Выбрать главу

– Potrzebne są płytki krwi.

Zabierają ją z moich rąk. Jeszcze przez kilka chwil po tym, jak pielęgniarki, mama i Kate zniknęły za zasłoną, stoję z uniesionymi, naprężonymi rękoma, usiłując oswoić się z faktem, że niczego już w nich nie ma.

Doktor Chance jest onkologiem; znam go. Doktora Nguyena nie znam; jest specjalistą w jakiejś innej dziedzinie. Słyszymy od nich to, czego sami się już domyśliliśmy: to jest agonia. Choroba nerek osiągnęła końcowe stadium. Mama stoi obok łóżka, ściskając kurczowo stojak na kroplówki.

– Czy jest jeszcze czas na przeszczep? – pyta, jakby pozew Anny, proces i sąd absolutnie nic dla niej nie znaczyły.

– Stan Kate jest bardzo poważny – odpowiada doktor Chance. – Już przedtem nie było pewności, czy zdoła przeżyć taką ciężką operację. Teraz szanse powodzenia są jeszcze mniejsze.

– Ale zrobicie to, jeśli znajdzie się dawca? – pyta dalej mama.

– Zaraz – odzywam się nagle; w gardle czuję taką suchość, jakby było wyłożone słomą. – A czy moja nerka się nada?

Doktor Chance potrząsa głową.

– W zwyczajnym przypadku dawca nerki nie musi mieć pełnej zgodności. Niestety, przypadek twojej siostry nie jest zwyczajny.

Lekarze wychodzą. Czuję na sobie wzrok mojej matki.

– Jesse. – Słyszę jej głos.

– Nie myśl sobie, że bym to zrobił. Tak tylko pytałem. No, wiesz… żeby wiedzieć.

Ale wewnątrz czuję, że pali mnie ogień tak samo gorący jak te pierwsze płomienie wybuchające w magazynie. Z jakiej racji wydało mi się, że po tylu latach naraz mogę być coś wart? Jak mogłem pomyśleć, że potrafię pomóc siostrze, skoro nie wiem nawet, jak pomóc sobie samemu?

Kate otwiera oczy. Wpatruje się we mnie. Oblizuje wargi, wciąż pokryte skorupą zaschłej krwi. Wygląda przez to jak wampir. Upiorny, makabryczny, ale nieśmiertelny. Gdyby tylko mogło tak być.

Nachylam się nad nią, bo wiem, że w tej chwili brak jej sił, żeby przepchnąć słowa przez powietrze, które nas dzieli. „Powiedz”, czytam z ruchu warg – Kate specjalnie nie dobywa głosu, żeby nie zwrócić uwagi mamy.

„Powiedz?” – odpowiadam jej tak samo bezgłośnie; muszę się upewnić, że dobrze ją zrozumiałem.

„Powiedz Annie”.

Ale w tym momencie drzwi otwierają się z trzaskiem. Wpada ojciec, napełniając pomieszczenie zapachem dymu. Jego włosy, ubranie, skóra – wszystko cuchnie dymem tak mocno, że aż spoglądam w górę w obawie, że zaraz włączy się instalacja przeciwpożarowa.

– Co się stało? – pyta, podchodząc prosto do łóżka.

Wymykam się z pokoju, bo nie jestem tam już nikomu potrzebny. W windzie wisi znak z napisem „Zakaz palenia”. Staję wprost pod nim i zapalam papierosa.

Powiedz Annie. Ale co?

SARA
1990 – 1991

Może to czysty przypadek, a może taka karma; siedzimy trzy w salonie fryzjerskim i wszystkie jesteśmy w ciąży. Tworzymy rządek pod kloszami suszarek, ręce mamy założone na brzuchu. Wyglądamy jak trzy posążki Buddy.

– Najbardziej podobają mi się imiona Freedom, Low i Jack – mówi dziewczyna obok mnie.

– A jeśli nie urodzi się chłopiec? – pyta kobieta, która siedzi z mojej drugiej strony.

– To są imiona i dla chłopczyka, i dla dziewczynki.

Powstrzymuję się od uśmiechu.

– Głosuję za Jackiem.

Dziewczyna zerka przez okno. Pogoda jest dziś pod psem.

– Sleet to ładne imię. – „Sleet”. Deszcz ze śniegiem, taki jak dziś za oknem. – Sleet – powtarza dziewczyna w zamyśleniu, wypróbowując brzmienie słowa: – Sleet, pozbieraj zabawki. Sleet, kochanie, nie marudź, bo się spóźnimy na koncert. – Z kieszeni ciążowych ogrodniczek wygrzebuje ogryzek ołówka i kartkę, na której gryzmoli to imię.

Kobieta po mojej lewej stronie uśmiecha się do mnie.

– To pani pierwsze?

– Trzecie.

– Ja też rodzę trzeci raz. Mam już dwóch chłopców. Tym razem liczę na szczęście.

– Ja mam chłopca i dziewczynkę – mówię jej. – Pięć lat i trzy.

– A wie pani, co teraz się urodzi?

Wiem o tym dziecku wszystko, począwszy od płci, a skończywszy na rozmieszczeniu chromosomów, także tych, które są odpowiedzialne za pełną zgodność jej tkanek z tkankami Kate. Wiem dokładnie, co się urodzi. Cud.

– Dziewczynka – odpowiadam.

– Ale pani zazdroszczę! Nam z mężem lekarz na USG nie mógł nic powiedzieć. Gdyby to miał być następny chłopiec, to chyba bym nie donosiła go przez całe pięć miesięcy. – Wyłącza suszarkę i odsuwa ją na bok. – Wybrała już pani jakieś imiona?

To dziwne, ale nie. Jestem w dziewiątym miesiącu ciąży. Miałam mnóstwo czasu na rozważania, na marzenia, a tak naprawdę nie zaplanowałam niczego w związku z tym dzieckiem. Kiedy myślałam o mojej młodszej córce, brałam pod uwagę wyłącznie to, co będzie mogła zrobić dla starszej siostry. Nie przyznałam się do tego nawet Brianowi, który co wieczór przykłada ucho do mojego wielkiego już brzucha i wyczekuje drgnięć, zwiastujących – jak mu się wydaje – narodziny pierwszej kobiety, która wejdzie do składu drużyny Patriots jako rozgrywająca. Ale ja też planuję dla niej coś wielkiego: postanowiłam, że uratuje życie swojej siostrze.

– Jeszcze czekamy – odpowiadam mojej rozmówczyni.

Czasem wydaje mi się, że nie robimy nic innego.

W zeszłym roku, kiedy Kate zakończyła trwającą trzy miesiące chemioterapię, pozwoliłam sobie uwierzyć, że naprawdę się nam udało; byłam na tyle głupia. Doktor Chance stwierdził, że wystąpiły oznaki remisji i że teraz należy tylko czekać i uważać na to, co będzie się działo. Na krótki czas moje życie całkiem powróciło do normy: woziłam Jessego na treningi piłkarskie, pomagałam Kate w zajęciach przedszkolnych, brałam nawet gorące kąpiele dla odprężenia.

Ale jakiś głos wewnętrzny mówił mi, że to jeszcze nie koniec. Ten głos nakazywał mi co rano uważnie oglądać poduszkę Kate, na wypadek gdyby znów zaczęły wypadać jej włosy – nawet kiedy już zaczęły na dobre odrastać, mocno kędzierzawe i ze skręconymi końcówkami. Ten sam głos kazał mi iść do genetyka poleconego przez doktora Chance’a. Doprowadzić do zapłodnienia in vitro mojej komórki jajowej nasieniem Briana. A później począć embrion, o którym specjalista orzekł, że wykazuje stuprocentową zgodność tkankową z organizmem Kate. Na wszelki wypadek.

Podczas rutynowego badania szpiku kostnego okazało się, że nastąpił nawrót na poziomie komórkowym. Na pierwszy rzut oka Kate wyglądała jak zwyczajna trzylatka, ale rak znów zaczynał toczyć jej organizm, niszcząc postępy poczynione dzięki chemioterapii.

Kate siedzi na tylnym siedzeniu samochodu, wymachuje nogami i bawi się telefonem zabawką. Jesse siedzi obok niej i wygląda przez okno.

– Mamo, a czy autobusy spadają na ludzi?

– Jak liście z drzew?

– Nie. Chciałem wiedzieć, czy mogą się na kogoś… przewrócić. – Jesse pokazuje ręką, jak autobus się przewraca.

– Tylko kiedy wieje bardzo silny wiatr albo kiedy kierowca jedzie za szybko.

Synek kiwa głową. Moje wytłumaczenie przekonało go, że jest bezpieczny w tym wszechświecie. Mija chwila.

– Mamo, a jaka jest twoja ulubiona liczba?

– Trzydzieści jeden – odpowiadam. Tego dnia mam termin porodu. – A twoja?

– Dziewięć, bo to jest cyferka i można mieć tyle lat, i tak wygląda szóstka do góry nogami. – Cisza trwa tylko tyle czasu, ile potrzeba na zaczerpnięcie oddechu. – Mamo, a czy my mamy takie specjalne nożyczki do mięsa?

– Tak, mamy.

Skręcam w prawo. Mijamy cmentarz; poprzekrzywiane kamienie nagrobne sterczą rzędem, podobne do pożółkłych zębów.