Выбрать главу

W ciemnościach nocy, pod swoimi stopami dostrzegła sklepione łukiem przejście. Wydawało się wyrastać bezpośrednio ze ściany iglicy, kilkanaście stóp niżej, równolegle do powierzchni ziemi, z otworem zwróconym ku niebu. Wewnątrz - sześcioramienna gwiazda.

Zacisnęła zęby, skoczyła i wpadła do środka.

Wylądowała w kałuży. Jej ubranie zniknęło. Co się z nim stało? Podniosła się, mamrocząc gniewnie pod nosem. Była wściekła. Nie miała pojęcia, skąd to przekonanie, ale pewna była, że ktoś… to wszystko jej robił.

Była taka zmęczona. Ale to przez nich, kimkolwiek byli. Skupiła się na tej myśli i powoli wszystko zaczynało stawać się jasne. Nie potrafiła sobie przypomnieć, co z nią robią, ale ktoś za to odpowiadał. Obie ręce znaczyły czerwone pręgi zadrapań. Może została wychłostana? Rozcięcia bolały i piekły.

Ociekając wodą, rozejrzała się dookoła. Ukończyła czterdzieści siedem ze stu splotów. To wiedziała, ale właściwie nic poza tym. To i jeszcze fakt, że ktoś strasznie się starał, aby zawiodła.

Nie miała zamiaru pozwolić im wygrać. Wyszła z kałuży, zdeterminowana zachować spokój i zaraz obok znalazła leżące ubranie. W kolorach iście wściekłych - jaskrawe róże i żółcie z obfitym dodatkiem czerwieni. Naciągnęła je na grzbiet.

Szła ścieżką przez bagno, omijając paskudne dziury i kałuże stojącej wody. Na koniec znalazła sześcioramienną gwiazdę wyrysowaną w błocie. Rozpoczęła tkać następny splot, którego efektem miała być płonąca gwiazda błękitnego ognia, unosząca się w powietrzu.

Coś ukąsiło ją w kark. Pacnęła dłonią, zabiła meszkę. Cóż, nic dziwnego, że na takim bagnie żyją ich chmary. Powinna się cieszyć… Kolejna ugryzła ją w rękę. Strąciła ją. I wtedy powietrze wokół niej wypełniło brzęczenie, zawirowały owady. Nynaeve zgrzytnęła zębami, nie wypuszczając splotu. Kolejne ukąszenia na ramionach. Przecież nie da rady pozabijać wszystkich. Może użyć jakiegoś splotu? Zaczęła tkać Powietrze, które owiałoby ją wiatrem i wtedy usłyszała krzyki.

Ledwie dawało się je złowić wśród brzęczenia much, jednak brzmiały jakby dziecko topiło się w bagnie! Nyaneve dała krok w kierunku źródła - jak się jej wydawało - krzyków i już otworzyła usta, żeby krzyknąć, lecz meszki natychmiast je wypełniły, dławiąc oddech. Rzuciły się też do oczu, aż musiała zacisnąć powieki.

To brzęczenie. Te krzyki. Ukąszenia. Światłości, miała ich pełne gardło! Pełne płuca!

„Ukończ splot. Musisz ukończyć splot”.

Więc kończyła go, jakoś, mimo bólu. Brzęczenie owadów było tak głośne, że ledwie usłyszała syk, z jakim płonąca gwiazda uniosła się w powietrze. Szybko utkała splot przeciwko meszkom, a kiedy już zadziałał, rozejrzała się dookoła. Kaszlała, drżała niepowstrzymanie. Wciąż czuła meszki przylepione do wnętrza gardła. Natomiast nigdzie nie widziała dziecka w niebezpieczeństwie. Może to było tylko złudzenie?

Dostrzegła kolejną sześcioramienną gwiazdę, nad drzwiami wyrzeźbionymi w drzewie. Podeszła bliżej, a tymczasem wokół niej na nowo zaczęły roić się meszki. Spokojnie. Trzeba zachować spokój! Dlaczego? To nie miało sensu! Niemniej zrobiła, co nakazywało jej wewnętrzne przekonanie - z zamkniętymi oczyma maszerowała ku gwieździe, otoczona huraganem much. W końcu przeszła na drugą stronę.

Zatrzymała się we wnętrzu jakiegoś budynku, zastanawiając się, skąd ten straszny kaszel? Może była chora? Oparła się o pobliską ścianę, wyczerpana, wściekła. Jej nogi pokrywały zadrapania, ręce swędziały od śladów ukąszeń owadów. Jęknęła, objąwszy spojrzeniem swoje ekstrawaganckie ubranie. Cóż mogło w nią wstąpić, żeby połączyć razem czerwony, żółty i różowy?

Z westchnieniem oderwała się od ściany i ruszyła w głąb sypiącego się korytarza. Deski, z których wykonano podłogę, trzeszczały pod jej stopami, pokruszony gips odpadał ze ścian.

Dotarła do drzwi, zerknęła na drugą stronę. W niewielkiej komnacie znajdowały się cztery mosiężne łóżka. Ze szwów materacy sterczała słoma. Na każdym z łóżek leżało dziecko ściskające podarty koc. Dwoje dzieci kaszlało, cała czwórka była blada i wyglądała na chore.

Nynaeve westchnęła, wbiegła do pokoju. Uklękła przy pierwszym dziecku. Chłopiec miał może jakieś cztery lata. Zajrzała mu w oczy, kazała kaszlnąć, przyłożywszy ucho do piersi. Miał wędrującą wysypkę.

- Kto się wami opiekuje? - zapytała.

- Sierociniec prowadzi pani Mala - powiedział chłopczyk słabym głosem. - Nie widzieliśmy jej już od dawna.

- Proszę - odezwała się dziewczynka leżąca na sąsiednim łóżku. Miała przekrwione oczy, a twarz bladą jak papier. - Poproszę wody. Mogę dostać trochę wody? - Przeszył ją dreszcz.

Pozostała dwójka rozpłakała się. Żałosnymi, słabymi łkaniami. Światłości! W pokoju nie było ani jednego okna. Nynaeve dostrzegła rojące się pod łóżkami karaluchy. Kto mógł zostawić dzieci w takich warunkach?

- Ciii - powiedziała. - Jestem tutaj i zajmę się wami. Żeby zabrać się do ich Uzdrowienia, musiała przenieść Moc.

I wtedy…

„Nie” - pomyślała. „Nie mogę tego zrobić. Nie mogę przenosić, póki nie dotrę do gwiazdy”.

A więc pozostawało zrobienie naparu. Gdzie się podziała jej sakwa z ziołami? Rozejrzała się po pokoju, szukając wody. Zamarła. Po drugiej stronie korytarza był następny pokój. Czemu wcześniej go nie dostrzegła? Na leżącym na podłodze dywaniku widniał znak sześcioramiennej gwiazdy. Podniosła się. Dzieci zajęczały.

- Wrócę do was - oznajmiła Nynaeve, wychodząc na korytarz. Każdy krok łamał jej serce. Porzucała je. Przecież nie… szła tylko do pokoju obok. Nieprawdaż?

Stanęła przed dywanikiem, zaczęła tkać splot. Tylko ten jeden szybki splot i zaraz będzie mogła do nich wrócić. Przyłapała się na tym, że płacze.

„Byłam tu już kiedyś” - pomyślała. „Albo w takim samym miejscu. Już raz coś takiego przeżyłam.”

Z każdą chwilą robiła się coraz bardziej wściekła. Jak mogła przenosić, słuchając wołań tych dzieci? Przecież umierały. Ukończyła splot i przez chwilę przyglądała się, jak wypuszcza z siebie strumienie powietrza, które marszczą jej sukienkę. Schwyciła ręką warkocz i ściskała go, póki w bocznej ścianie pokoju nie pojawiły się drzwi. W drzwi wstawiona była niewielka szklana szybka z namalowanym symbolem sześcioramiennej gwiazdy.

Trzeba iść dalej. W uszach miała tylko płacz dzieci. Ze łzami w oczach i pękającym sercem podeszła do drzwi.

Potem było już tylko gorzej. Porzucała tonących, stojących na szafocie, palonych żywcem. Jedną z najgorszych sytuacji przeżyła, gdy musiała tkać splot pośrodku wioski, której mieszkańców pożerały ogromne pająki o czerwonym futrze i świecących kryształowym blaskiem oczach. Nienawidziła pająków.

Od czasu do czasu traciła ubranie. W końcu przestała się tym przejmować. Choć nie potrafiła sobie przypomnieć właściwie nic konkretnego, prócz numeru splotu, jaki miała wykonać, rozumiała - jakoś - że nagość jest zupełnie nieistotna w porównaniu z grozą, której przyszło jej być świadkiem.

Chwiejnie przeszła pod kamiennym łukiem. Wspomnienia płonącego domu zatarły się w jej pamięci. To był osiemdziesiąty pierwszy splot. Tyle pamiętała. To i swoją wściekłość.

Miała na sobie suknię z juty, w kilku miejscach przypaloną. Jak to się mogło stać? Wyprostowała się i uniosła głowę. Drętwiały jej ręce, plecy bolały, jakby ją ktoś wychłostał, przedramiona i nogi znaczyły niezliczone zadrapania i drobne rany. Znajdowała się w Dwu Rzekach. Tyle że to nie były Dwie Rzeki takie, jakimi je zapamiętała. Niektóre z budynków jeszcze się tliły, jeszcze płonęły.

- Znowu nadchodzą! - usłyszała czyjś głos. Pan al’Vere. Po co mu ten miecz w ręku? Ludzie, których znała, ludzie drodzy jej sercu: Perrin, pan al’Vere, pani al’Donel, Aeric Botteger, stali za niskim murem, ściskając broń w dłoniach. Niektórzy machali do niej.