– Tato? – dobiega mnie jej głos. Zatrzymuję się w progu. – Fajnie by było, jakby każdy chory był taki jak ta pani, prawda?
Anna nie potrafi spojrzeć na to moimi oczami. Nie wie, że Eldie Briggs to był koszmar wszystkich ratowników: żyły cienkie jak niteczki, niestabilna… Moja córka nie zdaje sobie sprawy, że to wcale nie był dobry przypadek. Chodzi jej o to, że panią Eldie Briggs można będzie wyleczyć.
Wchodzę na salę i zgodnie z procedurą przekazuję ekipie z ostrego dyżuru wszelkie informacje dotyczące przywiezionej pacjentki. Około dziesięciu minut później, po wypełnieniu formularza, wychodzę do poczekalni. Anny już tam nie ma. W karetce Red wygładza na noszach świeże prześcieradło i wsuwa poduszkę pod pasek.
– Gdzie jest Anna? – pytam go.
– Przecież poszła z tobą.
Rzucam okiem w korytarz po prawej, potem po lewej stronie. Widzę tylko wyczerpanych lekarzy, innych ratowników paramedycznych, małe grupki półprzytomnych ludzi popijających kawę i podtrzymujących w sobie płomyk nadziei, że wszystko będzie dobrze.
– Zaraz wracam.
W porównaniu z szalonym młynem, jakim jest ostry dyżur, ósme piętro wydaje się cichutkie i spokojne jak dziecko otulone kołdrą. Pielęgniarki poznają mnie i witają po imieniu. Znajduję pokój, w którym leży Kate, i delikatnie popycham drzwi.
Anna jest już za duża, żeby zmieścić się na kolanach u Sary. Pomimo to wspięła się właśnie tam i usnęła. Kate też śpi. Sara patrzy na mnie ponad głową Anny.
Przyklękam przed moją żoną i przeczesuję palcami włosy na skroni naszej córki.
– Kotku – szepczę – jedziemy już do domu.
Anna powoli się prostuje, pozwala wziąć się za rękę i pociągnąć. Dłoń Sary przesuwa się w dół wzdłuż jej pleców.
– To nie jest żaden dom – mówi Anna, ale nie opiera się. Idzie za mną. Wychodzimy.
Jest już dobrze po północy. Pochylam się nad łóżkiem Anny i szepczę jej prosto do ucha:
– Chodź, musisz to zobaczyć.
Anna daje się skusić; wstaje, bierze bluzę, wsuwa stopy w tenisówki. Razem wychodzimy na dach remizy.
Niebo świetlistymi smugami spada nam na głowy. Meteory strzelają niczym sztuczne ognie, prując ciemną tkaninę nocy. Anna wydaje okrzyk zachwytu i kładzie się na plecach, żeby lepiej widzieć.
– To Perseidy – wyjaśniam. – Deszcz meteorów.
– Niesamowite.
Spadające gwiazdy to w gruncie rzeczy wcale nie są gwiazdy, tylko skalne okruchy, które wpadają do atmosfery i płoną pod wpływem tarcia. To, na co patrzymy, wypowiadając życzenie, to nic innego jak szlak wysypany gruzem.
W lewym górnym kwadrancie nieboskłonu bucha nowy strumień iskier.
– Czy to się powtarza każdej nocy, kiedy śpimy?
Niezwykłe pytanie: czy wszystkie piękne wydarzenia mają miejsce wtedy, kiedy nie możemy ich zaobserwować? Potrząsam przecząco głową. Ściśle rzecz biorąc, Ziemia przechodzi przez ten zapylony ogon komety co roku, ale tak żywiołowy spektakl zdarza się może raz na pokolenie.
– Fajnie by było, gdyby gwiazda spadła u nas na podwórku. Znaleźlibyśmy ją rano, po wschodzie słońca, i włożylibyśmy do szklanej kuli.
Byłaby z niej świetna lampka nocna albo latarenka kempingowa. – Bardzo łatwo mogę sobie wyobrazić Annę, jak przeczesuje trawnik w poszukiwaniu spalonych źdźbeł. – Jak myślisz, czy Kate ze swojego okna też to widzi?
– Nie jestem pewien. – Unoszę się na łokciu i przyglądam jej uważnie.
Ale Anna ani na chwilę nie odrywa oczu od nieba, tego wielkiego durszlaka przewróconego do góry dnem.
– Wiem, że chcesz mnie zapytać, dlaczego robię to wszystko.
– Nie musisz nic mówić, jeśli nie chcesz.
Anna kładzie głowę na moim ramieniu jak na poduszce. W każdej sekundzie na niebie wykwitają nowe pęki srebra: są tam nawiasy, wykrzykniki, przecinki – pełen zestaw odlanych ze światła znaków interpunkcyjnych do zdań zbyt trudnych, by mogły przejść przez gardło.
PIĄTEK
Nie wierz w bieg słońca przez firmament;
Nie wierz w żar gwiazd, co w niebie stoją;
Nie wierz w prawdziwość prawdy samej;
Lecz wierz bez reszty w miłość moją.
William Szekspir, „Hamlet”
Już pierwsze chwile spędzone w szpitalu dowodzą, że nie będzie łatwo. Od samego progu mamy kłopoty. Kobieta – ochroniarz, zauważywszy Sędziego, zagradza nam drogę do windy. Staje przed nami z rękami skrzyżowanymi na piersi. Wygląda jak Hitler w kobiecym przebraniu, z bardzo kiepską trwałą.
– Z psem nie wolno – słyszę.
– To jest pies – przewodnik.
– Pan nie jest niewidomy.
– Mam arytmię serca, a on jest przeszkolony w resuscytacji krążeniowo – oddechowej.
Udaję się wprost do gabinetu doktora Petera Bergena, psychiatry. Tak się składa, że to właśnie psychiatra jest przewodniczącym szpitalnej komisji do spraw etyki lekarskiej. Idę do niego na wszelki wypadek, ponieważ nie mogę skontaktować się z moją klientką i dowiedzieć od niej, czy proces trwa, czy może wniosek został wycofany. Szczerze mówiąc, po wczorajszym spotkaniu w sądzie byłem mocno wkurzony. Chciałem, żeby Anna zgłosiła się do mnie, ale nie przyszła do kancelarii. Posunąłem się nawet do tego, że wieczorem czekałem na nią całą godzinę przed jej domem, wczoraj jednak najwidoczniej nikt tam nie nocował. Dziś rano pojechałem do szpitala, założywszy, że Anna czuwa przy łóżku siostry. Nie wpuszczono mnie do pokoju Kate. Nie mogę też skontaktować się z Julią; kiedy wczoraj wyszliśmy z łazienki po tym nagłym zajściu w sądzie, spodziewałem się, że tak jak obiecała, będzie czekać na korytarzu. Prosiłem jej siostrę przez telefon, żeby przynajmniej podała mi jej numer komórkowy, ale coś mi mówi, że pod 401 – SPA – DAJ trudno będzie się dodzwonić.
Tak więc nie pozostało mi nic innego, jak pracować dalej nad tą sprawą, mając nadzieję – niewielką, przyznaję – że jest jeszcze nad czym pracować.
Sekretarka doktora Bergena jest młoda i najwyraźniej należy do tego rodzaju kobiet, które mają większy numer stanika niż iloraz inteligencji.
– O, psiaczek! – piszczy na widok Sędziego i wyciąga rękę, żeby poklepać go po łbie.
– Proszę tego nie robić. – Już chcę ją poczęstować jednym z tekstów, które mam zawsze pod ręką, ale dochodzę do wniosku, że nie warto marnować go dla niej. Kieruję się prosto do drzwi gabinetu jej szefa.
Zastaję tam niskiego, przysadzistego mężczyznę zajętego ćwiczeniami tai chi. Ma na sobie strój do jogi, a na siwiejącej czuprynie bandanę w barwach narodowych.
– Nie mam czasu – burczy doktor Bergen.
– To tak samo jak ja, panie doktorze. Nazywam się Campbell Alexander. Jestem adwokatem. To ja prosiłem o historię choroby córki państwa Fitzgeraldów.
– Przesłałem wszystkie dokumenty. – Psychiatra robi wydech, trzymając ramiona wyciągnięte prosto przed siebie.
– Przesłał mi pan historię choroby Kate, a ja potrzebuję dokumentów dotyczących Anny Fitzgerald.
– Wie pan co – słyszę – w tej chwili trudno mi będzie…
– Proszę sobie nie przeszkadzać w ćwiczeniach. – Siadam na krześle, a Sędzia kładzie się u moich stóp. – Tak jak mówiłem, interesuje mnie przypadek Anny Fitzgerald. Czy rada etyki lekarskiej zajęła stanowisko w tej sprawie?
– Komisja nigdy nie poddała pod dyskusję przypadku Anny Fitzgerald. To jej siostra jest naszą pacjentką, nie ona.
Doktor Bergen wygina się w tył, potem robi skłon.
Przyglądam się temu przez chwilę.