Выбрать главу

Do tej pory pamiętam te światełka, czerwone, niebieskie, żółte, mrugające z gałęzi choinki, na których nawieszałem tyle tego badziewia, że aż się uginały.

Rano w pierwszy dzień świąt rodzice przyjechali po mnie do sąsiadów. Byli zmęczeni jak diabli, ale w domu pod choinką czekały prezenty. Ucieszyłem się jak nie wiem co. Wyszukałem paczkę z moim imieniem. W środku był mały nakręcany samochodzik. Świetny prezent, ale dla trzylatka, a nie dla mnie. No i poza tym akurat wiedziałem, że sprzedają takie w szpitalnym kiosku. Wszystkie prezenty, które wtedy dostałem, były tam kupione. Wyobraź to sobie. – Gaszę peta o spodnie. – A o drzewku nie wspomnieli nawet słowem. Tak to jest dorastać w tej rodzinie.

– A Anna? Czy rodzice traktują ją tak samo jak ciebie?

– Nie. Anna jest potrzebna Kate, która jest na pierwszym planie. Dlatego ją hołubią.

– W jaki sposób rodzice decydują, kiedy Anna udzieli pomocy siostrze? – pyta Julia.

– Uważasz, że decyzja w ogóle wchodzi w grę? Że ktoś tu ma jakiś wybór?

Julia unosi głowę.

– A nie jest tak?

Zbywam ją milczeniem, bo nie jestem na tyle głupi, żeby nie domyślić się, że to jest pytanie retoryczne. Wyglądam przez okno. Na podwórku cały czas sterczy pieniek po tamtym świerku. W tej rodzinie nikt nie trudzi się zacieraniem śladów po swoich błędach.

Kiedy miałem siedem lat, wbiłem sobie do głowy, że przekopię się do Chin. Próbowałem sobie wyobrazić, ile czasu i pracy będzie wymagało wykonanie tunelu w linii prostej na wylot przez całą Ziemię. Wziąłem z garażu łopatę i zacząłem kopać dziurę, niezbyt szeroką, na tyle tylko, żebym mógł się do niej wślizgnąć. Wieczorem zakrywałem wykop starym plastikowym workiem, na wypadek gdyby w nocy miało padać. Pracowałem w pocie czoła przez cztery tygodnie; kamienie drapały moje ramiona, znacząc je bliznami bojowymi, a korzenie chwytały mnie za nogi.

Nie wziąłem jednak pod uwagę ścian mojego tunelu, wyrastających coraz wyżej dookoła mnie, ani też gorącego łona planety, parzącego mnie przez podeszwy trampek. Kiedy wkopałem się już dość głęboko, kompletnie straciłem orientację. Zgubiłem się. W ciemnym tunelu trzeba oświetlać sobie drogę, a w tym akurat nigdy nie byłem dobry.

Tata przybiegł, słysząc moje krzyki. Znalazł mnie w pół sekundy, chociaż w moim odczuciu czekałem na niego przez kilka ludzkich pokoleń. Wsunął się do mojej jamy, nie wiedząc, czy ma podziwiać moją ciężką pracę, czy ganić bezdenną głupotę.

– Przecież to się mogło na ciebie zawalić! – powiedział, wyciągając mnie stamtąd i stawiając na twardej ziemi.

Dopiero gdy stąd spojrzałem, zdałem sobie sprawę, że moja jama nie ciągnie się jednak całe kilometry w głąb ziemi. Tata, stojąc na dnie, schował się w niej tylko po piersi.

Coś wam powiem. Ciemność to pojęcie względne.

BRIAN

Niecałe dziesięć minut. Tyle potrzeba Annie, żeby wprowadzić się do mojego pokoju w remizie. Układa ubrania w szufladzie i kładzie swoją szczotkę do włosów na półce, tuż obok mojej. Zostawiam ją i zaglądam do kuchni. Paulie robi obiad, a chłopcy siedzą dookoła stołu. Czekają na wyjaśnienia.

– Przez jakiś czas Anna pomieszka tutaj ze mną – informuję ich. – Musimy przemyśleć pewne sprawy.

Cezar odrywa wzrok od czasopisma.

– Będzie z nami jeździć?

O tym nie pomyślałem. Może jeśli poczuje się jak praktykantka ze szkoły pożarniczej, łatwiej jej będzie oderwać myśli od tamtej sprawy.

– A wiesz – odpowiadam Cezarowi – że to chyba dobry pomysł?

Paulie odwraca się od kuchni. Robi dziś meksykańskie fajitas z wołowiny.

– Dobrze się, czujesz, kapitanie?

– Jasne. Miło, że pytasz.

– Gdyby ktoś chciał ją tu niepokoić – mówi Red – najpierw będzie miał z nami do czynienia.

Reszta zgodnie kiwa głowami. Ciekawe, co by sobie pomyśleli, gdybym im powiedział, że tym kimś, kto niepokoi Annę, są jej rodzice – Sara i ja.

Zostawiam chłopaków przygotowujących kuchnię do obiadu i wracam do pokoju. Anna siedzi po turecku na drugim łóżku.

– Hej – próbuję ją zagadnąć, ale nie odpowiada. Dopiero po chwili dostrzegam słuchawki, przez które Bóg raczy wiedzieć, co sączy się wprost do jej uszu.

Zauważywszy, że wszedłem, Anna wyłącza muzykę i zsuwa słuchawki na szyję. Wyglądają jak naszyjnik – obroża.

– Hej – mówi.

Przysiadam na skraju łóżka.

– Chcesz coś porobić?

– A masz jakiś pomysł?

Wzruszam ramionami.

– Nie wiem. Możemy pograć w karty.

– W pokera?

– W pokera, w wojnę, wszystko jedno. Uważne spojrzenie.

– W wojnę?

– Mogę zapleść ci warkocze…

– Tato – pyta Anna – dobrze się czujesz?

Łatwiej mi wbiec prosto do walącego się budynku, niż pomóc córce oswoić się z nowym, nieznanym miejscem.

– Chciałem tylko… żebyś nie czuła się tutaj skrępowana i robiła, co chcesz.

– Mogę zostawić paczkę tamponów w łazience?

W jednej chwili na moją twarz bije rumieniec. Anna, jakby tym zarażona, też się czerwieni. Pracuje u nas tylko jedna kobieta – strażak, w dodatku w niepełnym wymiarze godzin, a toaleta dla kobiet jest na dole. Ale mimo wszystko…

Anna opuszcza głowę, włosy opadają jej na twarz.

– Nie chciałam… Będę je trzymać u siebie…

– Możesz je trzymać w łazience – oznajmiam, po czym dodaję z przekonaniem: – Gdyby ktoś miał jakieś obiekcje, powiemy, że to moje.

– Chyba ci nie uwierzą, tato.

Obejmuję córkę ramieniem.

– Nie wszystko musi od razu mi wychodzić. Nigdy nie dzieliłem pokoju z trzynastolatką.

– Ja też nieczęsto pomieszkuję z facetami po czterdziestce.

– To dobrze, bo musiałbym ich wszystkich pozabijać.

Czuję na szyi jej uśmiech, wilgotną pieczątkę. Być może to wcale nie uda mi się przekonać samego siebie, że to posunięcie scementuje jedność mojej rodziny, chociaż pierwszy krok w tym kierunku oznacza rozdarcie jej na dwa obozy.

– Tato?

– Hmm?

– Tak na przyszłość: w wojnę grają dzieci, które jeszcze nie wiedzą, do czego służy nocniczek.

Obejmuje mnie supermocno, tak jak kiedyś, kiedy była malutka. W nagłym przebłysku przypominam sobie ostatni raz, kiedy niosłem ją na rękach. Spacerowaliśmy przez łąkę całą piątką; pałki wodne górowały nad Anną. Porwałem ją na ręce i razem przedzieraliśmy się przez morze traw. Wtedy właśnie po raz pierwszy oboje zauważyliśmy, że nogi mojej córeczki prawie dotykają ziemi, że jest już za duża, żeby siedzieć u taty na rękach. Bardzo szybko zaczęła się wiercić, żebym postawił ją na ziemi. Chciała iść sama.

Złote rybki nigdy nie urosną większe niż akwarium, w którym się je trzyma. Fantastycznie wygięte gałęzie drzewek bonsai są miniaturowe. Oddałbym wszystko, żeby Anna nie musiała dorosnąć. Dzieci przerastają nas o wiele szybciej, niż my przerastamy je.