Chodzi jej o szpital?
– Szczerze życzę, żeby pani nigdy to nie spotkało – mówię.
– Tak, tak, wiem. Ja już w windzie dostaję zawrotów głowy. – pani Mittie odwraca się, wołając w kierunku batutu: – Aniu, kochanie! Twoja mama przyszła!
Anna biegnie do nas po miękkich matach. Kiedy moje dzieci były małe, marzyłam, żeby w naszym salonie była taka podłoga, ściany, nawet sufit, żeby nic nie mogło im się stać. A co się okazało? Że mogę zapakować Kate jak komplet kruchego szkła i nic to nie da, bo największe zagrożenie czai się w środku, pod samą jej skórą.
– Co się mówi? – przypominam Annie. Mała dziękuje mamie Mallory.
– Proszę bardzo. – Mittie uśmiecha się i wręcza Annie na pożegnanie torebkę słodyczy. – Proszę przekazać mężowi, żeby dzwonił do nas, kiedy tylko będzie potrzebował. Z przyjemnością zaopiekujemy się Anną, dopóki pani nie wróci z Teksasu.
Anna zamiera, nie dokończywszy wiązania butów.
– Co właściwie powiedziała pani moja córka? – pytam.
– Że musi wyjść dziś tak wcześnie, bo cała rodzina odprowadza panią na lotnisko. W Houston zaczynają się szkolenia i treningi, więc zobaczy się pani z rodziną dopiero po powrocie na Ziemię.
– Jak to: po powrocie na Ziemię?
– Bo leci pani promem kosmicznym…?
Przez chwilę stoję jak wryta. Nie mieści mi się w głowie, że Anna mogła wymyślić podobną bzdurę, a tym bardziej że ta kobieta w nią uwierzyła.
– Nie jestem astronautką – mówię. – Nie wiem, dlaczego córka naopowiadała pani takich rzeczy.
Chwytam Annę za ramię i podrywam z ławki, chociaż nie skończyła jeszcze wiązać drugiego buta. Wychodzimy na zewnątrz. Odzywam się dopiero przy samochodzie.
– Dlaczego nakłamałaś tej pani?
Anna patrzy na mnie. Minę ma nadąsaną.
– A dlaczego nie mogłam zostać dłużej?
Bo twoja siostra jest ważniejsza od tortu i lodów. Bo ja nie mogę zrobić dla niej tego co ty. Bo tak powiedziałam i koniec.
Jestem taka zła, że dopiero za drugim razem udaje mi się otworzyć samochód.
– Przestań się zachowywać, jakbyś miała pięć lat – wypominam Annie, zanim zdążę sobie przypomnieć, że przecież tyle właśnie ma.
– Temperatura była taka – opowiada Brian – że stopił się srebrny serwis do herbaty. Ołówki na biurku były zgięte wpół.
Odrywam wzrok od gazety.
– Kto zaprószył ogień?
– Właściciele wyjechali na wakacje. Zostawili w domu psa i kota. Zwierzaki ganiały się po mieszkaniu i włączyły kuchenkę elektryczną. – Zsuwa spodnie, krzywiąc się z bólu. – Od samego klęczenia na dachu dostałem poparzeń drugiego stopnia.
Jego kolana są całe w pęcherzach i płatach schodzącej skóry. Brian spryskuje poparzenia neosporinem i zakłada opatrunek z gazy, opowiadając mi przy tym o nowym koledze z zespołu, świeżo upieczonym absolwencie szkoły pożarniczej. Mówią na niego Cezar. Przestaję słuchać, kiedy wpada mi w oko jeden list od czytelniczki, zamieszczony w dziale porad:
Proszę o radę. Moja teściowa przy każdej wizycie w naszym domu zwraca mi uwagę, że powinnam wyczyścić lodówkę. Mąż mówi, że to z życzliwości, ale ja czuję się przez nią oceniana. Ta kobieta niszczy mi życie. Jak mogę się jej przeciwstawić, nie niszcząc przy tym mojego małżeństwa?
Pozdrawiam Czytelniczka z Seattle
Co to za kobieta, która nie ma większych problemów? Wyobrażam ją sobie, pochyloną nad kartką czerpanego papieru listowego, skrobiącą na niej swoją prośbę o poradę w tej ważnej sprawie. Ciekawe, czy ta kobieta nosiła kiedyś pod sercem dziecko, czy czuła dotyk maleńkich rączek i nóżek starannie obmacujących każdy centymetr brzucha mamy, jakby to była kraina, którą należy dokładnie wymierzyć, aby wykreślić jej mapę.
– W co się tak wczytujesz? – pyta Brian, zerkając mi przez ramię.
Potrząsam głową z niedowierzaniem.
– Kobieta pisze, że jej życie wali się w gruzy z powodu głupich weków.
– A może skwaśniałej śmietany? – Brian chichocze.
– Albo oślizgłej sałaty. Jak ta biedaczka z tym wytrzymuje?
Oboje wybuchamy śmiechem, który jest tak zaraźliwy, że wystarczy nam jedno spojrzenie na siebie, żeby zacząć śmiać się jeszcze głośniej.
A po chwili wesołość gaśnie tak samo nagle, jak się zaczęła. Nie wszyscy ludzie żyją w świecie, w którym zawartość lodówki jest barometrem szczęśliwego pożycia. Niektórzy mają pracę pole gającą na wchodzeniu do płonących budynków. A inni mają umierającą córeczkę.
– Zasrana oślizgła sałata – mówię łamiącym się głosem. – To niesprawiedliwe.
Brian w mgnieniu oka przemyka przez pokój. Jedna chwila i już jestem w jego ramionach.
– Na tym świecie nie ma sprawiedliwości, kochanie – odpowiada.
Mija kolejny miesiąc. Musimy jeszcze raz jechać do szpitala, na trzecie pobranie limfocytów. Anna i ja siadamy w gabinecie lekarskim i czekamy, aż nas poproszą na zabieg. Po kilku minutach czuję pociągnięcie za rękaw.
– Mamusiu – mówi Anna.
Spoglądam na nią. Siedzi na krześle, wymachując nogami. Paznokcie ma pomalowane; Kate pożyczyła jej lakier na poprawę humoru.
– Co? – pytam.
Anna uśmiecha się do mnie.
– Chcę powiedzieć ci już teraz, gdybym potem zapomniała: wcale nie było tak strasznie, jak się spodziewałam.
Pewnego dnia, zupełnie niezapowiedzianie, zjawia się u nas moja siostra i porywa mnie ze sobą. Okazuje się, że umówiła się z Brianem: on zostaje z dziećmi, a ona zabiera mnie na wycieczkę do Bostonu. Zatrzymujemy się w hotelu Ritz – Carlton, w apartamencie na ostatnim piętrze.
– Będziemy robić, co tylko zechcesz – mówi Zanne. – Możemy iść do muzeum, zwiedzić zabytki na Szlaku Wolności, zjeść obiad gdzieś w porcie…
Ale ja marzę tylko o jednym: zapomnieć. Mijają trzy godziny, a my siedzimy na podłodze i kończymy drugą butelkę wina za sto dolarów sztuka.
Unoszę butelkę, trzymając ją w palcach za szyjkę.
– Mogłabym za to kupić sobie sukienkę.
– Chyba w tanich ciuchach – parska moja siostra, rozwalona na białym dywanie, z nogami na obitym brokatem krześle. Z ekranu telewizora Oprah Winfrey doradza, że należy żyć z umiarem. – Poza tym pomyśl o tym, że od wina, dajmy na to, marki Pinot Noir, nie sposób utyć.
Spoglądam na nią, myślę o sobie i nagle robi mi się straszliwie smutno.
– Tylko nie to – woła Zanne. – Nie będziesz mi tutaj płakać. Za płakanie w hotelu płaci się ekstra.
Nagle jedna myśl wypiera mi z głowy wszystkie inne: jakże głupi są ci goście w programie Oprah, te kobiety sukcesu z wypełnionymi terminarzami i szafami zapchanymi po brzegi. Wracam myślą do domu. Ciekawe, co Brian zrobił dziś na obiad. A Kate? Czy dobrze się czuje?
– Zadzwonię do nich.
Suzanne unosi się na łokciu.
– Masz święte prawo wyrwać się stamtąd na trochę. Żaden męczennik nie ma obowiązku umartwiać się od świtu do nocy.
Jestem odmiennego zdania.
– Macierzyństwo to taki zawód, w którym nie można pracować na zmiany.
– A matka – śmieje się Zanne – to nie męczennica.
Uśmiecham się blado.
– Tak uważasz?
Siostra wyjmuje mi słuchawkę z ręki.
– To może najpierw wyciągnij z walizki tę swoją koronę cierniową i wystrój się w nią, co? Posłuchaj siebie samej przez chwilę i przestań tak dramatyzować. Tak, to prawda, miałaś w życiu cholernego pecha. Tak, to prawda, trudno ci zazdrościć.
Czuję, jak rumieńce biją mi na policzki.
– Nie masz pojęcia, jak wygląda moje życie.