Выбрать главу

– Wiesz, że ten skradziony samochód to był humvee sędziego Newbella, Campbell? – pyta.

– Mam tę świadomość – odpowiadam poważnie, chociaż tak naprawdę chcę powiedzieć, że człowiek szpanujący dużym żółtym humvee praktycznie prosi się o to, żeby ktoś mu go podprowadził.

– Porozmawiam z sędzią. – Bruce wzdycha. – Oberwę za to potem po uszach, ale wspomnę mu, że gliniarze nie mają nic przeciwko, żebyśmy popatrzyli na wybryk chłopaka przez palce.

Dwadzieścia minut później wszystkie dokumenty są już podpisane, a Jesse stoi u mojego boku przed gmachem sądu. Dwadzieścia pięć minut później schodzimy już po tych samych schodach na ulicę, a Jesse jest pod oficjalnym nadzorem sądowym.

Jest pogodny letni dzień, jeden z tych, które budzą chwytające za gardło wspomnienia. W dni takie jak ten pływałem z ojcem żaglówką.

Jesse odchyla głowę do tyłu.

– Kiedyś łowiliśmy kijanki – mówi nagle ni w pięć, ni w dziewięć. – Łapaliśmy je do wiadra i obserwowaliśmy, jak z ogonów robią im się łapy. Ani jedna, dosłownie ani jedna nie dorosła. Nigdy nie doczekaliśmy się nawet jednej żaby. – Odwraca się do mnie, wyjmując z kieszeni koszuli paczkę papierosów. – Zapali pan?

Nie paliłem od czasów szkoły średniej, ale biorę papierosa, którym częstuje mnie Jesse, i zapalam. Sędzia obserwuje ten element ludzkiego życia, siedząc obok z wywieszonym językiem. Jesse wyjmuje pudełko zapałek i pociera drewienkiem o draskę.

– Dziękuję – mówi do mnie – że zajął się pan sprawą Anny.

Ulicą przejeżdża samochód. Ma włączone radio; przez otwarte okno dobiega nas melodia piosenki, której w zimie nigdy nie puszczają. Z ust Jessego ulatuje smuga błękitnego dymu. Ciekawe, czy ten chłopak był kiedykolwiek na żaglach. Czy ma takie wspomnienie, do którego wracał przez całe życie, na przykład gdy siedział na trawniku przed domem i czuł, jak po zachodzie słońca trawa robi się coraz chłodniejsza, albo kiedy Czwartego Lipca usiłował utrzymać sztuczne ognie jak najdłużej, aż poparzył sobie palce. Każdy z nas ma coś takiego.

Zostawiła wiadomość pod wycieraczką na przedniej szybie mojego jeepa siedemnaście dni po rozdaniu świadectw. Zanim jeszcze otworzyłem kopertę, zachodziłem w głowę, w jaki sposób przyjechała aż do Newport i jak wróciła do domu. Zabrałem list nad zatokę, na skały i tam go przeczytałem. Skończywszy, przyłożyłem kartkę do nosa w nadziei, że poczuję jeszcze jej zapach.

Nie wolno mi wtedy było brać samochodu, ale nawet nie pomyślałem o zakazie. Pojechałem na cmentarz, tak jak napisano w liście.

Julia czekała u stóp nagrobka, gdzie zwykle się spotykaliśmy. Siedziała na ziemi, obejmując kolana ramionami. Kiedy podszedłem, spojrzała w górę.

– Chciałam, żebyś był inny.

– Nie chodzi o to, kim jesteś i jaka jesteś naprawdę.

– Nie? – Julia zerwała się na nogi. – Ja nie mam funduszu powierniczego, Campbell. Mój ojciec nie ma własnego jachtu. Jeśli liczyłeś na to, że jestem kopciuszkiem, który pewnego dnia zmieni się w posażną królewnę, to srodze się rozczarowałeś.

– Nie dbam o to.

– Uważaj, bo ci uwierzę. – Zmrużyła oczy, co nie wróżyło nic dobrego. – Czego szukałeś na nizinach społecznych? Rozrywki? Czy może chciałeś wkurzyć rodziców? A teraz jestem dla ciebie jak błoto, że nie powiem gorzej, w które przypadkiem wdepnąłeś i chcesz zdrapać z podeszwy, tak? – Rzuciła się na mnie z pięściami, trafiając w pierś. – Nie potrzebuję cię i nigdy nie potrzebowałam!

– Ale ja ciebie, do cholery, potrzebowałem! – krzyknąłem tak jak ona.

Odwróciła się do mnie, a ja chwyciłem ją za ramiona i pocałowałem. W tym pocałunku wsączyłem w jej usta wszystko to, czego nie potrafiłem z siebie wydusić.

Pewne rzeczy robi się dlatego, że człowiek jest przekonany, iż tak będzie lepiej dla wszystkich. Wmawiamy sobie, że tak trzeba, że tak jest szlachetniej. To o wiele prostsze niż szczere przyznanie się do prawdy przed samym sobą.

Odepchnąłem Julię od siebie. Zszedłem z cmentarnego wzgórza. Nie obejrzałem się ani razu.

Anna zajmuje siedzenie dla pasażera. Sędzia w widoczny sposób jest z tego niezadowolony; wtyka pysk pomiędzy nas i dyszy jak odkurzacz.

– To, co dziś się stało – mówię Annie – nie najlepiej rokuje na przyszłość.

– O co panu chodzi?

– Jeśli zamierzasz walczyć o prawo do podejmowania ważnych decyzji samodzielnie, musisz nauczyć się je podejmować już teraz. Nie zawsze znajdzie się ktoś, kto posprząta bałagan za ciebie.

Anna krzywi się z niezadowoleniem.

– To wszystko dlatego, że poprosiłam pana o pomoc dla mojego brata? Myślałam, że jest pan moim przyjacielem.

– Nie jestem twoim przyjacielem, już raz ci to mówiłem. Jestem twoim adwokatem. To zasadnicza różnica.

– Dobrze. Proszę bardzo. – Anna łapie za klamkę. – Wracam na policję i powiem, że mają aresztować Jessego z powrotem. – O mały włos udaje jej się otworzyć drzwi, a jedziemy autostradą. Przechylam się mocno, chwytam klamkę i zatrzaskuję je z powrotem.

– Zwariowałaś?

– Nie wiem. – Anna wzrusza ramionami. – Zapytałabym, jak się panu wydaje, ale moje zdrowie psychiczne to chyba nie pańska działka.

Szarpię ostro kierownicą i zjeżdżam na pobocze.

– Chcesz wiedzieć, co mi się wydaje? Powiem ci: nikt nie pyta cię o zdanie w ważnych kwestiach, bo twoje zdanie zmienia się tak często, że w żaden sposób nie można na tobie polegać. Spójrz na to na przykład z mojej strony. Ja nawet nie wiem, czy podtrzymujemy wniosek o usamowolnienie, czy może już go wycofaliśmy.

– Dlaczego mielibyśmy go wycofać?

– Zapytaj swojej mamy. Zapytaj Julii. Do kogo tylko się zwrócę, słyszę, że postanowiłaś skończyć z tą sprawą. – Mój wzrok przykuwa jej dłoń spoczywająca na podłokietniku drzwi. Paznokcie, pociągnięte błyszczącym fioletowym lakierem, są obgryzione do żywego mięsa. – Jeśli życzysz sobie, żeby sąd traktował cię jak dorosłą, musisz zachowywać się jak dorosła. Ja mogę bronić cię tylko wtedy, kiedy sama udowodnisz, że potrafisz się obronić beze mnie.

Wracam na szosę. Co jakiś czas rzucam Annie spojrzenie z ukosa. Nic. Siedzi z zaciętą miną, tyle że teraz ściska dłonie pomiędzy kolanami.

– Zaraz dojedziemy do twojego domu – mówię oschle. – Będziesz mogła wysiąść i zatrzasnąć mi drzwi przed samym nosem.

– Nie jadę do domu. Przeprowadziłam się na kilka dni do taty. Mieszkam u niego w jednostce.

– Czy ja dobrze słyszę? To o co ja wczoraj wykłócałem się przez kilka godzin w sądzie? A dlaczego od Julii usłyszałem, że nie chcesz być rozdzielona z mamą? Rozumiesz teraz, o co mi chodzi? – pytam, waląc dłonią w kierownicę. – Czy ty wiesz chociaż, czego chcesz?

W tym momencie Anna wybucha. Wrażenie jest piorunujące.

– Pyta pan, czego chcę? Chcę, żeby przestano mnie traktować jak królika doświadczalnego, bo mam już tego po dziurki w nosie. Do szału mnie doprowadza, że wszyscy mają gdzieś, jak ja się z tym czuję. Rzygam już tym wszystkim, ale nawet gdybym naprawdę się cała zarzygała, na nikim nie zrobi to wrażenia, bo ta rodzina nie takie rzeczy już widziała. – Anna szarpie za klamkę, wyskakuje z samochodu, zanim zdążę go całkowicie zatrzymać, i puszcza się biegiem do remizy, którą widać już kilkaset metrów dalej.

No, no. Moja mała klientka ma prawdziwy talent. Potrafi zwrócić na siebie uwagę i sprawić, żeby wysłuchano tego, co ma do powiedzenia. Niepotrzebnie się obawiałem: da sobie radę na przesłuchaniu, i to lepiej, niż się spodziewałem.

Druga strona medalu wygląda tak: Anna poradzi sobie ze złożeniem zeznań, ale to, co ma do powiedzenia, nie zrobi dobrego wrażenia na sędzi. Wyjdzie na nieczułą egoistkę, w dodatku nie całkiem dojrzałą. Innymi słowy, taką postawą bardzo trudno jej będzie przekonać sędziego do wydania korzystnego dla niej wyroku.