Выбрать главу

Dyrektor rzuca słuchawkę. Wciskam klawisz telefonu wewnętrznego.

– Kerri, zadzwoń do Erniego Rybołowa i powiedz mu, że może przestać się martwić.

Zabieram się do stosu papierów zalegających na biurku. Pod nim leży zwinięty w kłębek Sędzia. Wygląda jak pleciony dywanik. Wzdycha przez sen, a jedna łapa mu drży.

To jest życie, powiedziała mi kiedyś, przypatrując się szczeniakowi goniącemu za własnym ogonem. Następnym razem chcę zostać psiakiem.

Zaśmiałem się. Zobaczysz, że będziesz kotem, oświadczyłem. Koty są samowystarczalne i nie potrzebują nikogo.

Ja potrzebuję ciebie, usłyszałem w odpowiedzi.

No cóż, odparłem. Może ja zostanę krzewem kocimiętki.

Przecieram mocno powieki kciukami. To fakt, że nie dosypiam; najpierw zagapiłem się w restauracji na obcą kobietę, teraz to… Rzucam Sędziemu zagniewane spojrzenie, jakby to była jego wina. Muszę wracać do pracy. Co ja tam zapisałem w notesie? Nowy klient, handlarz narkotykami, schwytany na gorącym uczynku. Oskarżenie przedstawiło dowód – nagranie wideo. Od skazania nic go nie wybroni, chyba żeby miał brata bliźniaka, o którym nie słyszał nigdy i od nikogo, nawet od matki.

Zastanówmy się. A gdyby tak…

Słyszę dźwięk otwieranych drzwi. Bez podnoszenia głowy wydaję Kerri polecenie: „Przejrzyj akta sprawy Jenny’ego Jonesa. Spróbuj znaleźć dowód na to, że miał brata bliźniaka, o którym nic nie…”.

– Witaj, Campbell.

Tracę rozum. Bezsprzecznie muszę już tracić rozum, bo mam przed sobą Julię Romano, którą ostatni raz widziałem piętnaście lat temu. Nosi teraz dłuższe włosy, a dookoła jej ust widać cieniutkie kreski, jak nawiasy wokół słów, których nigdy nie usłyszałem, bo nie było mnie przy niej. Udaje mi się wreszcie wydobyć z siebie głos.

– Julia.

Julia zamyka drzwi. Na ten dźwięk Sędzia zrywa się na równe nogi.

– Jestem kuratorem procesowym wyznaczonym do sprawy Anny Fitzgerald.

– Providence nie jest duże… Miałem nadzieję… Byłem pewien, że wpadniemy na siebie wcześniej czy później. Myślałem tylko, że wcześniej.

– Unikać kogoś to żadna sztuka – pada riposta. – Sam chyba wiesz o tym najlepiej. – Nagle widzę, że cały jej gniew ulatnia się w jednej chwili. – Przepraszam. To było nie na miejscu.

– Dawno się nie widzieliśmy – zagajam, chociaż tak naprawdę chcę tylko zapytać, co się z nią działo przez te piętnaście lat. Czy nadal pije herbatę z mlekiem i z cytryną? Czy jest szczęśliwa? – Już nie masz różowych włosów – wyduszam z siebie, bo jestem kretynem.

– Nie mam – odpowiada. – Przeszkadza ci to?

Wzruszam ramionami.

– Chodzi mi o to, że… właściwie… – Jak zwykle braknie słów, kiedy naprawdę trzeba coś powiedzieć. – Podobał mi się tamten kolor wyznaję.

– Niestety, różowe włosy nie przysparzają autorytetu na sali sądowej.

Uśmiecham się.

– Od kiedy to troszczysz się o to, co inni o tobie myślą? – pytam rozbawiony.

Julia nie odpowiada, ale wyczuwam jakąś nagłą zmianę. Spadła temperatura w pokoju czy może to ten mur, który nagle wyrósł między nami?

– Zamiast rozgrzebywać przeszłość, proponuję porozmawiać o Annie. – Julia wybiera rozwiązanie dyplomatyczne.

Kiwam głową. Czuję się tak, jakbyśmy toczyli tę rozmowę w autobusie, na ławce pełnej ludzi, a między nami siedział ktoś obcy, którego oboje postanowiliśmy nie zauważać; rozmawiamy przez niego i dookoła niego, rzucając na siebie ukradkowe spojrzenia, kiedy wiemy, że drugie nie patrzy. Jak mam się skupić na sprawie Anny Fitzgerald, skoro potrafię myśleć tylko o tym, czy Julia obudziła się kiedyś w ramionach jakiegoś mężczyzny i czy przez moment, zanim sen rozwiał się do końca, nie wydawało jej się może, że to ja?

Sędzia wyczuwa napięcie. Wstaje i podchodzi do mnie. Julia chyba dopiero teraz zauważyła, że nie jesteśmy w gabinecie sami.

– To twój wspólnik?

– Współpracownik – potrząsam głową. – Ale pisali o nim w „Law Review”.

Julia sięga do łba Sędziego, drapie go za uchem. Cholerny szczęściarz.

– Nie rób tego, proszę. – Marszczę brwi. – To pies – przewodnik. Nie wolno go głaskać.

Julia spogląda na mnie ze zdziwieniem. Zmieniam temat, zanim zdąży zapytać o szczegóły.

– Chciałaś porozmawiać o Annie. – Sędzia trąca mnie nosem w dłoń. Mocno.

Julia krzyżuje ramiona na piersi.

– Odwiedziłam ją w domu.

– I co?

– Trzynastolatki są pod silnym wpływem rodziców. Matka Anny wydaje się mieć całkowitą pewność, że do procesu nie dojdzie. Mam przeczucie, że będzie się starała wybić go córce z głowy.

– Znajdę na to sposób – mówię.

Julia znów spogląda na mnie, tym razem podejrzliwie.

– Jaki?

– Usunę Sarę Fitzgerald z domu.

– Żartujesz czy mówisz poważnie? – Julia jest zaskoczona.

Sędzia zaczyna szarpać mnie za ubranie. Nadal nie reaguję, więc szczeka dwa razy.

– Nie widzę powodu, dla którego to moja klientka powinna wyprowadzić się z domu. To nie ona zlekceważyła polecenia sędziego. Zdobędę tymczasowy nakaz sądowy zabraniający Sarze Fitzgerald wszelkich kontaktów z Anną.

– Campbell, to jest jej matka!

– W tym tygodniu występuje jako adwokat strony pozwanej. Skoro usiłuje wpłynąć na moją klientkę, należy jej się upomnienie.

– To nie jest twoja klientka, tylko dziecko, które ma trzynaście lat, a jego świat właśnie wali się w gruzy. Chcesz odebrać jej wszystko, na czym może się oprzeć? Czy ty w ogóle zadałeś sobie trud, żeby ją choć trochę poznać?

– Oczywiście – kłamię.

Sędzia kładzie się u moich stóp i zaczyna skamleć. Julia spogląda na niego.

– Co mu jest?

– Nic. Posłuchaj: do mnie należy obrona praw Anny. Mam wygrać dla niej ten proces i zrobię to.

– Nie wątpię. Może tylko niekoniecznie mając na względzie jej dobro. Bo wygranie procesu liczy się dla ciebie najbardziej. Cóż to za ironia, że dziecko, które potrzebuje pomocy, bo jest wykorzystywane i zmuszane do poświęceń na rzecz innej osoby, musiało trafić akurat do ciebie!

– Co ty możesz o mnie wiedzieć? – Zaciskam zęby.

– Niewiele, to fakt, ale czyja to wina?

A mieliśmy nie rozgrzebywać przeszłości. Przebiega mnie nagły dreszcz. Chwytam Sędziego za obrożę.

– Przepraszam – rzucam Julii i wychodzę. Zostawiam ją, tak jak to już raz zrobiłem.

Szkoła Wheelera nie była w zasadzie niczym innym jak fabryką wypuszczającą w świat damy z towarzystwa oraz przyszłych rekinów finansjery. Wszyscy byliśmy podobni, identyczni z wyglądu i z zachowania. Wakacje spędzaliśmy czynnie.

Byli w tej szkole, rzecz jasna, tacy, którzy wybijali się z jednolitego tłumu. Byli stypendyści, którzy nosili kołnierzyki postawione na sztorc i trenowali wykłócanie się o wszystko, ale nie widzieli, że bardzo dobrze zdajemy sobie sprawę, że nie są z tej samej gliny co my. Byli gwiazdorzy, tacy jak Tommy Boudreaux, który w trzeciej klasie dostał propozycję grania w drużynie Detroit Redwings. Było też kilku świrów; ci podcinali sobie żyły albo popijali walium wódką. Znikali po takich zajściach ze szkoły równie cichutko, jak się po niej wcześniej snuli.

Byłem już w szóstej klasie, kiedy Julia Romano trafiła do Wheelera. Chodziła w ciężkich wojskowych butach, a pod szkolną marynarką nosiła koszulkę z nadrukiem „Numerek za friko”. Potrafiła w mgnieniu oka wbić sobie do głowy cały sonet. Podczas przerw, kiedy my chowaliśmy się przed dyrektorem i popalaliśmy papierosy, Julia wspinała się na dach sali gimnastycznej, siadała pod rurą grzewczą i zaczytywała się Henrym Millerem i Nietzschem. Wszystkie dziewczyny w szkole miały identycznie żółte i proste włosy, które zaczesywały do tyłu, przytrzymując opaską; wyglądało to jak paczka makaronu. Włosy Julii były burzą niesfornych czarnych loków. Miała ostre rysy twarzy i nie uznawała makijażu – nie podoba ci się, to nie patrz. W lewej brwi nosiła kolczyk ze srebrnego drutu, cieniutkiego jak włos. Jej zapach przywodził na myśl świeże, rosnące ciasto.