Выбрать главу

- A więc powiem ci, co czynić - mówiła Rosil. - Zobaczysz znak ten na ziemi. - Uniosła dłonie, tkając sploty, za sprawą których w powietrzu ukazał się lśniący symbol. Sześcioramienna gwiazda, dwa nałożone na siebie trójkąty.

Saerin objęła Źródło i utkała splot Ducha. Nynaeve musiała stłumić w sobie odruchowe pragnienie sięgnięcia po Jedyną Moc. ,Jeszcze trochę” - pomyślała. „A wtedy już żadna nie będzie mogła we mnie zwątpić”.

Splot Ducha Saerin delikatnie dotknął jej potylicy.

- Pamiętaj, co musi zostać zapamiętane - mruknęła.

Splot chyba w jakiś sposób działał na pamięć. Jaki był jego cel? Sześcioramienna gwiazda jarzyła się przed oczami Nynaeve.

- Kiedy zobaczysz ten znak - mówiła Rosil - podejdziesz do niego niezwłocznie, równym krokiem, nie spiesząc się ani ociągając, i dopiero wtedy będziesz mogła objąć Moc. Wymagany splot powinnaś wykonać natychmiast i nie wolno ci odejść od znaku, póki go nie ukończysz.

- Pamiętaj, co musi zostać zapamiętane - powtórzyła Saerin.

- Kiedy splot zostanie ukończony - kontynuowała Rosil - ten sam znak znowu wskaże ci drogę. I znowu ruszysz równym krokiem, bez wahania.

- Pamiętaj, co musi zostać zapamiętane.

Po stokroć będziesz splatać w porządku, jakiego cię nauczono, nawet na moment nie tracąc idealnego opanowania.

- Pamiętaj, co musi zostać zapamiętane.

Nynaeve poczuła, jak splot Ducha osiada w niej. Trochę było to podobne do Uzdrawiania. Ściągnęła swą suknię i halkę, podczas gdy pozostałe siostry uklękły wokół ter’angreala i zaczęły splatać skomplikowane wątki i osnowy Pięciu Mocy. Ter’angreal rozjarzył się blaskiem, barwy na jego powierzchni wirowały i zmieniały się. Rosil odkaszlnęła, a Nynaeve spłonęła rumieńcem i podała jej swoją odzież, na koniec ściągnęła z palca pierścień z Wielkim Wężem i umieściła na swoich rzeczach, podobnie postąpiła z pierścieniem otrzymanym od Lana - który normalnie nosiła na rzemyku zwisającym z szyi.

Rosil wzięła od niej ubranie. Pozostałe siostry w całości już pochłonięte były swoim dziełem. Pustą przestrzeń ter’angreala wypełniła mleczna tafla, a potem wysoki owal zaczął się powoli obracać, ocierając o kamienie.

Nynaeve wzięła głęboki oddech, dała krok naprzód, potem kolejne. Zatrzymała się na moment jeszcze przed samym ter’angrealem, dała ostatni krok i…

I gdzie się znalazła?

Zmarszczyła brwi. Otoczenie w niczym nie przypominało Dwu Rzek. Stała pośrodku wioski szałasów. Po lewej stronie fale lizały piaszczystą plażę. Sama wioska leżała na zboczu zwieńczonym skalistym wzniesieniem. Nad głową majaczył szczyt odległej góry.

Jakaś wyspa. Powietrze było przesycone wilgocią, wiała łagodna bryza. Ludzie przechadzali się między szałasami, pozdrawiając się nawzajem dobrodusznie. Kilku przystanęło, żeby się jej przyjrzeć. Spuściła wzrok i zdała sobie sprawę, że jest naga. Spłonęła wściekłym rumieńcem. Gdzie się podziało jej ubranie? Kiedy znajdzie tych, którzy jej je ukradli, wychłosta tak, że nie będą mogli siedzieć przez tydzień!

W pobliżu dostrzegła suszące się pranie. Suknia. Zmuszając się do zachowania spokoju, podeszła i ściągnęła ją z linki. Później znajdzie właścicielkę i jej zapłaci. Przecież nie mogła tak sobie spacerować bez niczego. Przeciągnęła suknię przez głowę.

Znienacka pod jej stopami zadrżała ziemia. Delikatne dotąd fale urosły, stały się nagle potężnymi grzywaczami, rozbijającymi na plaży. Nynaeve jęknęła. Musiała chwycić się palika podtrzymującego linkę z praniem. Nad jej głową góra wypluła strumień dymu i popiołów.

Wciąż trzymała się palika, a tymczasem przed jej oczami skała zaczęła pękać, głazy toczyły się w dół. Ludzie krzyczeli.

„Coś trzeba zrobić!” - pomyślała. Rozglądając się dookoła, dostrzegła w glebie kształt sześcioramiennej gwiazdy. Już rzuciła się w jej stronę, gdy coś ją powstrzymało - przeczucie, że przede wszystkim należy zachować ostrożność.

Zachowanie spokoju nie było łatwe. Szła wprawdzie powoli, lecz jej serce łomotało z przerażenia. Zaraz coś ją zmiażdży! Dotarła do gwiezdnego kształtu na moment przed tym, nim w jej stronę posypał się deszcz skał, niszcząc szałasy. Mimo ogarniającego strachu, Nynaeve szybko uformowała właściwy splot - splot Powietrza, który stał się murem wokół niej. Kamienie z łomotem odbiły się od muru z Powietrza.

Dookoła leżeli ranni. Ruszyła w ich stronę z pomocą, lecz w tej samej chwili, gdy odwróciła się od gwiazdy, dostrzegła znowu jej kształt - spleciona była z trzciny i wisiała w drzwiach najbliższego szałasu. Zawahała się.

Nie mogła zawieść. Podeszła do szałasu i przeszła przez drzwi. Zamarła. Nie potrafiła sobie przypomnieć, co robi w tej ciemnej, zimnej jaskini. I dlaczego ma na sobie zgrubną szatę z drapiącej materii?

Ukończyła pierwszy ze stu splotów. To wiedziała, ale wszystko inne było dla niej zagadką. Marszcząc czoło, ruszyła w głąb jaskini. Światło sączyło się przez szczeliny w jej stropie. Dostrzegła przed sobą spory staw. Droga wyjścia.

Wyszła z jaskini i przekonała się, że otacza ja Pustkowie. Uniosła dłoń, żeby osłonić oczy przed jaskrawym światłem słońca. Wokół żywej duszy. Ruszyła przed siebie. Pod jej stopami chrzęściły wyschłe zielska, a gorące kamienie parzyły stopy.

Upał był przytłaczający. Wkrótce każdy krok stał się męczarnią. Na szczęście z przodu dostrzegła jakieś ruiny. Cień! Już chciała ruszyć biegiem, gdy przypomniała sobie o konieczności zachowania ostrożności. Spokojnie podeszła do kupy kamieni i wkrótce stanęła w cieniu rzucanym przez fragment zburzonej ściany. Zrobiło się tak chłodno, że aż westchnęła z ulgą.

W pobliżu na ziemi rozsypane cegły układały się we wzór sześcioramiennej gwiazdy. Na nieszczęście cegły smażyły się w żarze słońca. Niechętnie porzuciła cień i ruszyła w tamtą stronę.

Z oddali docierał łomot bębnów. Nyaneve odwróciła się. Odrażające, pokryte brązowym futrem istoty wspinały się na zbocze pobliskiego wzgórza. W dłoniach niosły topory, których ostrza ociekały krwią. Te Trolloki wydały się jej jakieś dziwne. Widywała już wcześniej Trolloki, choć nie potrafiła sobie przypomnieć gdzie. Te były inne. Może jakaś nowa rasa? Z grubszym futrem i oczyma skrytymi pod niskim czołem.

Ruszyła szybciej, ale nie biegła na oślep. Najważniejsze to zachować spokój. Bo niby dlaczego miałaby - albo chciałaby - nie biec, skoro w pobliżu były Trolloki? Jeżeli nie przyspieszy, zginie. I to będzie bez reszty jej wina.

„Opanuj się. Nie za szybko”.

Więc szła równym krokiem. Dotarła do sześcioramiennej gwiazdy, gdy Trolloki były już blisko. Zaczęła tworzyć wymagany splot, a w trakcie wydzieliła z niego strużkę Ognia. Cisnęła w bok masą żaru i najbliższe bestie zmieniły się w popiół.

Zaciskała zęby ze strachu. Przynajmniej z pół tuzina razy zręcznie podzieliła sploty i dosłownie w parę chwil skomplikowany splot był gotowy.

Osadziła go na wymaganym miejscu i skinęła głową. W jej stronę zmierzały kolejne Trolloki - które spaliła drobnym gestem dłoni.

Sześcioramienna gwiazda była wyrzeźbiona w bocznej części kamiennego łuku. Podeszła bliżej, powstrzymując się przed nerwowym zerkaniem przez ramię. Zbliżały się następne Trolloki. Było ich więcej, niż potrafiłaby pozabijać.

Sięgnęła dłonią ku gwieździe i przeszła na drugą stronę.

Nynaeve ukończyła czterdziesty siódmy splot, którego skutkiem był odgłos dzwonków w powietrzu. Czuła ogarniające ją wyczerpanie. Splot musiała kształtować, stojąc na niemożliwie wąskim szczycie iglicy, która sięgała setki stóp ponad ziemię. Wiatr szarpał jej ciało, grożąc porwanie w przepaść.