Выбрать главу

To niezwykłe, że to wszystko dzieje się w tym samym czasie: jedna z naszych córek ciąga nas po sądach, a druga, ciężko chora, po szpitalach. Ale przecież dobrze wiedzieliśmy, że Kate przechodzi ostatnie stadia choroby nerek; to sytuacja z Anną spadła na nas jak grom z jasnego nieba. A jednak jak zawsze okazało się, że potrafimy sobie jakoś z tym poradzić. Ludzka odporność na stres przypomina łodygę bambusa: na pierwszy rzut oka nikt nie dałby wiary, jak bardzo jest elastyczna.

Dziś po południu, po powrocie z sądu, zostawiłem Annę w domu, zajętą pakowaniem swoich rzeczy, i pojechałem do szpitala. Kiedy wszedłem do pokoju Kate, akurat trwała dializa. Kate spała ze słuchawkami na uszach. Z krzesła obok łóżka podniosła się Sara, kładąc ostrzegawczo palec na ustach.

Wyprowadziła mnie na korytarz.

– Co tam u Kate? – zapytałem.

– Bez większych zmian – odparła. – A co z Anną?

Wymieniliśmy informacje o naszych dzieciach tak, jakby to była gra kartami obrazkowymi; nie chcemy się jeszcze ich pozbywać, więc tylko migamy nimi przed oczami przeciwnika. Spojrzałem na Sarę, zachodząc w głowę, jak mam jej powiedzieć o tym, co zrobiłem.

– Gdzie was dwoje poniosło, kiedy ja użerałam się z sędzią? – zapytała.

No cóż. Ten, kto tylko siedzi i rozmyśla o tym, czy ogień jest bardzo gorący, nigdy nie ruszy do akcji.

– Zabrałem Annę do jednostki.

– Miałeś wezwanie do pracy?

Wziąłem głęboki wdech i skoczyłem w tę przepaść, którą stało się moje małżeństwo.

– Nie. Anna przez kilka dni pomieszka ze mną. Ona potrzebuje teraz mieć trochę czasu dla siebie.

Sara wbiła we mnie wzrok.

– Przecież nie będzie sama, tylko z tobą.

Ni stąd, ni zowąd w jednej chwili szpitalny korytarz zrobił się w moich oczach zbyt jasny i przepastnie szeroki.

– Czy to źle? – zapytałem.

– Tak – padła odpowiedź. – Chyba nie myślisz poważnie, że pomożesz Annie na dłuższą metę, wkupując się w jej łaski, kiedy ma napad złego humoru?

– Ja nie wkupuję się w jej łaski. Chcę stworzyć jej warunki, w których będzie mogła przemyśleć pewne rzeczy i sama dojść do właściwych wniosków. To ja siedziałem z Anną na korytarzu, kiedy ty byłaś w gabinecie sędziego. Martwię się o nią.

– I tutaj się różnimy – zwraca mi uwagę Sara. – Ja martwię się o obie nasze córki.

Przez jedną krótką chwilę ujrzałem Sarę taką, jaką ją kiedyś znałem: zawsze wiedziała, gdzie znaleźć uśmiech, i nie musiała wygrzebywać go z samego dna; umiała spalić każdy dowcip, a mimo to uśmiać się z niego do rozpuku; potrafiła namówić mnie do wszystkiego praktycznie bez żadnego wysiłku. Ująłem jej twarz w dłonie. Aha, znalazłem cię, pomyślałem, i pochyliwszy się, pocałowałem ją w czoło.

– Wiesz, gdzie nas szukać – powiedziałem, po czym odwróciłem się i odszedłem.

Kilka minut po północy przychodzi wezwanie do wypadku. Anna mruga, wystawiając nos spod koca, rozbudzona dzwonkiem alarmowym i oślepiona automatycznie włączonym światłem, które zalewa cały pokój.

– Możesz zostać – mówię jej, ale ona już jest na nogach i wkłada buty.

Dałem jej stary, używany kombinezon naszej jedynej strażaczki, robocze buty i kask. Anna zarzuca na ramiona kurtkę i wskakuje na tył karetki, na siedzenie zwrócone tyłem do kierunku jazdy, zaraz za siedzeniem kierowcy, którym dzisiaj jest Red. Zapina pas.

Pędzimy na sygnale ulicami Upper Darby. Wezwano nas do domu starców „Sunshine Gates”, do tej poczekalni lepszego świata. Red wyciąga z karetki nosze, a ja biorę torbę ze środkami pierwszej pomocy. Przy drzwiach wejściowych czeka na nas pielęgniarka.

– Upadła i na chwilę straciła przytomność – informuje nas. – Ocknęła się, ale umysłowo nie doszła do siebie.

Prowadzi nas do pokoju, w którym na podłodze leży pani w starszym wieku, niskiego wzrostu i drobnej, ptasiej budowy. Z rany na czubku jej głowy sączy się krew. W powietrzu czuć zapach wskazujący na to, że nie panuje nad wypróżnieniem.

– Witaj, złotko. – Bez chwili zwłoki pochylam się nad nią. Ujmuję jej dłoń, o skórze cienkiej jak krepa. – Dasz radę chwycić mnie za palce? – Odwracam głowę do pielęgniarki: – Jak ona się nazywa?

– Eldie Briggs. Ma osiemdziesiąt siedem lat.

– Zaraz ci pomożemy, Eldie – mówię do niej, nie przerywając badania. – Rana tłuczona w okolicy kości potylicznej. Będą potrzebne sztywne nosze. – Red wraca biegiem do karetki, a ja mierzę ciśnienie krwi i tętno. Nieregularne. – Czujesz ból w piersi? – pytam Eldie. Staruszka jęczy, lecz mimo to kręci przecząco głową, a za chwilę jej twarz wykrzywia grymas. – Będę musiał założyć ci kołnierz, złotko, dobrze? Wygląda na to, że mocno uderzyłaś o coś głową. – Wraca Red, niosąc sztywne nosze. Spoglądam ponownie na pielęgniarkę. – Czy zaburzenie percepcji to przyczyna czy skutek upadku?

Pielęgniarka potrząsa głową.

– Nikt nie widział, jak to się stało.

– No jasne – mamroczę pod nosem. – Potrzebny mi koc.

Podaje mi go ktoś o drobnych, roztrzęsionych rękach. Dopiero w tej chwili przypominam sobie, że Anna pojechała z nami.

– Dziękuję, kochanie – przerywam na chwilę te czynności, żeby uśmiechnąć się do córki. – Chcesz nam pomóc? Stań przy nogach pani Briggs.

Anna potakuje, przykucnąwszy tam, gdzie jej powiedziałem. Twarz ma bladą.

– Eldie, kiedy policzę do trzech, obrócimy cię… – Odliczam, kładziemy chorą na sztywnych noszach, zapinamy taśmy. Rana na głowie znów zaczyna krwawić.

Ładujemy nosze do karetki. Red zapuszcza silnik i rusza do szpitala. Ja, uwijając się w ciasnocie tylnej kabiny, zawieszam zbiornik z tlenem na ramieniu wieszaka, prosząc jednocześnie Annę, żeby mi podała zestaw do kroplówki. Rozcinam ubranie Eldie.

– Jest pani z nami, pani Briggs? Uwaga, teraz lekko panią ukłuję. – Biorę w dłonie jej rękę i próbuję znaleźć żyłę, ale wszystkie są tak cienkie jakby wyrysowane ołówkiem. Przypominają szkic jakiegoś projektu. Moje czoło pokrywa się kropelkami potu. – Kochanie – proszę Annę – możesz znaleźć igłę dwadzieścia dwa? Dwudziestką nie dam rady.

Płacz i jęki chorej wcale mi nie pomagają. Wstrząsy karetki, zarzucanie na zakrętach i przy hamowaniu też nie ułatwiają trafienia cieńszą igłą w żyłę.

– Cholera. – Rzucam drugi zestaw na podłogę.

Szybko mierzę tętno, po czym sięgam po radiotelefon i wybieram numer szpitala, żeby uprzedzić ostry dyżur, że już do nich jedziemy.

– Pacjentka, osiemdziesiąt siedem lat. Upadła. Jest przytomna i odpowiada na pytania. Ciśnienie sto trzydzieści sześć na osiemdziesiąt trzy, tętno około stu trzydziestu, nieregularne. Próbowałem podłączyć kroplówkę, ale nic mi z tego nie wyszło. Z tyłu głowy rana tłuczona, krwawienie opanowane. Podałem chorej tlen. Co jeszcze chcecie wiedzieć?

Światła nadjeżdżającej z naprzeciwka ciężarówki zalewają kabinę jasnością, w której dostrzegam twarz Anny. Ciężarówka skręca, robi się ciemniej. Zauważam, że moja córka trzyma w dłoniach rękę tej obcej kobiety.

Dojeżdżamy pod wejście na ostry dyżur. Wyciągamy z karetki nosze. Automatyczne drzwi otwierają się przed nami. W środku czekają już lekarze i pielęgniarki.

– Chora jest przytomna i rozmawia z nami – melduję im.

Jeden z pielęgniarzy bierze w dłoń wątły nadgarstek Eldie, uderza po nim palcami.

– Jezu… – szepcze.

– No właśnie. Dlatego nie mogłem podłączyć kroplówki. Ciśnienie musiałem mierzyć opaską dla dzieci.

Nagle przypominam sobie o Annie, która wciąż stoi w drzwiach. Jej oczy są szeroko otwarte.

– Tatusiu, czy ta pani umrze?

– Wydaje mi się, że miała udar, ale wyliże się z tego. Usiądziesz tu, na tym krześle, i poczekasz na mnie? Zaraz do ciebie przyjdę. Nie będzie mnie najwyżej pięć minut.