– Czy wie pan, ile razy Anna Fitzgerald była hospitalizowana i leczona ambulatoryjnie w tym szpitalu?
– Nie – odpowiada Bergen.
– Według mojej rachuby osiem razy.
– Zabiegi, które przeszła, nie muszą od razu kwalifikować się do rozpatrzenia przez komisję etyki lekarskiej. Jeśli lekarze wiedzą, czego pacjent sobie życzy, a czego nie, a pacjent wie, co lekarze chcą mu zrobić, i zgadza się na to, wtedy nie ma sprzeczności interesów, a my w ogóle nie musimy o niczym słyszeć. – Doktor Bergen stawia na ziemi stopę, którą przez jakiś czas trzymał w powietrzu, i sięgnąwszy po ręcznik, wyciera się pod pachami. – Każdy z nas pracuje na pełny etat, panie Alexander. W komisji zasiadają psychiatrzy, pielęgniarki, lekarze, naukowcy i kapelani. Staramy się raczej unikać wszelkich problemów.
Staliśmy na szkolnym korytarzu, opierając się plecami o moją szafkę i dyskutując zawzięcie na temat Matki Boskiej. Obracałem w palcach cudowny medalik, który Julia nosiła na szyi. No dobrze, przyznaję się, chodziło mi o samą szyję, a medalik akurat tam wisiał. I przeszkadzał.
– A jeśli – powiedziałem – Dziewica Maryja była po prostu nastolatką, która wpadła w zwyczajne w tym wieku kłopoty, ale zamiast panikować, wymyśliła genialne rozwiązanie problemu?
Julia o mało się nie zakrztusiła.
– Za coś takiego, Campbell, możesz wylecieć z Kościoła episkopalnego.
– Ale pomyśl tylko: masz trzynaście lat, czy ile tam wtedy miały dziewczyny na wydaniu, poszłaś raz na siano z Józefem, było fajnie, a tu nagle szast – prast i dwie kreski na teście ciążowym. Masz dwa wyjścia: albo ciężko podpadniesz staremu, albo wymyślisz jakąś niezłą historyjkę. A kto ośmieli się zarzucić ci kłamstwo, jeśli powiesz, że to Bóg zrobił ci dziecko? Nie wydaje ci się, że ojciec Maryi myślał sobie tak: Mógłbym ją ukarać szlabanem, ale co będzie, jeśli spadnie na nas jakaś plaga?
Mówiąc to, mocno szarpnąłem drzwi mojej szafki. Ze środka wysypało się chyba ze sto prezerwatyw. Dookoła nagle zmaterializowali się moi kumple z załogi żeglarskiej, skowycząc ze śmiechu jak hieny.
– Tak sobie pomyśleliśmy, że pewnie kończą ci się już stare zapasy gumek – parsknął jeden z nich.
Co miałem zrobić? Uśmiechnąłem się.
Zanim się obejrzałem, Julii już nie było. Jak na dziewczynę, biegła jak wicher. Kiedy ją dogoniłem, szkoła ledwie majaczyła na horyzoncie.
– Perełko… – zacząłem, ale nie miałem żadnego pomysłu, co po wiedzieć dalej. Nie po raz pierwszy widziałem, jak dziewczyna płacze przeze mnie, ale nigdy wcześniej ten widok nie sprawił mi bólu. – Co miałem zrobić? Tłuc się ze wszystkimi? Tego byś chciała?
Spiorunowała mnie wzrokiem.
– Co im mówisz o nas, kiedy gadacie w szatni dla chłopaków?
– Nic. Nie opowiadam im o nas.
– A co powiedziałeś o mnie swoim rodzicom?
– Nic – przyznałem się.
– To spierdalaj – warknęła Julia i znów puściła się biegiem przed siebie.
Winda zatrzymuje się na trzecim piętrze. Drzwi otwierają się, ukazując Julię Romano stojącą na korytarzu. Patrzymy się na siebie przez chwilę; nagle Sędzia wstaje, machając ogonem.
– Jedziemy? – pytam.
Julia wchodzi do środka i naciska przycisk parteru, nie zauważywszy, że już się świeci. Żeby go dosięgnąć, musi stanąć przede mną tak blisko, że czuję zapach jej włosów. Wanilia i cynamon.
– Co tutaj robisz? – pyta mnie.
– Pozbywam się wszelkich złudzeń na temat państwowej służby zdrowia. A ty?
– Przyszłam porozmawiać z doktorem Chance’em, onkologiem prowadzącym Kate.
– Czy to ma znaczyć, że nasz proces toczy się dalej?
Julia potrząsa głową.
– Nie wiem. Dzwoniłam do nich, do każdego z osobna, ale nikt nie odpowiada na telefony. No, może oprócz Jessego, ale to kwestia hormonów, nie grzeczności.
– Byłaś u…
– Kate? Tak. Nie wpuścili mnie. Mówili coś o dializie.
– Mnie powiedzieli to samo.
– Jeśli będziesz z nią rozmawiał…
– Posłuchaj mnie – przerywam. – W obecnej sytuacji, dopóki nie usłyszę od samej Anny, że jest inaczej, muszę założyć, że proces się toczy i że za trzy dni czeka nas rozpatrzenie sprawy. A jeśli naprawdę ma do niego dojść, musimy usiąść we dwójkę i ustalić, co się dzieje z tym dzieciakiem. Chodźmy na kawę.
– Nie. – Julia zbiera się do odejścia.
– Zaczekaj. – Kiedy łapię ją za rękę, zastyga w bezruchu. – Wiem, że jesteś w niezręcznej sytuacji. Ja też jestem w niezręcznej sytuacji. Ale to, że nam nie udało się dorosnąć, nie znaczy, że możemy teraz pozwolić, żeby z Anną stało się to samo. – Przywołuję na twarz minę skruszonego winowajcy.
Julia splata ramiona na piersi.
– Dobry tekst. Zapisz go sobie, bo zapomnisz. Wybucham śmiechem.
– Widzę, że nie ustąpisz ani na krok.
– Wypchaj się. Masz w zanadrzu pełno gładkich tekścików. Wygłaszanie ich przychodzi ci tak łatwo, jakbyś co rano smarował sobie język wazeliną.
Te słowa mocno pobudzają moją wyobraźnię; przed oczami przewija mi się całe mnóstwo scenek, ale to jej usta i cała reszta grają w nich główną rolę.
– Masz rację – mówi w końcu Julia.
– I to bym sobie dla odmiany chętnie zapisał… – Tym razem kiedy Julia rusza przed siebie, ja i Sędzia idziemy za nią. Po wyjściu ze szpitala prowadzi nas boczną uliczką, właściwie alejką. Mijamy kamienicę czynszową i wychodzimy na zalaną słońcem Mineral Spring Avenue w północnej części miasta. Zanim jednak to nastąpiło, zdążyłem docenić poczucie bezpieczeństwa, jakie daje idący przy nodze pies z pyskiem pełnym zębów.
– Chance powiedział, że dla Kate nic już nie można zrobić – odzywa się Julia.
– Więc jedynym wyjściem jest przeszczep nerki?
– Nie. To jest właśnie w tym wszystkim najdziwniejsze. – Julia zatrzymuje się przede mną jak wrośnięta w ziemię. – Doktor Chance uważa, że Kate jest za słaba na taką operację.
– A mimo to Sara Fitzgerald upiera się przy swoim.
– Jej rozumowaniu w sumie trudno cokolwiek zarzucić. Zastanów się, Campbell. Skoro Kate i tak umrze bez przeszczepu, dlaczego nie zaryzykować?
Obchodzimy ostrożnie siedzącego na ziemi bezdomnego i rozstawioną dookoła niego kolekcję butelek.
– Dlatego że przeszczep nerki to bardzo poważna operacja także dla jej drugiej córki – wyjaśniam – a skoro nie jest absolutnie konieczna, wygląda na to, że dla kogoś tutaj zdrowie Anny nie ma zbyt wielkiego znaczenia.
Nagle Julia zatrzymuje się przed drzwiami niewielkiego domku opatrzonego ręcznie malowanym szyldem głoszącym: „Ravioli u Luigiego”. Obejście wygląda tak, jakby specjalnie nie montowano tu oświetlenia, żeby nie było widać szczurów.
– Nie ma tu gdzieś w okolicy jakiegoś Starbucksa? – pytam, ale w tej chwili drzwi otwierają się i na progu staje olbrzymi łysy mężczyzna w białym kucharskim fartuchu. Porywa Julię w ramiona, o mało jej nie wywracając.
– Isobella! – wykrzykuje, cmokając ją w oba policzki.
– Nie, wujku, to ja, Julia.
– Julia? – Mężczyzna zwany wujkiem, jak należy przypuszczać Luigi, właściciel lokalu, cofa się o krok, marszcząc brwi. – Na pewno? Powinnaś ściąć te włosy, żeby cię można było rozpoznać.
– Kiedy miałam krótkie włosy, wszyscy się mnie czepialiście.
– Nie chodziło nam o ich długość, tylko o kolor. – Wujek obrzuca mnie spojrzeniem. – Przyszliście coś zjeść?
– Chcieliśmy napić się kawy i usiąść gdzieś, gdzie nikt by nam nie przeszkadzał.
– Aha. – Wujaszek uśmiecha się znacząco. – Nikt ma wam nie przeszkadzać.
Julia wzdycha.
– Nie o to chodzi.
– Już dobrze, rozumiem. Sekret to sekret. Wejdźcie. Możecie usiąść na zapleczu. – Spogląda na Sędziego. – Pies zostaje.