Serce podchodzi mi do gardła, czuję je jak miękką gąbkę na dnie przełyku.
– Czyli że to wszystko może się skończyć?
Uśmiech mamy jest jak pierwszy słoneczny dzień w marcu, kiedy po wydającej się nie mieć końca zimie nagle powraca zapomniane ciepło na odsłoniętych łydkach i odkrytej głowie.
– O tym właśnie mówię – potakuje mama.
Koniec z krwiodawstwem. Koniec z granulocytami, limfocytami, komórkami macierzystymi, koniec planów dotyczących nerki.
– Mogę sama powiedzieć o tym Kate – ofiaruję się – żebyście wy nie musieli.
– Nie będzie trzeba. Wystarczy, że sędzia DeSalvo się dowie i będzie tak, jakby nic się nie stało.
W mojej głowie zaczyna cichutko dzwonić alarm.
– Ale… czy Kate nie będzie pytać, dlaczego przestałam być jej dawcą?
Mama nieruchomieje.
– Mówiąc „skończyć”, miałam na myśli ten twój proces.
Z całych sił potrząsam głową. To ma być odpowiedź, a jednocześnie chcę w ten sposób wyrzucić z siebie słowa, które stoją mi ością w gardle.
– Anno, na miłość boską – mama jest wprost zszokowana – co my ci zrobiliśmy, że tak nas traktujesz?
– Nic.
– Więc czego w takim razie nie zrobiliśmy?
– Ty mnie w ogóle nie słuchasz! – podnoszę głos i akurat w tym samym momencie obok naszego stolika staje zastępca szeryfa Vern Stackhouse. Wodzi wzrokiem po mnie i rodzicach. W końcu udaje mu się przywołać na twarz uśmiech.
– Widzę, że pojawiam się nie w porę. Przepraszam. – Podaje mamie kopertę, po czym skinąwszy nam głową, odchodzi.
Mama otwiera kopertę. Przebiega oczami pismo i zwraca się wprost do mnie rozkazującym tonem:
– Co ty mu nagadałaś?
– Komu?
Tata bierze do ręki zawiadomienie, które równie dobrze mogłoby być napisane po chińsku, gdyż jest pełne żargonu prawniczego.
– Co to jest? – pyta.
– Wniosek o wydanie tymczasowego zakazu kontaktów z Anną. – Mama wyrywa mu papier z ręki. – Czy ty zdajesz sobie sprawę, że żądasz, aby wyrzucono mnie z domu? Tego właśnie chcesz?
Wyrzucono z domu? Nagle brak mi tchu.
– Nigdy o to nie prosiłam.
– Żaden adwokat nie złożyłby takiego wniosku we własnym imieniu, Anno.
Czasem, kiedy wywrócisz się na rowerze albo staczasz się z wysokiej wydmy, albo kiedy omsknie ci się noga i spadasz ze schodów, sekundy wloką się niemiłosiernie, jakby celowo, żeby człowiek miał czas uświadomić sobie, że sytuacja jest poważna. Znacie to uczucie?
– Nie wiem, co się stało – mówię.
– Więc jak możesz twierdzić, że potrafisz podejmować decyzje za siebie? – Mama wstaje tak gwałtownie, że przewraca krzesło. – Ale dobrze. Skoro tego sobie życzysz, zaczniemy od zaraz.
Odchodzi i zostawia mnie, a jej słowa wiszą jeszcze przez chwilę w powietrzu, twarde i szorstkie jak napięta lina.
Zdarzyło się raz, mniej więcej trzy miesiące temu, że pożyczyłam sobie od Kate kosmetyki do makijażu. No dobrze, nie pożyczyłam: ukradłam. Nie mam własnych; rodzice pozwalają nam się malować dopiero po piętnastych urodzinach. Ale sytuacja była wyjątkowa: zdarzył się cud, a Kate nie było w domu, dlatego nie mogłam zapytać jej o zgodę. A wyjątkowe sytuacje wymagają stosowania wyjątkowych metod.
Cud miał ponad metr siedemdziesiąt wzrostu, włosy srebrzyste jak wąsy kukurydzy i uśmiech, od którego kręciło się w głowie. Nazywał się Kyle i niedawno przeprowadził się tutaj z Idaho, kiedy więc zaprosił mnie do kina, byłam przekonana, że nie robi tego ze współczucia. Poszliśmy na nowego „Spidermana”, ale film widział tylko on; ja przez cały seans bezskutecznie próbowałam zmusić jakąś iskrę do przeskoczenia pomiędzy jego dłonią a moją.
Wróciłam do domu, wciąż unosząc się dobre piętnaście centymetrów nad chodnikiem. Gdyby nie to, nie dałabym się zaskoczyć Kate. Przewróciła mnie na łóżko i usiadła na mnie okrakiem.
– Ty złodziejko – zasyczała. – Grzebałaś bez pytania w mojej szufladzie w łazience.
– Ty też cały czas bierzesz moje rzeczy. Dwa dni temu pożyczyłaś sobie moją niebieską bluzę.
– To zupełnie co innego. Bluzę można uprać.
– Tak? Jakoś ci nie przeszkadza, że przetaczają ci moje zarazki razem z krwią, ale na szmince już są be? – Szarpnęłam się mocniej i udało mi się przewrócić Kate na plecy. Teraz ja byłam górą.
Jej oczy zabłysły.
– Kto to był?
– O czym ty gadasz?
– Nie mów mi, że malowałaś się tak sobie. – Spadaj – mruknęłam.
– Spierdalaj. – Kate uśmiechnęła się uroczo, łaskocząc mnie wolną ręką. Tak mnie zaskoczyła, że ją puściłam. W następnej chwili stoczyłyśmy się na podłogę, walcząc zajadle, każda z nas starała się zmusić drugą do kapitulacji.
– Dość już – sapnęła wreszcie Kate. – Zabijesz mnie!
Wystarczyło. Moje ręce momentalnie opadły, jakbym oparzyła się gorącym żelazem. Leżałyśmy na podłodze pomiędzy naszymi łóżkami, dysząc ciężko i udając, że wypowiedziane przed chwilą słowa nie były wcale aż tak okrutne.
Jedziemy samochodem. Rodzice się kłócą.
– Może warto wynająć prawdziwego adwokata, proponuje tato.
– Jestem prawdziwym adwokatem, odparowuje mama.
– Saro – tłumaczy tata – jeśli nie uda ci się jej przekonać, to lepiej…
– Co lepiej, Brian? – pyta mama wyzywającym tonem. – Twierdzisz, że jakiś obcy facet w garniturze, którego widzisz po raz pierwszy w życiu, wyjaśni Annie te sprawy lepiej niż własna matka?
Po tych słowach reszta drogi upływa w milczeniu.
Na schodach wiodących do budynku sądu roi się od dziennikarzy i operatorów kamer. Jestem w głębokim szoku. Przekonana, że przyszli tutaj, żeby zrobić materiał z jakiejś naprawdę dużej sprawy, przeżywam nieziemskie zaskoczenie, kiedy ktoś podsuwa mi pod nos mikrofon. Reporterka z włosami obciętymi na miskę dopytuje się, dlaczego skarżę własnych rodziców. Mama odsuwa ją na bok. „Córka nie udziela komentarzy”, powtarza aż do znudzenia. Jeden facet wyrywa się do mnie z pytaniem, czy wiem, że jestem pierwszym dzieckiem na zamówienie urodzonym w stanie Rhode Island; przez chwilę wydaje mi się, że mama zaraz mu przyłoży.
Dowiedziałam się, w jaki sposób zostałam poczęta, kiedy miałam siedem lat. Przyjęłam to na zupełnym luzie z dwóch powodów: po pierwsze, w tym wieku myśl o moich rodzicach uprawiających seks wydałaby mi się o wiele bardziej obrzydliwa niż opowiadanie o połączeniu komórek na szalce Petriego. Po drugie, z czasem leki na bezpłodność weszły do powszechnego użycia, na świat zaczęły przychodzić pięcioraczki, a mój przypadek nagle zupełnie spowszedniał. Ale żeby nazywać mnie dzieckiem na zamówienie? Bez przesady. Gdyby moi rodzice naprawdę chcieli zadawać sobie tyle trudu, toby się postarali, żeby nie zabrakło u mnie genów posłuszeństwa, pokory i wdzięczności.
Siedzę na ławce w korytarzu sądowym. Obok mnie tata sztywno trzyma splecione dłonie na kolanach. Mama i Campbell Alexander weszli do gabinetu sędziego. Tam toczy się ich słowna potyczka. My, którzy zostaliśmy tutaj, na korytarzu, siedzimy w dziwnej, nienaturalnej ciszy, jakby tamtych dwoje zabrało ze sobą wszystkie słowa stosowne na taką chwilę.
Dobiega mnie przekleństwo wypowiedziane kobiecym głosem. Zza rogu wychodzi Julia Romano.
– Przepraszam, że się spóźniłam. Nie mogłam się przedrzeć przez tłum dziennikarzy. Wszystko w porządku?
Przytakuję, a potem potrząsam głową w milczącym zaprzeczeniu.
Julia klęka przede mną.
– Nie chcesz, żeby mama wyprowadziła się z domu?
– Nie! – Moje oczy napełniają się łzami. Co za wstyd! – Zmieniłam zdanie. Już nie chcę tego ciągnąć. Chcę to wszystko skończyć.