte, by w nich walczyć, więc sam zdecyduję, na jakie ryzyko wystawiać moich ludzi. To wszystko.
- Nie podoba mi się, że będę miała przy sobie ludzi, którzy w każdej chwili mogą mnie opuścić.
- Wiesz dobrze, że nie wycofam ich tylko dlatego, żeby ci zrobić na złość - kontynuował Mat. - Postąpię, jak należy.
- Jak twoim zdaniem należy - sprostowała.
- Każdy człowiek powinien mieć do tego prawo - odparł.
- Niewielu z niego korzysta mądrze.
- Tak czy siak, wszyscy tego chcemy - powiedział Mat. - Żądamy tego.
Zerknęła przelotnie - omalże niedostrzegalnie - w stronę planów i medalionu na stole.
- Zgoda - rzekła.
- Zgoda - powtórzył, po czym wstał, splunął w dłoń i wyciągnął ku niej.
Zawahała się raz jeszcze, ale po chwili też wstała, splunęła w dłoń i podała mu. Uśmiechnął się i potrząsnął jej ręką.
- Wiesz, że teraz mogę cię poprosić o udział w ekspedycji przeciwko Dwu Rzekom? - zapytała. - To dlatego domagałeś się prawa opuszczenia służby, kiedy zechcesz?
Przeciwko Dwu Rzekom? Dlaczego, na Światłość, mogłaby coś takiego planować?
- Nie musisz z nimi walczyć, Elayne.
- Zobaczymy, do czego Perrin mnie jeszcze zmusi - odparła. - Ale teraz nie będziemy o tym mówić. - Zerknęła na Thoma, potem sięgnęła pod blat stołu na znajdującą się tam niewielką półeczkę i wydobyła zwój papieru przewiązany wstążką. - Proszę. Chciałabym usłyszeć więcej o tym, co przeżyliście podczas waszej podróży z Ebou Dar. Może zjecie ze mną dziś wieczorem kolację?
- Będziemy zaszczyceni - powiedział Thom, wstając. - Nieprawdaż, Mat?
- Oczywiście - powiedział Mat. - Pod warunkiem, że Talmanes będzie mógł nam towarzyszyć. Poderżnie mi gardło, jeśli nie przedstawię go w końcu tobie, Elayne. Perspektywa kolacji w twoim towarzystwie sprawi, że w podskokach odbędzie całą drogę do obozu.
Elayne zachichotała.
- Jak sobie życzycie. Każę służącym pokazać wam pokoje, w których będziecie mogli odpocząć. - Podała Thomowi zwinięty papier. - Jutro każę to ogłosić, jeśli taka twoja wola.
- Co to jest? - zapytał Thom, marszcząc brwi.
- Dwór Andoru cierpi na niedostatek prawdziwego trubadura - oznajmiła. - Sądziłam, że możesz być zainteresowany.
Thom zawahał się.
- To dla mnie zaszczyt, ale nie mogę się zgodzić. Są rzeczy, które w najbliższym czasie wymagają mojej uwagi. Nie mogę uwięznąć na dworze.
- Pozycja nie wymaga stałej obecności na dworze - zapewniła go Elayne. - Będziesz mógł swobodnie wyjeżdżać i wracać. Ale kiedy będziesz w Caemlyn, wszyscy będą znali twoją oficjalną pozycję.
- Ja… - Wziął do ręki zwój papieru. - Zastanowię się nad tym, Elayne.
- Świetnie. - Skrzywiła się. - Obawiam się, że teraz czeka mnie spotkanie z moją akuszerką, ale zobaczymy się przy kolacji. Jeszcze nie zdążyłam się dowiedzieć, co Matrim miał na myśli, kiedy w liście do mnie mienił się mężczyzną żonatym. Oczekują szczegółowego raportu! Żadnej adiustacji! - Zmierzyła Mata spojrzeniem i uśmiechnęła się chytrze. - Adiustacja oznacza „nanoszenie poprawek”, Mat. Na wypadek gdybyś nie był tego świadom.
Mat powstał, nałożył kapelusz.
- Wiem. - Jakie to było słowo? Administracja? Światłości, dlaczego w tym liście w ogóle wspominał o swoim małżeństwie? Chyba miał nadzieję, że to Elayne zaciekawi i tym bardziej będzie się chciała z nim spotkać.
Elayne roześmiała się i łagodnym gestem skierowała ich w stronę wyjścia. Thom po ojcowsku jeszcze ucałował ją w policzek - dobrze, że chociaż tu nie było żadnych wątpliwości co do intencji! Mat słyszał o nich różne rzeczy, rzeczy, w które nie chciał wierzyć. Przecież Thom był na tyle od niej starszy, że mógł być jej dziadkiem.
Mat otworzył drzwi i dał krok ku wyjściu.
- I jeszcze jedno, Mat - zatrzymał go głos Elayne. - Jeżeli potrzebujesz pieniędzy na nowy kaftan, Korona może ci pożyczyć. Mając na względzie swoją obecną pozycję, naprawdę powinieneś się lepiej ubierać.
- Nie jestem żadnym przeklętym szlachcicem! - odparł, odwracając się.
- Jeszcze nie - przyznała. - Brakuje ci odwagi Perrina, żeby rościć sobie prawa do tytułu. Więc ja zadbam o to, abyś jakiś otrzymał.
- Nie ośmielisz się - powiedział.
- Ale…
- Popatrz na mnie - kontynuował, stojąc obok Thoma na korytarzu. -Jestem dumny z tego, kim jestem. I lubię ten kaftan. Jest wygodny. - Tknięty nagłym bodźcem, każącym mu sięgnąć do szarfy na szyi, opanował się, zaciskając dłonie w pięści.
- Skoro tak mówisz - wycofała się Elayne. - Zobaczymy się na kolacji. Ze swojej strony będę jeszcze musiała zaprosić Dyelin. Ona strasznie chce cię poznać.
I z tymi słowy kazała Birgitte zamknąć drzwi. Mat przez chwilę wpatrywał się w nie mściwie, następnie odwrócił się i spojrzał na Thoma. Talmanes z żołnierzami oczekiwał ich w głębi korytarza, dostatecznie daleko, żeby nie mógł niczego słyszeć. Służba zadbała o nich, przynosząc ciepłą herbatę.
- Poszło nieźle - skonstatował Mat, wspierając dłonie na biodrach. - Bałem się, że nie złapie przynęty, w sumie jednak udało mi się ją zagadać. - A mimo to te przeklęte kości wciąż toczyły się w jego głowie.