– A gdybyśmy – powiedziałam pewnego wieczoru, leżąc z ustami przy jego ustach, kradnąc każdy jego oddech – gdybyśmy to zrobili?
Campbell leżał na plecach, przyglądając się księżycowi huśtającemu się w hamaku z gwiazd. Jedną rękę miał pod głową, drugą przytulał mnie do swojej piersi.
– Gdybyśmy co zrobili? – zapytał.
Zamiast odpowiedzieć, uniosłam się na łokciu i pocałowałam go tak mocno i głęboko, że aż ziemia zatrzęsła się w posadach.
– Aha – powiedział schrypniętym głosem. – To.
– Robiłeś to już?
Uśmiechnął się tylko. Pomyślałam wtedy, że pewnie tak, że przeleciał jakąś Muffy, Buffy czy Puffy, czy nawet wszystkie trzy naraz, na boisku do baseballu, gdzieś w jakimś boksie dla rezerwowych. A może to było na imprezie w domu którejś z nich, kiedy oboje mieli w czubie i zalatywali bourbonem podebranym tatusiowi z barku. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego w takim razie Campbell nie próbował jeszcze przespać się ze mną i doszłam do wniosku, że dla niego Julia Romano to nie Muffy, Buffy ani Puffy. Dla niego Julia Romano się do tego nie nadaje.
– Chcesz tego? – zapytałam.
Wiedziałam dobrze, że to jest jeden z takich momentów, w których słowa są niepotrzebne. A ponieważ tak naprawdę słów mi brakło, bo nigdy przedtem nie byłam w takiej sytuacji i nie wiedziałam, jak przejść do czynów, położyłam po prostu rękę tam, gdzie w jego spodniach wyczuwałam twarde zgrubienie. Campbell się odsunął.
– Perełko – szepnął. – Nie chcę, żebyś myślała, że to dlatego tutaj z tobą jestem.
Coś wam powiem: każdy samotnik, choćby się zaklinał, że tak nie jest, pozostaje samotny nie dlatego, że lubi, ale dlatego, że próbował stać się częścią świata, ale nie mógł, bo doznawał ciągłych rozczarowań ze strony ludzi.
– A dlaczego? – zapytałam.
– Bo znasz wszystkie zwrotki „American Pie” – odpowiedział. – Bo kiedy się uśmiechasz, widać prawie ten twój krzywy boczny ząbek. – Spojrzał na mnie. – Bo nigdy w życiu nie spotkałem kogoś takiego jak ty.
– Kochasz mnie? – szepnęłam.
– Przecież właśnie ci to wyznałem.
Tym razem nie odsunął się, kiedy sięgnęłam do guzików w jego dżinsach. Był tak gorący, że aż przestraszyłam się, że poparzy mi dłoń i zostawi bliznę na całe życie. W przeciwieństwie do mnie Campbell wiedział, co robić. Pocałował mnie w usta, a potem wsunął się we mnie, pchnął, przebił na wylot. I wtedy zamarł w bezruchu.
– Nie powiedziałaś mi, że jesteś dziewicą.
– Nie pytałeś.
Ale mógł się domyślić. Zadrżał na całym ciele i poruszył się we mnie. Poezja. Poezja poruszeń. Sięgnęłam ręką ponad głowę, chwytając się płyty nagrobnej, odczytując oczyma duszy napis, który znałam na pamięć: Nora Deane, 1832 – 1838.
– Perełko – szepnął, gdy już było po wszystkim. – Myślałem…
– Wiem, co myślałeś – przerwałam mu.
Co się teraz stanie, zapytałam siebie. Co się dzieje, kiedy ktoś oddaje się komuś jak prezent, a ten drugi człowiek po rozpakowaniu stwierdza, że to wcale nie to, co chciał dostać, ale i tak musi się uśmiechać, kłaniać i dziękować?
Za wszystkie moje niepowodzenia w związkach całkowicie odpowiedzialny jest Campbell Alexander. Aż wstyd się przyznać, ale przez całe życie przespałam się tylko z trzema i pół faceta i żaden z nich nie dostarczył mi o wiele lepszych doznań niż te z pierwszego razu.
– Niech zgadnę – powiedział Siedem. – Pierwszy z nich był porzucony, a drugi żonaty.
– Skąd wiesz?
Siedem zaśmiał się.
– To stary, ograny schemat.
Zamieszałam małym palcem w kieliszku martini. Załamanie światła sprawiało, że palec wyglądał, jakby był wybity.
– Następny był instruktorem windsurfingu.
– To chyba było warto się o niego postarać? – zapytał Siedem.
– Był fantastyczny – odpowiedziałam. – I miał fiuta wielkości frankfurterki.
– Bolesny mankament.
– Szczerze mówiąc – dodałam w zamyśleniu – wcale nie było go czuć.
Siedem wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– I to on był tą połową?
– Nie. – Pokręciłam głową, czerwieniejąc jak burak. – To był inny facet. Nie wiem, jak się nazywał – przyznałam się. – Obudziłam się po nocy takiej jak dziś, a on leżał na mnie.
– Twoje życie erotyczne – zawyrokował Siedem – przypomina katastrofę kolejową.
Nie do końca mogłam się z tym zgodzić. Wykolejenie pociągu zawsze następuje przypadkowo; ja natomiast rzucam się wprost pod pędzącą lokomotywę i jeszcze sama się przywiązuję do torów. W moich myślach wciąż pokutuje jakieś pozbawione sensu i logiki przekonanie, że Superman przylatuje na ratunek tylko do tych, których naprawdę trzeba ratować.
Kate Fitzgerald wygląda jak upiór, jakby już czekała, kiedy się nim stanie. Jej skóra jest niemalże przezroczysta, włosy tak jasne, że nie widać ich na poduszce.
– Jak się czujesz, skarbie? – mruczy Brian, schylając się, żeby pocałować ją w czoło.
– Chyba w tym roku nie wystartuję w zawodach siłaczy. – Kate uśmiecha się do ojca.
Anna zatrzymuje się w progu, tuż przede mną, niezdecydowana. Sara wyciąga rękę. Annie nie potrzeba większej zachęty; w mgnieniu oka siedzi już na łóżku Kate. Odnotowuję w myślach ten matczyny gest. Dopiero teraz Sara spostrzega mnie w drzwiach.
– Brian – marszczy brwi – co ta pani tutaj robi?
Czekam, żeby Brian się odezwał, ale on jakoś nie spieszy się z wyjaśnieniami. Wchodzę więc sama do pokoju, przykleiwszy do twarzy uśmiech.
– Podobno Kate ma się już lepiej, pomyślałam więc, że mogłabym z nią porozmawiać.
Kate z wysiłkiem unosi się na łokciach.
– Kim pani jest?
Nastawiałam się na opór raczej ze strony Sary, ale to Anna odzywa się pierwsza.
– Chyba jeszcze nie dziś – mówi, choć przecież dobrze wie, że właśnie po to tutaj przyjechałam. – Kate wciąż nie czuje się najlepiej.
Muszę się przez chwilę zastanowić, ale w końcu udaje mi się zrozumieć Annę: całe jej doświadczenie życiowe wskazuje na to, że kto tylko porozmawia z Kate, zawsze bierze jej stronę. A Annie bardzo zależy na tym, żebym ja pozostała w jej obozie.
– Anna ma rację, proszę pani – dodaje pospiesznie Sara. – Kate dopiero co przeszła przesilenie.
Kładę rękę na ramieniu Anny.
– Nie bój się – uspokajam ją, po czym odwracam się do jej matki. – Jak rozumiem, to właśnie pani nalegała, żeby rozpatrzenie…
Sara nie daje mi dokończyć.
– Pani Romano, czy możemy zamienić słowo w cztery oczy?
Wychodzimy razem na korytarz. Sara, odczekawszy, aż minie nas pielęgniarka niosąca igły na styropianowej tacce, odzywa się pierwsza:
– Wiem, co pani sobie o mnie myśli.
– Pani Fitzgerald… Sara potrząsa głową.
– Trzyma pani stronę Anny. Bardzo dobrze. Byłam kiedyś prawnikiem i to rozumiem. Taka jest pani rola; pani drugie zadanie polega na tym, żeby dowiedzieć się, dlaczego nasza rodzina jest taka, jaka jest. – Trze oczy zaciśniętą pięścią. – Natomiast ja mam za zadanie troszczyć się o moje córki. Pierwsza z nich jest ciężko chora, druga – bezgranicznie nieszczęśliwa. Nie przemyślałam jeszcze do końca, jak powinnam postąpić w tej sytuacji, ale wiem, że Kate trudniej będzie powrócić do zdrowia, jeśli się dowie, że odwiedziła ją pani dlatego, że Anna nie wycofała jeszcze pozwu. Niech jej pani tego nie mówi. Proszę.
Powoli kiwam głową. Sara odwraca się do drzwi, przystaje, waha się jeszcze przez chwilę z ręką na klamce.