– Ty też nie – wypala Zanne – bo to wcale nie jest życie. To oczekiwanie na śmierć Kate.
– Nieprawda… – zaczynam, ale milknę. Bo to jest prawda.
Zanne głaszcze mnie po włosach i pozwala się wypłakać.
– Czasami tak mi ciężko… – wyznaję jej to, do czego nie przyznałam się nigdy i nikomu, nawet Brianowi.
– Byłoby ci lżej, gdybyś od czasu do czasu zrobiła sobie małą przerwę – mówi Zanne. – Zrozum, kochana, że Kate nie umrze wcześniej tylko dlatego, że mama wypije sobie jeszcze kieliszek wina, spędzi jedną noc w hotelu albo uśmieje się z kiepskiego kawału. Siadaj na tyłku, weź pilota, zrób głośniej i zachowuj się jak normalny człowiek.
Rozglądam się po tym pokoju, kapiącym bogactwem, patrzę na nasze dekadenckie przekąski: wino i truskawki w czekoladzie.
– Zanne – ocieram oczy – normalni ludzie tak nie robią.
Siostra podąża za moim wzrokiem.
– Masz całkowitą rację. – Bierze do ręki pilota i skacze po kanałach, dopóki nie trafi na program Jerry’ego Springera. – Może być?
Parskam śmiechem. Po chwili Suzanne dołącza do mnie i nie trzeba wiele czasu, a już leżymy na dywanie, wpatrując się w ząbkowane gzymsy dookoła sufitu, a cały pokój wiruje dookoła nas. Ni stąd, ni zowąd przypominam sobie, że kiedy byłyśmy dziećmi, to w drodze na przystanek autobusowy moja siostra zawsze szła przodem. Mogłam podbiec i dogonić ją, ale nigdy tego nie zrobiłam. Wystarczyło mi, że idę za nią. Nie chciałam niczego więcej.
Śmiech wlewa się przez otwarte okna, faluje dookoła niczym mgła. Po trzech dniach ulewnych deszczów dzieci mogły nareszcie wyjść na dwór. Są w siódmym niebie. Uganiają się z Brianem za piłką. Nasze życie w chwilach normalności potrafi być zwyczajne aż do znudzenia.
Z naręczem upranych ubrań zakradam się do pokoju Jessego, lawirując pomiędzy porozrzucanymi po całej podłodze komiksami i klockami lego. Kładę czyste rzeczy na łóżku i idę do pokoju Kate i Anny, żeby porozdzielać ich bieliznę, wymieszaną w praniu.
Kiedy układam koszulki Kate na jej komodzie, mój wzrok pada na słój; Herkules pływa do góry brzuchem. Wkładam rękę do wody i odwracam go, trzymając za ogon. Kilka machnięć płetwami i znów to samo: Herkules wypływa na powierzchnię, poruszając pyszczkiem i błyskając białym brzuchem.
Przypominam sobie słowa Jessego: przy odpowiedniej opiece złota rybka żyje siedem lat. Nasza przeżyła siedem miesięcy.
Przenoszę słój do swojego pokoju i dzwonię do informacji. Proszę o numer sklepu zoologicznego. Kiedy odbiera sprzedawczyni, pytam ją o Herkulesa.
– To znaczy, że chce pani kupić nową rybkę?
– Nie. Chcę odratować tę, którą kupiłam.
– Proszę pani – mówi dziewczyna – przecież to tylko złota rybka.
Dzwonię więc kolejno do trzech weterynarzy, lecz żaden z nich nie zna się na rybach. Przez chwilę jeszcze przyglądam się Herkulesowi, którym wstrząsają śmiertelne drgawki, a potem dzwonię na wydział oceanografii uniwersytetu stanowego i proszę o połączenie z jakimkolwiek profesorem, który może w tej chwili odebrać telefon.
Doktor Orestes przedstawia się jako badacz fauny brzegowej. Jego dziedzina to mięczaki, skorupiaki i jeżowce, nie złote rybki, ale mimo to zaczynam mu opowiadać o mojej córce, która cierpi na bardzo ostrą odmianę białaczki, i o Herkulesie, który już kiedyś przeżył beznadziejny, zdawałoby się, kryzys.
Badacz fauny morskiej milczy przez chwilę.
– Czy woda była zmieniana?
– Tak, dziś rano.
– Przez ostatnich kilka dni padały u państwa bardzo silne deszcze, prawda?
– Tak.
– Mają państwo studnię głębinową?
A co to ma do rzeczy?
– Mamy…
– Wydaje mi się, że przy takich opadach woda w państwa studni ma zbyt wiele minerałów. Proszę napełnić akwarium wodą butelkowaną, może rybka odżyje.
Opróżniam więc akwarium Herkulesa, szoruję jego ścianki i wlewam dwa litry wody mineralnej. Herkules ożywia się, choć dopiero po dwudziestu minutach. Zaczyna pływać, krąży pomiędzy liśćmi sztucznej roślinki, podszczypuje karmę.
Pół godziny później Kate zastaje mnie nad słojem, pochłoniętą obserwacją Herkulesa.
– Nie musiałaś zmieniać mu wody. Zrobiłam to dziś rano.
– Nie wiedziałam – kłamię.
Kate przyciska twarz do szklanej ścianki. Jej uśmiechnięta buzia powiększa się jak pod lupą.
– Jesse mówi, że złote rybki potrafią skupić uwagę tylko przez dziewięć sekund – opowiada mi – ale mnie się wydaje, że Herkules mnie rozpoznaje.
Dotykam jej włosów, myśląc o tym, czy wykorzystałam już swój limit cudów.
Reklamówki potrafią wbić człowiekowi do głowy różne bzdury: że miód brazylijskich pszczół można stosować jako wosk do depilacji, że istnieją noże zdolne przeciąć metal, że pozytywne myślenie naprawdę dodaje skrzydeł, na których można polecieć, dokądkolwiek dusza zapragnie. Dzięki przejściowemu okresowi dokuczliwej bezsenności i stanowczo zbyt natężonemu katowaniu się programem Tony’ego Robbinsa z cyklu „Obudź w sobie olbrzyma” postanowiłam pewnego dnia, że zmuszę się, aby wyobrazić sobie mój świat po śmierci Kate. Tony zaklinał się, że dzięki temu, kiedy to naprawdę nastąpi, będę przygotowana.
Pracowałam nad tym całymi tygodniami. Trzymanie się myślami przyszłości jest trudniejsze, niż się wydaje, zwłaszcza kiedy przed samym nosem paraduje ci siostra, upierdliwa jak zawsze. Wymyśliłam sposób, żeby sobie z tym poradzić: udawałam, że to jej duch, który mnie nawiedza. Kiedy przestałam się do niej odzywać, Kate zaczęła myśleć, że zrobiła coś nie tak; pewnie faktycznie miała coś na sumieniu. Jeśli chodzi o mnie, to bywały dni, kiedy płakałam od rana do wieczora. Zdarzały się dni, że czułam się, jakbym połknęła kilo ołowiu, i takie, kiedy z zapałem wstawałam, ubierałam się, słałam łóżko i wkuwałam słówka do szkoły – tylko dlatego, że do tego najłatwiej było mi się zabrać.
Ale od czasu do czasu pozwalałam sobie uchylić rąbka żałobnej woalki. Wtedy przychodziły mi do głowy zupełnie nowe pomysły. Wyobrażałam sobie na przykład, że studiuję oceanografię na uniwersytecie stanowym na Hawajach. Że trenuję akrobacje spadochronowe. Że przeprowadzam się do Pragi. Starałam się wpasować w różne role, lecz czułam się tak, jakbym zmuszała się do chodzenia w tenisówkach, które są o dwa numery za małe: można w nich zrobić kilka kroków, ale potem szybko trzeba usiąść i ściągnąć but, bo każdy następny krok sprawia wielki ból. Jestem przekonana, że w moim mózgu siedzi cenzor z czerwoną pieczątką i za każdym razem przypomina mi, że o pewnych rzeczach, choćby były nie wiadomo jak kuszące, nie wolno mi nawet pomyśleć.
W sumie to chyba nawet dobrze, bo coś mi się wydaje, że gdyby naprawdę udało mi się zobaczyć siebie samą, bez Kate wpisanej w mój portret, to ten widok by mi się nie spodobał. Ani trochę.
Siedzę razem z rodzicami przy stoliku w szpitalnej stołówce. Mówię „razem” w dość ogólnym znaczeniu tego słowa. Jesteśmy raczej jak troje astronautów w próżni; każde z nas ma własny hełm i niezależny zbiornik powietrza do oddychania. Na stole stoi małe prostokątne pudełko pełne torebek z cukrem. Mama układa je z bezlitosną konsekwencją: najpierw zwykłe, potem słodzik, a na końcu nierafinowane gruzełki brązowego cukru. W końcu podnosi na mnie wzrok i odzywa się:
– Kotku…
Dlaczego te pieszczotliwe nazwy zawsze wywodzą się od zwierząt? Kotku, rybko, misiaczku, żabciu – czy to ma znaczyć, że człowiekowi wystarczy tyle troski co zwierzęciu domowemu?
– Wiem, co chcesz osiągnąć – ciągnie mama. – Zgadzam się, że należy ci się z naszej strony trochę więcej uwagi. Naprawdę nie musimy słyszeć o tym od sędziego.