– W książce piszą, że w dobrych warunkach, przy odpowiedniej opiece, złote rybki żyją siedem lat.
Jesse przygląda się, jak Kate kładzie tabletkę na języku i popija wodą.
– Gdybyś była złotą rybką – mówi – już byś nie żyła.
Siadamy z Brianem na krzesłach w gabinecie doktora Chance’a. Minęło pięć lat, ale te znajome siedzenia są jak stara baseballowa rękawica, idealnie dopasowane. Zdjęcia na biurku też się nie zmieniły: żona lekarza wciąż ma na głowie kapelusz z szerokim rondem i stoi na molo w Newport, zbudowanym wprost na skałach, a jego syn zatrzymał się w wieku sześciu lat. Nadal trzyma w rękach tego cętkowanego pstrąga, co dodatkowo pogłębia wrażenie, że tak naprawdę nie ruszyliśmy się z tego pokoju nawet na krok.
Kuracja tretinoiną dala efekty. Przez miesiąc Kate wykazywała oznaki remisji na poziomie komórkowym. A potem w rozmazie krwi znów wykryto promielocyty.
– Możemy dalej podawać jej tretinoinę, w innych dawkach – mówi doktor Chance – ale moim zdaniem obecne niepowodzenie tej kuracji nie daje wielkich szans. Ta droga już jest zamknięta.
– A przeszczep szpiku kostnego?
– To ryzykowny zabieg, szczególnie u dziecka, które w dodatku nie wykazało pełnych objawów klinicznych nawrotu choroby. – Doktor Chance przygląda się nam. – Najpierw warto by spróbować czegoś innego. Nazywamy to wlewem limfocytów dawcy. Czasami dzieje się tak, że zastrzyk świeżych białych krwinek od zgodnego dawcy pomaga pierwszej grupie komórek, tej pochodzącej z przeszczepu krwi pępowinowej, w walce z komórkami białaczkowymi. To jakby taka armia odwodowa, wspierająca front bitwy.
– Czy to doprowadzi do remisji? – pyta Brian.
Doktor Chance potrząsa głową.
– To tylko tymczasowe rozwiązanie. Całkowity nawrót choroby wedle wszelkiego prawdopodobieństwa i tak nastąpi, ale dzięki takiemu działaniu Kate zyska na czasie i będzie mogła przygotować się odpornościowo na bardziej agresywną kurację.
– Ale ile zajmie sprowadzenie limfocytów do szpitala? – pytam.
Doktor Chance odwraca się do mnie.
– To zależy. Kiedy możecie przywieźć do nas Annę?
Drzwi windy się otwierają. W środku jest tylko jeden pasażer, bezdomny w opalizujących niebieskich okularach na nosie. Dookoła niego leży sześć plastikowych toreb wypchanych szmatami.
– Zamykać drzwi, do diabła! – krzyczy, zanim zdążymy wejść. – Nie widać, że jestem ślepy?
Naciskam przycisk parteru.
– Jutro zajęcia w przedszkolu kończą się w południe.
– Zejdź mi z torby! – ryczy bezdomny.
– Nawet jej nie dotknęłam – odpowiadam grzecznie, nieobecna myślami.
– A może jednak… – zaczyna Brian.
– Przecież stoję sto metrów od niego!
– Saro, ja nie o tym. Chodzi mi o ten wlew limfocytów. Nie możesz wymagać od Anny, żeby oddała siostrze krew.
Nagle, bez żadnego powodu, winda staje na jedenastym piętrze. Drzwi otwierają się, a potem zamykają z powrotem. Bezdomny zaczyna szperać w swoich torbach.
– Kiedy Anna się urodziła – przypominam mężowi – mieliśmy pełną świadomość, że będzie dawcą dla Kate.
– Tak. Jeden raz. Poza tym ona tego nie pamięta.
Milczę, dopóki Brian nie spojrzy na mnie.
– Oddałbyś Kate swoją krew?
– Jezu, Saro, co za pytanie…
– Ja też bym oddała. Oddałabym jej połowę serca, przysięgam, gdyby to mogło jej pomóc. Człowiek zrobi wszystko, co trzeba, że by ratować tych, których kocha, tak? – Brian pochyla głowę i po chwili kiwa nią potakująco. – Więc czemu sądzisz, że Anna myśli inaczej?
Drzwi kabiny otwierają się, ale my nie ruszamy się z miejsca. Stoimy, patrząc na siebie. Bezdomny przepycha się między nami, niosąc na rękach swoje skarby, upchnięte w szeleszczących torbach.
– Przestańcie się drzeć! – krzyczy, chociaż żadne z nas nie powiedziało ani słowa. – Jestem głuchy, nie widać?
Dla Anny ten dzień to święto. Mama i tata zabrali ją na wycieczkę. Ją i tylko ją. Może trzymać nas oboje za ręce, kiedy powoli idziemy przez parking. Co z tego, że przyjechaliśmy do szpitala?
Wytłumaczyłam jej, że Kate jest chora i żeby znów była zdrowa, panowie doktorzy potrzebują czegoś, co ma Anna. Wezmą to od niej i dadzą Kate. Moim zdaniem więcej informacji nie było konieczne.
Siedzimy w sali do badań i czekamy na lekarza. Kolorujemy rysunki prehistorycznych gadów – pterodaktyli i tyranozaurów.
– A dziś przy jedzeniu Ethan powiedział, że dinozaury umarły, bo się wszystkie przeziębiły – opowiada Anna – ale i tak nikt mu nie uwierzył.
Brian uśmiecha się szeroko.
– A jak ty sądzisz? Dlaczego dinozaury wymarły?
– Bo… ee… bo miały milion lat. – Anna spogląda na tatę. – A były wtedy urodziny?
W drzwiach staje hematolog.
– Witam wszystkich – mówi, wchodząc do sali. – Mama potrzyma córeczkę na kolanach, tak?
Siadam więc na stole do badań i biorę Annę na ręce. Brian staje obok, tak żeby mógł w razie potrzeby przytrzymać ją za ramię i za nogę.
– Gotowa? – To pytanie do Anny, która wciąż jeszcze się uśmiecha. A potem lekarz bierze do ręki strzykawkę.
– Jedno maleńkie ukłucie – obiecuje. Źle. Nie te słowa. Anna momentalnie zaczyna się rzucać. Jej ręce biją mnie po twarzy, po brzuchu. Brian nie może jej złapać. Przez wrzaski małej przebija się jego krzyk:
– Miałaś jej o wszystkim powiedzieć!
Do sali powraca lekarz; nawet nie zauważyłam, że wyszedł. Prowadzi ze sobą kilka pielęgniarek.
– Dzieci nie lubią zastrzyków, zastrzyki nie lubią dzieci – żartuje.
Pielęgniarki zabierają Annę z moich rąk. Ich łagodne głosy i jeszcze łagodniejszy dotyk szybko uspokajają dziecko.
– Nie bój się – mówią. – My się na tym dobrze znamy.
Déjà vu. Patrzę na tę scenkę i widzę Kate tego dnia, kiedy wykryto u niej białaczkę. Ostrożnie z życzeniami, myślę. Anna naprawdę jest taka sama jak jej siostra.
Odkurzam pokój dziewczynek. Nagle niechcący zawadzam rączką odkurzacza o akwarium. Herkules śmiga w powietrzu. Słój ocalał, ale odszukanie rybki rzucającej się na suchej podłodze pod biurkiem Kate zajmuje mi dłuższą chwilę.
– Trzymaj się, kolego – szepczę, wrzucając go do wody. Zabieram słój do łazienki i dolewam wody do pełna.
Herkules wypływa brzuchem do góry. Tylko nie to, błagam w myślach.
Przysiadam na skraju łóżka. Jak ja teraz powiem Kate, że zabiłam jej rybkę? A może mała nie zauważy, jeśli szybko pobiegnę do sklepu i przyniosę drugą taką samą?
Nagle obok mnie jak spod ziemi wyrasta Anna. Akurat wróciła z porannych zajęć w przedszkolu.
– Mamusiu, a dlaczego Herkules nie pływa?
Wyznanie winy mam już na końcu języka, ale w tym momencie rybka nagle przewraca się z boku na bok, daje nurka i po chwili zaczyna z powrotem krążyć dookoła swojej kuli.
– No widzisz – mówię. – Nic mu nie jest.
Pięć tysięcy limfocytów to za mało. Doktor Chance prosi o dziesięć. Termin pobrania krwi wypada w samym środku przyjęcia urodzinowego koleżanki z klasy Anny. Przyjęcie ma się odbyć w klubie gimnastycznym, na sali do ćwiczeń. Pozwalam Annie pójść tam na chwilę, złożyć życzenia, a potem jedziemy prosto do szpitala.
Solenizantka wygląda jak krucha księżniczka z porcelany; jest kopią swojej mamy w miniskali. Zsuwam z nóg pantofle i stąpam ostrożnie po miękkiej macie, rozpaczliwie usiłując przypomnieć sobie ich imiona. Mała nazywa się… Mallory. A mama? Monica? Margaret?
Od razu dostrzegam Annę. Siedzi razem z trenerką na batucie; obie podskakują jak popcorn na patelni. Mama Mallory podchodzi do mnie z uśmiechem rozpiętym na twarzy jak sznur światełek choinkowych.
– Pani jest pewnie mamą Anny. Nazywam się Mittie – przedstawia się. – Tak mi przykro, że Anna musi już iść. Oczywiście rozumiemy sytuację. To wspaniałe, że otrzyma pani szansę, aby dotrzeć tam, gdzie było tak niewielu.