Выбрать главу

– Czynię wywiad środowiskowy.

– Czy to kosztuje ekstra?

– Nie – oznajmiam suchym tonem. – W tym miesiącu mam dla klientów specjalną promocję.

– Aha. – Dziewczyna splata ramiona na piersi. – Rozmawiał pan z moją mamą?

– Staram się jej unikać. Rozumiem, że nie ma jej w domu?

Anna potrząsa głową.

– Pojechała do szpitala. Kate znów jest chora. Myślałam, że i pan się tam wybrał.

– Nie jestem adwokatem Kate.

Na dźwięk moich ostatnich słów na twarzy Anny maluje się rozczarowanie. Zakłada włosy za uszy.

– To co, wejdzie pan?

Prowadzi mnie do salonu. Siadam na kanapie w optymistyczne niebieskie pasy, a Sędzia obwąchuje meble.

– Słyszałem, że widziałaś się ze swoim kuratorem procesowym.

– Tak, z panią Julią. Zabrała mnie do zoo. Jest całkiem w porządku. – Anna rzuca mi szybkie spojrzenie. – Mówiła panu coś o mnie?

– Martwi się, że twoja mama będzie rozmawiać z tobą o procesie.

– A o czym ma ze mną rozmawiać, jeśli nie o Kate?

Przez chwilę gapimy się na siebie. Gdy opuszczam gabinet, zupełnie nie potrafię postępować z ludźmi.

Mógłbym poprosić, żeby pokazała mi swój pokój, ale jak by to wyglądało: adwokat z nastolatką w pokoju na pięterku? Za nic. Mógłbym zabrać ją gdzieś na kolację, ale wątpię, czy przypadłby jej do gustu Cafe Nuovo, jeden z moich ulubionych lokali, a z kolei ja nie wmusiłbym w siebie whoppera w Burger Kingu. Mógłbym zapytać, jak jej idzie w szkole, ale przecież teraz nie ma żadnych egzaminów.

– Ma pan dzieci? – pyta Anna.

– A jak cię się wydaje? – Śmieję się w głos.

– Całe szczęście – przyznaje ona. – Proszę się nie obrazić, ale nie wygląda pan na rodzica.

Fascynujące.

– A jak wygląda rodzic? – pytam.

Anna przez chwilę wydaje się zastanawiać.

– Widział pan cyrkowców chodzących po linie? Taki facet chce, żeby wszyscy myśleli, że jest wielkim artystą, ale przecież wyraźnie widać, że tak naprawdę marzy tylko o jednym: dotrzeć na drugi koniec liny. Rodzic wygląda tak samo. – Rzuca mi szybkie spojrzenie. – Niech się pan nie obawia. Nie zwiążę pana i nie będę katować gangsta rapem.

– No cóż – odpowiadam swobodniejszym tonem. – W takim razie… – Rozluźniam krawat i rozsiadam się wygodniej.

Przez twarz Anny przemyka raptownie ulotny uśmiech.

– Nie musi pan udawać mojego przyjaciela.

– Nie chcę niczego udawać. – Przeczesuję włosy palcami. – Tyle tylko, że to dla mnie zupełna nowość.

– Co takiego?

Szerokim gestem zakreślam salon, w którym siedzimy.

– Wizyta u klienta. Pogaduszki. Sprawa, która pod koniec dnia roboczego nie zostaje w biurze.

– Dla mnie to też nowość – wyznaje Anna.

– Co takiego?

Dziewczyna nawija na palec pasemko włosów.

– Nadzieja.

Adres, który Julia zostawiła w moim biurze, prowadzi mnie do ekskluzywnej części miasta, do okolicy zamieszkanej przez kawalerów z odzysku. Jest to uciążliwe i irytujące, bo bardzo długo nie mogę znaleźć miejsca do zaparkowania samochodu. Dodatkowo ochroniarz siedzący w holu domu, gdzie mieszka Julia, zrywa się i staje mi na drodze, kiedy tylko dostrzega Sędziego u mojej nogi.

– Z psem nie wolno – oznajmia. – Bardzo mi przykro.

– To jest pies – przewodnik. – Chyba jednak nic mu to nie mówi. Widzę, że trzeba wytłumaczyć. – No, wie pan. Taki jak dla ociemniałych.

– Coś mi się widzi, że pan wcale nie ślepy.

– Jestem alkoholikiem – wyjaśniam. – Przechodzę terapię odwykową. Pies odciąga mnie od piwa.

Mieszkanie Julii znajduje się na ósmym piętrze. Pukam do drzwi i po chwili w wizjerze ukazuje się oko. Julia uchyla drzwi, nie zdejmując łańcucha. Głowę ma przewiązaną chustką, twarz lekko opuchniętą, a na policzkach ślady łez.

– Cześć – witam ją. – Możemy zacząć od nowa? Julia wyciera nos.

– Czy my się znamy?

– No, dobrze. Być może masz rację. Być może zasłużyłem sobie na takie traktowanie. – Wskazuję wzrokiem łańcuch. – Wpuścisz mnie?

Julia patrzy na mnie jak na wariata.

– Naćpany jesteś czy co?

Nagle dobiega mnie drugi głos i słyszę odgłosy przepychanki. Drzwi otwierają się na całą szerokość, a mnie przez głowę przebiega głupia myśclass="underline" są dwie Julie.

– Campbell – pyta prawdziwa Julia – co ty tutaj robisz?

Wyciągam w jej stronę teczkę z dokumentami medycznymi.

Wciąż nie mogę się otrząsnąć. Jakim cudem, do diabła ciężkiego, przez cały rok naszej znajomości nie dowiedziałem się, że Julia Romano ma siostrę bliźniaczkę?

– Izzy, to jest Campbell Alexander. Campbell, to moja siostra.

– Campbell… – Izzy obraca moje imię w ustach. Po dokładniejszym przyjrzeniu się wcale nie jest podobna do Julii. Nos ma odrobinę dłuższy, a jej skóra, co prawda tak samo złota, ma jednak inny odcień. No i kiedy patrzę na jej usta, to nie czuję, że mi staje. – Chyba nie ten Campbell, co? – Izzy odwraca się do Julii. – Ten ze…

– Ten – wzdycha Julia.

Izzy mruży oczy.

– Wiedziałam, że lepiej go nie wpuszczać.

– Nic się nie stało – uspokaja ją Julia, biorąc ode mnie dokumenty. – Dziękuję, że mi je przyniosłeś.

Izzy macha dłonią.

– Możesz odejść.

– Przestań. – Julia klepie siostrę w ramię. – Campbell jest adwokatem. W tym tygodniu pracujemy razem.

– Ale przecież to jest ten sam facet, który…

– Dziękuję ci bardzo, mam w pełni sprawną pamięć.

– A wiesz – przerywam im – odwiedziłem dziś Annę.

Julia odwraca się ku mnie.

– I co?

– Ziemia do Julii – wtrąca się Izzy. – To się nazywa postępowanie autodestrukcyjne, wiesz?

– Nie w tym wypadku, Izzy. Prowadzimy razem sprawę i bierzemy za to pieniądze. Zrozumiałaś? I nie pouczaj mnie, co to znaczy autodestrukcyjne postępowanie. Kto wydzwaniał do Janet w pierwszą noc po rozstaniu i błagał o ostatni pożegnalny raz?

– Stary – zwracam się do Sędziego – a może tak byśmy poszli na mecz?

Izzy odchodzi ciężkim krokiem, tupiąc ze złości.

– Tnij się, powieś, rób, co chcesz! – wrzeszczy.

Słychać huk zatrzaskiwanych drzwi.

– Chyba mnie polubiła – mówię.

Julia jednak nie odwzajemnia uśmiechu.

– Dzięki za dokumenty. Żegnam.

– Julio…

– O co chodzi? Chcę oszczędzić ci wysiłku. Pewnie było niełatwo tak wytresować psa, żeby wyciągał pana na spacer, kiedy tylko znienacka zaistnieje jakaś sytuacja grożąca wybuchem niekontrolowanych emocji, dajmy na to, wizyta byłej dziewczyny, która ma nawyk mówienia prawdy prosto w oczy. Jak to robicie, Campbell? Dajesz mu znak ręką? Głosem? A może masz gwizdek ultradźwiękowy?

Spoglądam tęsknym wzrokiem w głąb pustego korytarza.

– Możesz poprosić Izzy z powrotem?

Julia napiera na mnie, chcąc wypchnąć za drzwi.

– No dobrze, przepraszam – mówię. – Nie chciałem być niegrzeczny dziś w biurze. Musiałem wyjść. To był… nagły kryzys.

Julia patrzy na mnie, zdziwiona.

– Po co ci ten pies? Przypomnij mi.

– Na razie jeszcze ci tego nie powiedziałem – poprawiam ją.

Julia odwraca się i idzie w głąb mieszkania. Ja i Sędzia ruszamy za nią, zamykając za sobą drzwi wejściowe. – A więc byłem dziś u Anny Fitzgerald. Miałaś rację: musiałem z nią porozmawiać przed podjęciem decyzji o wystosowaniu zakazu sądowego przeciwko jej matce.

– I co?

Powracam myślą na tę kanapę w pasy, na której siedzieliśmy, snując pomiędzy sobą nić porozumienia i wzajemnego zaufania.

– Chyba jedziemy na tym samym wózku – odpowiadam.

Julia milczy. Zamiast coś powiedzieć, bierze z kuchennego stołu kieliszek z białym winem.