Выбрать главу

Julia przygląda mi się przez długą chwilę, a potem kiwa głową.

– Porozmawiam z sędzią.

Po jej odejściu koncentruję się na tym, żeby prawidłowo wciągać powietrze do płuc. Dużo rzeczy, które dotąd robiłam odruchowo, teraz sprawia mi wiele trudu. Na przykład oddychanie. Albo siedzenie cicho. Robienie tego, co trzeba.

Czuję na sobie ciężki wzrok. Odwracam się. Tata na mnie patrzy.

– Mówiłaś poważnie? – pyta. – Naprawdę nie chcesz tego dalej ciągnąć?

Nie odpowiadam. Nie drgnę nawet o milimetr.

– Bo jeśli wciąż nie jesteś pewna, to znam miejsce, gdzie mogłabyś pomyśleć w spokoju. W moim pokoju w jednostce są dwa łóżka. – Tata pociera kark. – To nie będzie wyprowadzka. Nic z tych rzeczy. Po prostu… – Spogląda na mnie.

– Będę tam mogła odetchnąć – kończę za niego, oddychając głęboko.

Tata wstaje i wyciąga do mnie dłoń. Ręka w rękę wychodzimy z budynku sądu. Dziennikarze opadają nas jak wilki, ale tym razem wykrzykiwane pytania spływają po mnie. Głowę mam lekką, a oddech czysty, jakbym znów była małą dziewczynką noszoną w letni wieczór przez tatę na barana, małą dziewczynką, która wie, że wystarczy wyciągnąć ręce, a wschodzące gwiazdy zapłaczą się między palcami jak w sieci.

CAMPBELL

Być może to prawda, że na adwokatów bezwstydnie wykorzystujących każdą sposobność do autoreklamy czeka w piekle osobny kącik, nie znaczy to jednak, że z tego powodu mamy być nieprzygotowani na nadarzające się okazje. Przed gmachem sądu rodzinnego opada mnie sfora dziennikarzy; wgryzam się w tłum, jakby był z czekolady, i dokładam wszelkich starań, żeby skupić na sobie obiektywy kamer. Wygłaszam odpowiednie komentarze na temat mojej obecnej sprawy, mówię, że jest niecodzienna, niemniej bardzo bolesna dla obu stron. Napomykam, że decyzja sędziego może mieć wpływ na prawa nieletnich w naszym kraju, jak również na badania nad komórkami macierzystymi. Na tym kończę, wygładzam na sobie garnitur od Armaniego i ciągnąc lekko za smycz Sędziego, odchodzę, wyjaśniając, że muszę pilnie porozmawiać z moją klientką.

Wewnątrz napotykam Verna Stackhouse’a. Zastępca szeryfa chwyta moje spojrzenie i unosi kciuk. Spotkałem go dziś rano i najniewinniej w świecie zapytałem, czy jego siostra – dziennikarka z „ProJo” – wybiera się dziś do sądu.

– Nie mogę zdradzić szczegółów, właściwie w ogóle nie powinienem o tym mówić – rzuciłem zagadkowo – ale szykuje się naprawdę duża sprawa.

W tym osobnym, wydzielonym kącie piekła zapewne czeka tron przygotowany specjalnie dla tych, którzy czerpią korzyści z działalności charytatywnej.

Kilka minut później już jesteśmy w gabinecie.

– Panie Alexander – sędzia DeSalvo unosi mój wniosek o zakaz kontaktów – zechce mi pan wyjaśnić, dlaczego złożył pan ten wniosek, skoro wczoraj jasno wyraziłem swoje zdanie w tej sprawie?

– Podczas pierwszego, wstępnego spotkania z kuratorem procesowym – odpowiadam – dowiedziałem się, panie sędzio, że pani Sara Fitzgerald, w obecności pani Romano, oznajmiła mojej klientce, że jej pozew jest nieporozumieniem, które wkrótce samo się wyjaśni. – Rzucam matce Anny spojrzenie z ukosa. Jej emocje zdradzają tylko naprężone mięśnie szczęk. – Jest to jawne pogwałcenie poleceń wysokiego sądu. W dotychczasowym toku tej sprawy usiłowano stworzyć warunki nieingerujące w jedność rodzinną, jednak moim zdaniem takie działanie jest bezcelowe, skoro pani Fitzgerald nie potrafi oddzielić obowiązków rodzicielskich od obowiązków adwokata strony pozwanej. Dopóki to się nie zmieni, konieczna będzie fizyczna separacja obu stron.

Sędzia DeSalvo bębni palcami po biurku.

– Pani Fitzgerald, czy to prawda, że wyraziła się pani w ten sposób w rozmowie z Anną?

– A cóż w tym dziwnego?! – Sara wybucha. – Chcę dotrzeć do sedna tej sprawy!

Jej przyznanie się jest jak zawalenie się namiotu cyrkowego. W gabinecie zapada głęboka cisza. Julia wybiera właśnie ten moment, żeby stanąć w otwartych gwałtownie drzwiach.

– Przepraszam za spóźnienie – mówi zdyszana.

– Pani Romano – zapytuje ją sędzia – czy miała pani okazję rozmawiać dziś z Anną?

– Tak, widziałyśmy się przed chwilą. – Julia spogląda na mnie, potem na Sarę. – Wydała mi się bardzo zdezorientowana.

– Czy mogę poznać pani zdanie na temat wniosku złożonego przez pana Alexandra?

Julia zakłada za ucho nieposłuszny kosmyk włosów.

– Zebrałam jak dotąd zbyt mało informacji, żeby podjąć oficjalną decyzję, ale przeczucie mówi mi, że usunięcie matki Anny z domu rodzinnego byłoby pomyłką.

Słysząc te słowa, momentalnie sztywnieję. Mój pies, wyczuwając napięcie, wstaje z podłogi.

– Panie sędzio, pani Fitzgerald przed chwilą sama przyznała, że złamała polecenie sądu. Powinna przynajmniej odpowiedzieć za naruszenie praw etyki zawodowej i…

– Panie Alexander, w tej sprawie nie sposób kierować się wyłącznie literą prawa – mówi sędzia DeSalvo, po czym zwraca się do Sary: – Pani Fitzgerald, stanowczo doradzam pani wynajęcie niezawisłego adwokata, który będzie w tej sprawie reprezentował panią oraz pani męża. Dziś jeszcze nie wydam zakazu kontaktów, ale ostrzegam panią po raz kolejny: proszę nie rozmawiać z córką o procesie aż do rozpatrzenia sprawy, które odbędzie się w poniedziałek. Jeżeli usłyszę, że ponownie zlekceważyła pani niniejsze polecenie, sam postawię panią przed sądem i osobiście dopilnuję pani usunięcia z domu. – Sędzia zatrzaskuje segregator z aktami sprawy i wstaje. – Do poniedziałku bardzo proszę nie zawracać mi głowy, panie Alexander.

– Muszę porozmawiać z moją klientką – oświadczam i szybko wycofuję się na korytarz. Wiem, że Anna czeka tam z ojcem.

Tak jak się spodziewałem, Sara Fitzgerald depcze mi po piętach. Za nią podąża Julia, domyślam się, że z zamiarem łagodzenia ewentualnych spięć. Nagle stajemy jak wryci, cała trójka. Na ławce, na której została Anna, siedzi tylko Vern Stackhouse i drzemie.

– Vern? – odzywam się.

Zastępca szeryfa zrywa się na równe nogi, odchrząkując z zażenowaniem.

– Mam chory kręgosłup. Co jakiś czas muszę usiąść i go odciążyć.

– Gdzie jest Anna Fitzgerald?

Vern ruchem głowy pokazuje główne drzwi.

– Wyszła z ojcem kilka minut temu.

Sara, jak można wyczytać z jej twarzy, jest tym tak samo zaskoczona jak ja.

– Podwieźć panią do szpitala? – pyta Julia.

Matka Anny potrząsa głową i wygląda przez przeszklone drzwi, za którymi tłoczą się dziennikarze.

– Czy jest tutaj jakieś inne wyjście?

Sędzia, mój pies, wtyka mi pysk w dłoń. Cholera, myślę. Julia odprowadza Sarę korytarzem na tyły budynku.

– Muszę z tobą porozmawiać! – woła do mnie przez ramię.

Czekam, aż odwróci się plecami, potem prędko łapię Sędziego za jego uprząż i ciągnę w przeciwnym kierunku.

– Czekaj! – Nie mija pięć sekund, a już słyszę za sobą stukot szpilek na posadzce. – Powiedziałam, że chcę z tobą porozmawiać!

Przez chwilę całkiem poważnie zastanawiam się nad skokiem przez okno. Zatrzymuję się gwałtownie, odwracam i przywołuję na twarz najbardziej ujmujący uśmiech.

– Ściśle rzecz biorąc, powiedziałaś, że musisz ze mną porozmawiać. Gdybyś powiedziała, że chcesz, to być może poczekałbym na ciebie. – Sędzia wbija zęby w połę marynarki, mojej bardzo drogiej marynarki od Armaniego, i zaczyna mnie ciągnąć. – Ale teraz wybacz, jestem umówiony.

– Co ci odbiło? – pyta Julia. – Przecież rozmawiałeś z Anną o zachowaniu jej matki. Powiedziałeś, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku.

– To prawda. Jedziemy. Sara wywierała nacisk na Annę. Anna miała dość nacisków. Wytłumaczyłem jej, na czym polegają możliwe rozwiązania tej sytuacji.