- Nynaeve! - zawołał Perrin. - Pomiot Cienia! Potrzebujemy twojej pomocy!
Po drugiej stronie muru zamajaczyły potężne cienie. Pomiot Cienia, ale materializujący się w istotach straszliwych rozmiarów. Nie Trolloki, tylko coś znacznie gorszego. Słyszała już wycie dobiegające z gardeł bestii.
Trzeba im pomóc! Ruszyła w kierunku Perrina, ale zamarła, gdy po drugiej stronie łąki zobaczyła sześcioramienną gwiazdę wymalowaną na zboczu wzgórza.
- Nynaeve! - W głosie Perrina brzmiała desperacja. W tej samej chwili wziął zamach i uderzył w tamtego stwora, który właśnie sięgnął przez mur mackami czarnymi niczym noc. Perrin metodycznie obcinał macki, a tymczasem jeden z potworów schwycił Aerika i pociągnął wrzeszczącego w ciemność.
Nynaeve ruszyła w stronę gwiazdy. Spokojna. Równym krokiem. To była jakaś głupota. Aes Sedai powinna zachować spokój w każdej sytuacji. Tyle pamiętała. Ale Aes Sedai powinna także być w stanie działać, zrobić, co trzeba, aby pomóc ludziom potrzebującym pomocy. Nieważne, ile sama musiałaby za to zapłacić. Ci ludzie jej potrzebowali.
A więc ruszyła biegiem.
Ale wcale nie poczuła się lepiej. Biegła, żeby dostać się do gwiazdy, równocześnie jednak porzucając ludzi, których kochała, na pastwę samotnych zmagań z potworami. Wiedziała, że nie powinna przenosić, póki nie dotrze do sześcioramiennej gwiazdy. To nie miało w jej oczach żadnego sensu. Pomiot Cienia atakował. Trzeba przenosić!
Objęła Źródło i zdało jej się, że coś próbuje ją powstrzymać. Coś jakby tarcza. Z trudem usunęła przeszkodę i zalała ją Jedyna Moc. Cisnęła w potwora kulą ognia akurat w czas, żeby spalić mackę chwytającą właśnie Perrina.
Nie ustawała w walce, póki nie dotarła do sześcioramiennej gwiazdy. Tam splotła osiemdziesiąty pierwszy splot, którego skutkiem były trzy pierścienie Ognia w powietrzu.
Pracowała wściekle, nie przerywając walki z oddali. Nie miała pojęcia, po co tworzy ten splot, ale wiedziała, że musi go ukończyć. A więc znacznie zwiększyła siłę splotu, co z kolei uczyniło płonące kręgi wielokrotnie większymi, niż to pierwotnie miało być. I zaczęła ciskać nimi w potwory. Grube pierścienie ognia runęły na czarne stwory, zabijając je.
Na dachu gospody pana al’Vere zabłysła sześcioramienna gwiazda. Skąd ona się tam wzięła? I kiedy? Nynaeve zignorowała symbol i dalej walczyła z potworami o niezliczonych mackach.
„Nie. To ważne. Ważniejsze niż Dwie Rzeki. Muszę iść dalej”. Czując się jak skończony tchórz - a równocześnie zdając sobie sprawę, że nie ma innego wyjścia - pobiegła do gospody i przestąpiła jej próg.
Łkając, leżała na ziemi obok strzaskanego kamiennego łuku. To był ostatni ze stu splotów.
Ledwie potrafiła ruszyć ręką czy nogą. Po twarzy spływały łzy. W pamięci kłębiły się wspomnienia o ucieczkach z pól bitewnych, porzucaniu dzieci na śmierć. O niemożliwości sprostania otaczającemu złu.
Z rany na ramieniu ciekła krew. Ukąszenie wilka. Nogi poszarpane, jakby przedzierała się przez niekończące się pola cierni. Całe ciało pokrywały oparzenia i pęcherze. Była naga.
Podniosła się na klęczki, zabolały podrapane i zakrwawione kolana. Jej warkocz kończył się żałosną kępką poskręcanych od żaru włosów jakąś piędź poniżej ramion. Zwymiotowała. Przeszył ją dreszcz.
Taka chora, taka słaba. Jak tu się pozbierać? „Nie. Nie pokonają mnie”.
Powoli, z wysiłkiem powstała. Znajdowała się w niewielkim pomieszczeniu. Ostre światło słońca przenikało do środka przez szczeliny w deskach ścian. Na ziemi leżał zwój białej materii. Podniosła go i rozwinęła. Biała sukienka z lamówką w barwach wszystkich Ajah. Ubiór Przyjętej Białej Wieży.
Upuściła ją na ziemię.
- Jestem Aes Sedai - powiedziała, przestępując nad zmiętą materią i otwierając drzwi. Lepiej być nagą, niż ustąpić przed kłamstwem.
Za drzwiami znalazła następną suknię, tym razem barwy żółtej. To już znacznie lepiej. Poświęciła chwilę, żeby ją przywdziać, co wymagało nieco wysiłku, ponieważ drżała niepowstrzymanie, a zmęczone palce ledwie sobie poradziły z zadaniem. Na materiale sukni zostały smugi krwi.
Ubrała się i rozejrzała po otoczeniu. Znajdowała się na zboczu jakiegoś wzgórza na Ugorze - zorientowała się po charakterystycznych ciemnych plamach pokrywających rosnące na ziemi chwasty. Skąd szopa na Ugorze i jakim sposobem do niej trafiła?
Czuła się strasznie zmęczona. Najchętniej wróciłaby do tej szopy i zasnęła.
Nie. Trzeba to ciągnąć. Wgramoliła się po zboczu na górę. Ze szczytu mogła objąć wzrokiem ziemię pokrytą gruzem i połaciami - jeśli tak można było je nazwać - ciemności. Ciemność była płynna, głęboka i oleista. Poruszały się w niej jakieś kształty.
„Malkier” - pomyślała, sama zdumiona, że jest w stanie rozpoznać to miejsce. „Siedem Wież, teraz obróconych w gruzy. Tysiąc Jezior, pożartych przez ciemność. Dziedzictwo Lana”.
Dała parę kroków naprzód, póki palcem u nogi nie zawadziła o coś. Na kamieniu u jej stóp wyrzeźbiono drobny symbol. Sześcioramienna gwiazda.
Westchnęła z ulgą. To już niemalże koniec. Zaczęła tkać ostatni splot.
Na dole, u swych stóp zobaczyła znienacka sylwetkę mężczyzny - tamten zręcznie wymachiwał mieczem. Poznała go nawet z takiej odległości. Silne ramiona, twarz o mocnych rysach, zmiennobarwny płaszcz i chód jak u niebezpiecznego zwierzęcia.
- Lan! - krzyknęła.
Lana otaczały bestie przypominające wilki, lecz zbyt wielkie, by mogły nimi być. Miały ciemne futro, a ich białe zęby, którymi usiłowały dosięgnąć Lana, wyraźnie połyskiwały.
Ogary Ciemności. Całe stado.
Nynaeve z drgnieniem skończyła setny splot - przez dłuższą chwilę sama nie zdawała sobie sprawy, co robi. Otoczył ją deszcz kolorowych iskier. Tępym wzrokiem przyglądała się, jak opadają na ziemię, opanowało ją przemożne wrażenie, że została wykorzystana. Zza pleców dobiegł ją jakiś odgłos, ale kiedy się obejrzała, zobaczyła tylko szopę.
Sześcioramienna gwiazda wykonana z odłamków kryształu wisiała nad drzwiami. Wcześniej jej tam nie było. Samych drzwi nie było. Dała krok w jej kierunku, potem jeszcze raz obejrzała się za siebie.
Lan brał szerokie zamachy mieczem, zmuszając Ogary Ciemności do wycofania się. Kropla śliny jednej z tych bestii oznaczała niechybną śmierć.
- Lan! - krzyknęła. - Uciekaj!
Nie słyszał jej. Sześcioramienna gwiazda. Trzeba do niej iść! Zamrugała, spuściła wzrok i objęła nim swoje dłonie. Pośrodku każdego nadgarstka znajdowała się maleńka blizna. Prawie niedostrzegalna. Na ich widok pojawiły się wspomnienia.
„Nynaeve… Kocham cię…”.
To była próba. Teraz sobie przypomniała. To była próba, której sensem było postawienie jej w sytuacji wyboru: albo Lan, albo Biała Wieża. Raz już dokonała takiego wyboru, choć była przekonana, że nie jest całkiem na poważnie.
Ale to, co się teraz działo, też nie było całkiem na poważnie, nieprawdaż? Przyłożyła dłoń do czoła, próbując odegnać mgłę zaćmiewającą myśli.
„Tam na dole jest mój mąż” - pomyślała. „Nie. Nie będę grała w tę grę!”.
Wrzasnęła, splotła Ogień i cisnęła nim w jednego z Ogarów Ciemności. Płomienie spowiły stwora, ale najwyraźniej nie wyrządziły mu żadnej krzywdy. Nynaeve dała krok w tamtą stronę, ciskając przed siebie kolejnym ogniem. Bez skutku! Ogary nie zaprzestały atakować.
Resztkami sił walczyła z ogarniającym ją wyczerpaniem. Jakoś sobie poradziła, pojawił się spokój, opanowanie. Lód. Chciały ją pchnąć do kresu możliwości, zobaczyć, co zrobi? Cóż, niech tak będzie. Sięgnęła ku Źródłu, zaczerpnęła ogromny kęs Jedynej Mocy. Potem splotła ogień stosu.