– Pies idzie ze mną – odpowiadam.
– W mojej knajpie psów nie ma – mówi twardo wujek Luigi.
– To jest pies – przewodnik. Nie może zostać na ulicy.
Wujek pochyla się ku mnie i przygląda mi się z bliska.
– Jesteś ślepy?
– Jestem daltonistą – odpowiadam. – Pies mówi mi, czy na skrzyżowaniu pali się czerwone czy zielone światło.
Wujek Julii wykrzywia usta w grymasie niezadowolenia.
– Co za czasy! Co jedno to mądrzejsze – mruczy, a potem odwraca się i prowadzi nas do środka.
Przez wiele tygodni mama starała się zgadnąć, kim jest moja dziewczyna.
– To ta… Bitsy, prawda? Poznaliśmy ją w Vineyard? Nie, nie, zaraz, to chyba córka Sheili, ta ruda. Mam rację?
Powtarzałem jej do znudzenia, że nie może jej znać, chociaż tak naprawdę miałem na myśli to, że Julia jest taką osobą, której moja matka wcale nie chciałaby poznać.
– Wiem, co Anna powinna zrobić – mówi Julia – ale nie mam pewności, czy jest na tyle dojrzała, żeby samodzielnie podejmować decyzje.
Nabijam na patyczek oliwkę. Podano je w charakterze przystawki.
– W czym problem, skoro uważasz, że miała słuszność, kierując sprawę do sądu?
– Chodzi o jej uczucia względem rodziny – odpowiada sucho Julia. – Mam ci zdefiniować pojęcie uczucia?
– Wiesz co, niegrzecznie jest dogryzać komuś, siedząc z nim przy jednym stole.
– W tej chwili sytuacja wygląda tak: przy każdej konfrontacji z mamą Anna kładzie uszy po sobie. Potulnieje za każdym razem, kiedy coś się dzieje z Kate. Być może uważa, że jest zdolna podjąć tę decyzję, ale naprawdę jeszcze nigdy w życiu nie stała przed tak brzemiennym w skutki wyborem – mam na myśli to, co stanie się z jej siostrą.
– A jeśli ci powiem, że do czasu poniedziałkowego rozpatrzenia sprawy Anna poczuje się na siłach, aby podjąć taką decyzję?
Julia unosi głowę.
– Skąd masz taką pewność?
– Zawsze jestem pewny siebie.
Julia sięga do talerzyka stojącego pomiędzy nami i nabija na patyczek oliwkę.
– Faktycznie – mówi cicho. – Pamiętam.
Nie opowiedziałem Julii o moich rodzicach ani o naszym domu, chociaż na pewno snuła jakieś własne przypuszczenia i podejrzenia. Pojechaliśmy moim jeepem do Newport. Zajechałem przed ogromną rezydencję wzniesioną z cegły.
– Campbell – szepnęła Julia – wygłupiasz się. Zawróciłem na podjeździe i ruszyłem z powrotem w stronę bramy.
– Wygłupiam się – przyznałem.
W ten sposób mój dom rodzinny dwie bramy dalej, rozległa posiadłość ocieniona rzędami buków, wybudowana na wzgórzu opadającym łagodnie aż do samej zatoki, nie wywarł na Julii aż tak przytłaczającego wrażenia. No, w każdym razie nasz dom był mniejszy niż tamta rezydencja.
Julia potrząsnęła głową.
– Wystarczy, że twoi rodzice rzucą na mnie okiem i od razu postawią między nami zasieki.
– Będą tobą zachwyceni – odparłem.
To był pierwszy raz, kiedy okłamałem Julię. Pierwszy, ale nie ostatni.
Julia znika pod blatem stołu. Stawia na podłodze talerz makaronu.
– Wcinaj – mówi do Sędziego. – Powiesz mi w końcu, po co ci ten pies? – pyta.
– Mam kilku hiszpańskojęzycznych klientów. Potrzebny mi tłumacz.
– Naprawdę?
– Naprawdę. – Szczerzę zęby.
Julia pochyla się ku mnie, mrużąc oczy.
– A ja mam sześciu braci. Wiem, o co chodzi facetom.
– Podziel się tą wiedzą, zaklinam cię.
– Mam zdradzić moje sekrety zawodowe? Nic z tego. – Julia potrząsa głową. – Domyślam się, dlaczego Anna zwróciła się do ciebie. Jesteś tak samo asekurancki jak ona.
– Zwróciła się do mnie, bo przeczytała o mnie w gazecie – wzruszam ramionami – i tyle.
– Ale jakim cudem się zgodziłeś? Zazwyczaj bierzesz inne sprawy.
– Skąd wiesz, jakie sprawy zazwyczaj biorę?
Zadaję to pytanie lekkim tonem, ale Julia znienacka milknie. No i mam odpowiedź: przez te wszystkie lata śledziła moją karierę. Co w tym dziwnego? W końcu ja robiłem to samo. Czuję się niezręcznie. Przełykam ślinę.
– Masz sos… O, tutaj. – Pokazuję palcem.
Julia ociera usta serwetką, ale nie w tym miejscu, w którym trzeba.
– Już? – pyta.
Biorę swoją serwetkę i ścieram plamkę, ale ręki nie cofam. Dotykam dłonią jej policzka. Nasze oczy spotykają się i w jednej chwili znów jesteśmy młodzi, uczymy się siebie dotykiem.
– Campbell – mówi Julia. – Nie rób mi tego.
– Czego?
– Nie wpychaj mnie drugi raz w ten sam kanał.
W tym momencie dzwoni moja komórka. Oboje podskakujemy spłoszeni, Julia niechcący przewraca swój kieliszek z winem. Odbieram telefon.
– Nie, spokojnie. Bez nerwów. Gdzie jesteś? Dobrze, już tam jadę. – Rozłączam się.
Julia zamiera, trzymając w ręku serwetkę, którą wycierała stół.
– Muszę iść.
– Wszystko w porządku?
– Dzwoniła Anna – mówię. – Jest na posterunku policji.
Kiedy wracaliśmy do Providence, z każdym kilometrem drogi wymyślałem coraz to okrutniejsze sposoby uśmiercenia rodziców. Zatłuc na śmierć. Oskalpować. Obedrzeć żywcem ze skóry i posypać solą. Zapeklować w dżinie. Szczerze mówiąc, co do tego ostatniego nie byłem pewien, czy byłaby to powolna, bestialska tortura czy też prosta droga do nirwany.
Możliwe, że rodzice widzieli, jak zakradam się do pokoju gościnnego, jak sprowadzam Julię po schodach dla służby, jak wymykamy się z domu tylnym wyjściem. Mogli obserwować z daleka, jak zdejmujemy ubrania i brodzimy nago w falach zatoki. Mogli patrzeć, jak jej nogi oplatają moje biodra, jak układam ją na łożu z wełnianych swetrów i flanelowych piżam.
Wymówkę znaleźli bardzo prostą. Rano, przy śniadaniu złożonym z szynki i jajek w sosie hollandaise, oznajmili mi, że tego samego wieczoru jesteśmy zaproszeni na przyjęcie w klubie. Na przyjęciu miał obowiązywać smoking, a zaproszenia nie przewidywały nikogo oprócz najbliższej rodziny. Oczywiście było wykluczone, żeby Julia mogła pójść ze mną.
Kiedy zajechaliśmy przed jej dom, słońce prażyło już tak niemiłosiernie, że jakiś chłopak z sąsiedztwa wykazał się inicjatywą i odkręcił hydrant przeciwpożarowy. Woda tryskała strumieniami, a dzieciaki podskakiwały dookoła jak popcorn na patelni.
– Żałuję – powiedziałem do Julii – że zaciągnąłem cię do siebie. Że chciałem na siłę przedstawić cię rodzicom.
– Jest czego żałować – zgodziła się. – Począwszy od znajomości ze mną.
– Odezwę się do ciebie przed rozdaniem świadectw – powiedziałem, a Julia pocałowała mnie i wyszła z samochodu.
Nie odezwałem się jednak, a na uroczystości rozdania świadectw nie rozglądałem się za nią. Julia sądzi, że wie, dlaczego tak się wtedy zachowałem. Myli się.
Stan Rhode Island jest ciekawy dlatego, że nikt nie wykazał absolutnie żadnej dbałości o zasady feng shui. Chodzi mi o to, że mamy Little Compton, czyli Małe Compton, ale nigdzie nie ma Dużego Compton. Na tej samej zasadzie mamy Upper Darby, Górne Darby, ale próżno szukać Dolnego. Takich miejsc jest u nas więcej, miejsc o nazwach odnoszących się do obiektów, których nie zaznaczono na żadnej mapie.
Julia jedzie za mną swoim samochodem. Najwidoczniej udało mi się wraz z Sędzią pobić lądowy rekord szybkości, bo od odebrania telefonu do momentu, kiedy wpadamy razem na posterunek policji, upłynęło chyba nie więcej niż pięć minut. Anna stoi przy biurku oficera dyżurnego, odchodząc od zmysłów z niepokoju. Przypada do mnie roztrzęsiona.
– Musi pan pomóc – szlocha. – Jesse siedzi w areszcie.
– Co takiego? – Patrzę na nią, myśląc o doskonałym obiedzie, od którego mnie oderwała, nie wspominając już o rozmowie, którą naprawdę chciałem doprowadzić do końca. – Dlaczego zadzwoniłaś z tym do mnie?