Выбрать главу

– Co się stało?

– Spadła z roweru, głową do przodu – wyjaśniam. – Prosto na beton. Nie ma objawów wstrząsu mózgu, ale tuż pod linią włosów jest krwawiąca rana tłuczona długości około czterech centymetrów.

Doktor ostrożnie układa pacjentkę na stole i rzuca okiem na jej czoło, naciągając rękawiczki.

– Jest pani lekarzem albo pielęgniarką?

Zmuszam się do drętwego uśmiechu.

– Nie. Mam wprawę.

Żeby zamknąć ranę, trzeba założyć osiemdziesiąt dwa szwy. Potem jeszcze tylko opatrunek ze śnieżnobiałej gazy przyklejony taśmą do głowy, zdrowa dawka tylenolu dla dzieci i już jest po wszystkim. Razem wychodzimy z salki zabiegowej.

Jesse chce wiedzieć, ile było szwów. Brian chwali małą za odwagę, jak mówi, „godną strażaka”. Kate przygląda się czystemu bandażowi na czole Anny.

– Fajnie jest siedzieć w poczekalni – mówi.

Zaczyna się od krzyku Kate dobiegającego z łazienki. Pędzę na górę. Drzwi są zamknięte, wyłamuję więc zamek. Moja dziewięcioletnia córeczka stoi na środku posadzki zachlapanej krwią. Krew ścieka jej po udach, sącząc się przez majteczki. To właśnie jest wizytówka białaczki promielocytowej – krwotok pod każdą możliwą postacią. Kate miała już kiedyś krwawienie odbytnicze, ale była wtedy bardzo malutka i na pewno nic z tego nie pamięta.

– Już dobrze. Wszystko w porządku – mówię spokojnie.

Wycieram małą do czysta myjką nagrzaną na kaloryferze. Wyjmuję z szafki podpaskę. Kate nie wie, jak prawidłowo ją ułożyć między nogami. Powinnam jej to pokazać przy pierwszej miesiączce, ale teraz już sama nie wiem, czy jej dożyje.

– Mamo – mówi Kate – zaczyna się od nowa.

– Kliniczny nawrót choroby. – Doktor Chance zdejmuje okulary i przeciera kąciki oczu kciukami. – Chyba konieczny będzie przeszczep szpiku kostnego.

W mojej głowie błyska wspomnienie nadmuchiwanego dziecięcego worka treningowego, którym się bawiłam, kiedy miałam tyle lat co teraz Anna. To był worek stojący, na sprężynie; dolną część napełniało się piaskiem. Biłam go pięścią z całej siły, a on momentalnie wracał do pionu.

– Kilka miesięcy temu rozmawialiśmy o przeszczepie szpiku – mówi Brian. – Powiedział nam pan wtedy, że to niebezpieczne.

– Bo to prawda. Skuteczność takiej operacji wynosi pięćdziesiąt procent. Druga połowa pacjentów nie przeżywa chemioterapii i naświetlań, które są konieczne przed samym zabiegiem. Zdarzają się też śmiertelne powikłania pooperacyjne.

Brian podnosi na mnie wzrok, a potem wypowiada na głos pytanie, które zawisło niewypowiedziane pomiędzy nami:

– Czy jest zatem sens w ogóle narażać Kate? Po co?

– Bo jeżeli tego nie zrobicie – wyjaśnia doktor Chance – na pewno umrze.

Usiłuję się dodzwonić do towarzystwa ubezpieczeniowego. Za pierwszym razem rozłączają rozmowę przez przypadek. Za drugim razem przez dwadzieścia dwie minuty słucham muzyki. W końcu zgłasza się dział obsługi klienta. Kobiecy głos prosi mnie o numer polisy ubezpieczeniowej. Podaję numer, który dostają wszyscy pracownicy miejscy, i numer Briana w zakładzie ubezpieczeń społecznych.

– W czym mogę pani pomóc?

– Dzwoniłam do państwa tydzień temu – tłumaczę. – Moja córka ma białaczkę. Konieczny jest przeszczep szpiku kostnego. W szpitalu wytłumaczono nam, że towarzystwo musi wyrazić zgodę na pokrycie ubezpieczeniowe.

Operacja przeszczepu szpiku kostnego kosztuje od stu tysięcy dolarów wzwyż. Rzecz jasna dla nas jest to suma wprost niebotyczna, a opinia lekarza specjalisty o konieczności przeszczepu wcale jeszcze nie oznacza, że firma ubezpieczeniowa da się przekonać.

– W takiej sytuacji musimy przeprowadzić specjalną analizę…

– Wiem. O tym właśnie rozmawialiśmy w zeszłym tygodniu. Od tego czasu towarzystwo milczy, więc pozwoliłam sobie zadzwonić.

Pracowniczka działu obsługi klienta każe mi poczekać, bo musi dotrzeć do moich danych. W słuchawce rozlega się delikatne kliknięcie, a po nim blaszany głos z taśmy: „Aby dodzwonić się do”…

– Cholera jasna! – Rzucam słuchawkę na widełki.

Anna, zawsze czujna, zagląda przez drzwi.

– Powiedziałaś brzydkie słowo.

– Wiem. – Podnoszę słuchawkę z powrotem i wciskam klawisz ponownego wybrania ostatniego numeru. Uważnie przechodzę przez menu wybierania tonowego i w końcu słyszę w słuchawce głos żywej osoby. – Poprzednim razem mnie rozłączyło – informuję kobietę, która odebrała telefon. – I to po raz drugi.

Znów przez pięć minut muszę robić to, co robiłam już dwa razy: podaję numery, nazwiska i opisuję całą sytuację.

– Przeanalizowaliśmy przypadek państwa córki – informuje mnie kobieta. – Niestety, wedle naszej opinii tym razem operacja nie leży w jej najlepiej pojętym interesie.

Czuję, jak rumieńce biją mi na twarz.

– Sądzą państwo, że lepiej będzie dla niej, gdy umrze?

Przygotowanie dawcy do pobrania szpiku kostnego polega na tym, że muszę stale podawać Annie dożylnie preparat zawierający czynnik wzrostu, taki sam jak ten, który podawałam Kate po zabiegu przetoczenia krwi pępowinowej. Chodzi o to, że im więcej komórek szpikowych ma Anna, tym więcej dostanie ich Kate.

Anna wie o tym wszystkim, ale dla niej oznacza to tylko tyle, że dwa razy dziennie mama musi zrobić jej zastrzyk.

Za każdym razem smaruję jej rękę kremem znieczulającym, żeby nie czuła ukłucia igły, ale i tak nie obywa się bez krzyków. Zastanawiam się, czy ból, który czuje Anna przy zastrzyku, jest porównywalny z tym, który ja czuję w momencie, kiedy moja sześcioletnia córka patrzy mi prosto w oczy i mówi, że mnie nienawidzi.

– Pani Fitzgerald – mówi kierownik działu obsługi klienta – my naprawdę doskonale rozumiemy, że pani sytuacja jest poważna. Zapewniam panią.

– Trudno mi w to uwierzyć – odpowiadam. – Z jakiegoś powodu nie wydaje mi się, że też ma pan córkę, której życie wisi na włosku. Nie mogę też sobie wyobrazić, żeby dla rady konsultacyjnej pańskiego towarzystwa nie liczył się tylko i wyłącznie koszt takiej operacji jak przeszczep szpiku kostnego. – Obiecywałam sobie, że będę nad sobą panować; przegrałam to starcie walkowerem już w trzydziestej sekundzie rozmowy z przedstawicielem firmy ubezpieczeniowej.

– Towarzystwo AmeriLife zapłaci dziewięćdziesiąt procent uzasadnionych standardowych kosztów operacji infuzji limfocytów dawcy. Jeśli jednak nalega pani na przeprowadzenie przeszczepu szpiku kostnego, jesteśmy skłonni pokryć dziesięć procent kosztów.

Biorę głęboki wdech.

– W jakiej dziedzinie specjalizują się lekarze konsultanci, którzy wydali taką opinię?

– Przykro mi, ale nie…

– Domyślam się, że nie w leczeniu ostrej białaczki promielocytowej. Wie pan, dlaczego tak uważam? Bo nawet ostatni leser, który z wielkim trudem skończył medycynę na jakimś prowincjonalnym uniwerku, wie, że wlew limfocytów dawcy nie leczy tej choroby. Że za trzy miesiące musielibyśmy dyskutować od nowa na ten sam temat. Gdyby jednak zwrócił się pan do lekarza, który miał jakąkolwiek styczność z moją córką, dowiedziałby się pan, że u chorej na ostrą białaczkę promielocytową każde leczenie można zastosować tylko raz, ponieważ jej organizm natychmiast się na nie uodparnia. Oznacza to tyle, że towarzystwo AmeriLife woli wyrzucić pieniądze w błoto, zamiast spożytkować je w sposób, który daje mojej córce choćby cień szansy na uratowanie życia. Po drugiej stronie linii zapada cisza.

– Pani Fitzgerald – mówi kierownik działu obsługi klienta – o ile dobrze rozumiem, to jeśli najpierw przeprowadzą państwo zabieg infuzji limfocytów dawcy, to w następnej kolejności towarzystwo bez problemów sfinansuje przeszczep szpiku kostnego.