Выбрать главу

Krążyły o niej różne plotki: jedni mówili, że wyrzucono ją z żeńskiego poprawczaka; inni, że jest cudownym dzieckiem, a na wstępnym teście predyspozycyjnym przed przyjęciem do szkoły zdobyła maksymalną liczbę punktów; miała też podobno być dwa lata młodsza niż cały nasz rocznik; byli też tacy, którzy twierdzili, że miała tatuaż. Ale tak naprawdę nikt nie wiedział, co o niej myśleć. Mówili o niej „pokręcona”, bo nie była taka jak wszyscy.

Pewnego dnia Julia Romano pojawiła się w szkole z włosami ściętymi na krótko i ufarbowanymi na różowo. Że ją zawieszą w prawach ucznia, to było pewne, czekaliśmy tylko kiedy. Okazało się jednak, że w gąszczu nakazów i zakazów dotyczących ubioru w szkole Wheelera nikt nie pomyślał o ustaleniu norm określających przyzwoitą fryzurę. Zacząłem się wtedy zastanawiać, dlaczego ani jeden chłopak w szkole nigdy nie zrobił sobie dredów, i nagle zrozumiałem, że to nie dlatego, że zabroniono nam się wyróżniać, ale dlatego, że sami tego nie chcieliśmy.

Tego samego dnia siedziałem w stołówce z grupką kumpli z drużyny żeglarskiej. Były z nami też ich dziewczyny. Julia Romano przeszła obok naszego stolika.

– Ej – zaczepiła ją jedna z dziewczyn. – Bolało?

– Co bolało? – Julia zwolniła kroku.

– Jak cię przeciągali przez maszynę do robienia lukru.

– Wybacz, złotko, ale nie stać mnie, żeby strzyc się w tym samym burdelu co wy – odparowała Julia bez zmrużenia oka i odeszła. Usiadła w kącie sali, przy tym samym stoliku co zawsze i jak zawsze sama. Przy obiedzie zwykle układała pasjansa. Jej karty miały na grzbietach wizerunki świętych.

– O, w mordę – powiedział jeden z moich kumpli. – Z taką to lepiej nie zaczynać.

Zaśmiałem się, bo wszyscy się śmiali, ale jednocześnie przyglądałem się Julii Romano, która usiadła przy swoim stoliku. Jednak zamiast jeść, odstawiła tacę na bok i zaczęła rozkładać karty. Ciekawe, pomyślałem, jak to jest być człowiekiem, który ma w głębokim poważaniu to, co ludzie o nim myślą.

I tak pewnego popołudnia, chociaż byłem kapitanem, urwałem się z treningu żeglarskiego i zacząłem śledzić Julię. Starałem się trzymać dystans, żeby mnie nie zauważyła. Poszedłem za nią wzdłuż Blackstone Boulevard i dalej, na cmentarz Swan Point, na sam szczyt najwyższego wzgórza. Julia wyjęła z plecaka książki i segregator, po czym wyciągnęła się na trawie przed stojącym tam samotnym grobem.

– Możesz już wyjść – powiedziała, a ja nieomal odgryzłem sobie język, bo pomyślałem, że zaraz zjawi się duch. Dopiero po chwili zrozumiałem, że mówiła do mnie. – Jak zapłacisz ćwierć dolca, to pozwolę ci nawet popatrzeć z bliska.

Wyszedłem zza wielkiego dębu, z rękami wbitymi głęboko w kieszenie. Teraz, kiedy już tu za nią przyszedłem, nagle doszedłem do wniosku, że nie wiem po co.

– Ktoś z rodziny? – Skinąłem głową w stronę nagrobka.

Obejrzała się przez ramię.

– Aha. Kiedy moja babcia płynęła „Mayflower”, miała krzesło obok tej pani. – Zwróciła ku mnie swoją twarz, składającą się z samych kątów i ostrych krawędzi. – Nie grasz dziś przypadkiem w krykieta, co?

– Nie grywam w krykieta, tylko w polo. – Zmusiłem się do uśmiechu. – Umówiłem się tutaj z koniem.

Nie załapała żartu… a może wcale jej nie rozśmieszył?

– Czego chcesz? – zapytała.

Nie mogłem się przyznać, że ją śledziłem.

– Pomóż mi – odpowiedziałem. – Z pracą domową. Z angielskiego.

Prawdę mówiąc, to nie miałem pojęcia, co było zadane. Wyciągnąłem kartkę z jej segregatora i odczytałem z niej na głos: „Jesteś świadkiem tragicznego wypadku. Zderzyły się cztery samochody, ciała leżą na chodniku, ludzie jęczą z bólu. Czy masz moralny obowiązek zatrzymać się, aby udzielić im pomocy?”.

– Z jakiej racji mam komuś pomagać? – zapytała.

– Z prawnego punktu widzenia nawet nie powinnaś, bo jeśli wyciągając kogoś z samochodu, spowodujesz jeszcze cięższe obrażenia, będzie można cię zaskarżyć.

– Pytałam, dlaczego mam tobie pomagać.

Papier spłynął na ziemię.

– Nie masz o mnie najlepszej opinii, prawda?

– Nie mam żadnej opinii o żadnym z was. Jesteście bandą płytkich idiotów, którzy woleliby umrzeć, niż pokazać się publicznie z kimś, kto nie jest taki sam jak wy.

– A ty przypadkiem nie zachowujesz się tak samo?

Przez długą chwilę patrzyła mi w oczy. Potem zaczęła zbierać swoje rzeczy i upychać je w plecaku.

– Masz własny fundusz powierniczy, tak? – powiedziała. – Skoro potrzebna ci pomoc, to zapłać za korki.

Postawiłem stopę na jednym z podręczników leżących na ziemi.

– Więc jak brzmi twoja odpowiedź?

– Wybij sobie z głowy, żebym miała udzielać ci korepetycji.

– Pytałem, czy zatrzymałabyś się, żeby pomóc ofiarom wypadku.

Jej ręce zamarły.

– Tak. Bo nawet jeśli według prawa nikt nie ponosi odpowiedzialności za drugiego człowieka, to i tak trzeba pomagać tym, którzy potrzebują pomocy.

Usiadłem obok niej. Blisko. Tak blisko, że czułem, jak jej skóra wibruje tuż przy moim ramieniu.

– Naprawdę w to wierzysz?

– Tak. – Opuściła głowę.

– Skoro tak – powiedziałem – to czy możesz teraz odejść?

Już po wszystkim. Wycieram twarz papierowym ręcznikiem i poprawiam krawat. Sędzia krąży obok, stawiając ciche kroki. Zawsze tak robi.

– Dobrze się spisałeś. – Klepię go po szyi, zagłębiając dłoń w gęstą sierść.

Julii nie ma już w moim biurze. Kerri stuka na komputerze, ogarnięta rzadkim u niej napadem pracowitości.

– Powiedziała, że jak będzie ci potrzebna, to sam rusz tyłek i jej poszukaj. To był cytat. Zażyczyła sobie też kopii wszystkich dokumentów medycznych. – Kerri rzuca mi spojrzenie przez ramię. – Wyglądasz jak kupa nieszczęścia.

– Dzięki. – Moją uwagę przyciąga pomarańczowa karteczka na jej biurku. – Na ten adres mamy odesłać tamte dokumenty?

– Tak.

Wsuwam karteczkę do kieszeni.

– Zajmę się tym – mówię.

Tydzień później, pod tym samym grobem, rozwiązałem ciężkie wojskowe buty Julii Romano. Zsunąłem z jej ramion kurtkę z kamuflażem. Jej stopy były drobne i różowe jak wnętrze kwiatu tulipana. Ramiona wspaniałe, wprost nie do opisania.

– Wiedziałem, że pod spodem jesteś piękna – powiedziałem jej, a to cudowne ramię było pierwszym miejscem na jej ciele, którego dotknąłem ustami.

Fitzgeraldowie mieszkają w Upper Darby, w typowym domu amerykańskiej rodziny: garaż na dwa samochody, ściany kryte aluminiowym sidingiem, w oknach naklejki informacyjne dla straży pożarnej. Kiedy docieram na miejsce, słońce chowa się już za krawędzią dachu.

Jadąc tutaj, przez całą drogę usiłowałem sobie wmówić, że to, co usłyszałem od Julii, nie miało żadnego wpływu na to, że akurat dziś zdecydowałem się osobiście odwiedzić moją klientkę. Że od dawna już planowałem pojechać kiedyś do domu nieco okrężną drogą, żeby rozejrzeć się po tej okolicy.

Prawda natomiast wygląda tak, że po raz pierwszy w całej mojej wieloletniej praktyce składam wizytę w domu klienta.

Dzwonię do drzwi. Otwiera Anna.

– Co pan tutaj robi? – dziwi się.