– Z tą drobną różnicą, że moja córka może tego nie dożyć. Jeżeli jeszcze pan tego nie zauważył, nie rozmawiamy o naprawie serwisowej samochodu, gdzie można najpierw zamontować używaną część zamienną, a potem, jeśli się nie sprawdzi, zamówić nową. Rozmawiamy o człowieku. O żywej istocie. Czy wy tam za tymi swoimi biurkami w ogóle wiecie, co to takiego, czy potraficie tylko liczyć pieniądze?
Tym razem wiem, dlaczego połączenie nagle się urywa.
Zanne przyjeżdża do nas wieczorem ostatniego dnia przed rozpoczęciem zabiegów przygotowujących do przeszczepu szpiku kostnego. Pozwala Jessemu pomagać przy rozstawianiu swojego przenośnego biura, odbiera telefon z Australii, a potem przychodzi do kuchni po instrukcje na temat codziennych czynności domowych.
– We wtorki Anna ma trening gimnastyczny – mówię. – O trzeciej po południu. W tym tygodniu mają też wywieźć szambo.
– Śmieci wywożą w środy – dodaje Brian.
– W żadnym razie nie odprowadzaj Jessego do szkoły. Wszystko wskazuje na to, że w szóstej klasie to straszny obciach.
Suzanne słucha, kiwa głową, robi nawet notatki. Kiedy wreszcie milkniemy, mówi, że teraz ona z kolei ma do nas kilka pytań. – Rybka…
– Dostaje pokarm dwa razy dziennie. Jesse się tym zajmie, jeśli będziesz go pilnować.
– Jest jakaś ustalona godzina, o której dzieci kładą się do łóżek?
– Jest – odpowiadam. – Podać ci wersję oficjalną czy z godziną doliczoną w nagrodę za dobre sprawowanie?
– Anna jest w łóżku o ósmej – ucina Brian. – Jesse o dziesiątej. Coś jeszcze?
– Tak. – Zanne sięga do kieszeni. W jej ręce pojawia się czek wystawiony na nasze nazwisko. Na kwotę stu tysięcy dolarów.
– Suzanne – szepczę oszołomiona – nie możemy tego przyjąć.
– Wiem, ile kosztuje taka operacja. Was na to nie stać. A mnie tak. Zgódźcie się.
Brian bierze czek i wręcza go z powrotem mojej siostrze.
– Jesteśmy ci bardzo wdzięczni – mówi – ale mamy pieniądze na przeszczep.
Pierwszy raz o tym słyszę.
– Mamy? – pytam. – Skąd?
– Koledzy z pracy rozesłali wici po całym kraju. Wielu strażaków przysłało datki. – Brian patrzy mi w oczy. – Dopiero dziś się o tym dowiedziałem.
– Naprawdę? – Czuję, jak ciężar spada mi z serca.
Brian wzrusza ramionami.
– To moi bracia – mówi krótko.
Ściskam serdecznie moją siostrę.
– Dziękuję. Za sam fakt.
– W razie potrzeby zawsze możecie skorzystać – odpowiada Suzanne.
Ale nie ma takiej potrzeby. Przynajmniej tyle jeszcze możemy zrobić.
– Kate! – wołam następnego ranka. – Jedziemy!
Anna, która leży zwinięta w kłębek na kolanach cioci Suzanne, wyjmuje kciuk z ust, ale nie mówi nic, nawet „do widzenia”.
– Kate! – krzyczę jeszcze raz. – Wychodzimy!
Jesse odrywa się od gry na nintendo i prycha kpiąco.
– Już widzę, jak jedziecie bez niej.
– Ona o tym nie wie. Kate! – Wzdychając, idę po schodach na górę, do pokoju dziewczynek.
Drzwi są zamknięte. Popycham je delikatnie. W środku Kate kończy właśnie słać łóżko. Kołdra jest tak wygładzona, że można by grać na niej w kapsle; poduszki strzepnięte i wyrównane. Przytulankowe zwierzaki – w tym wieku najświętsze relikwie dziecka – siedzą na parapecie w kolejności od największego do najmniejszego. Nawet buty w szafie stoją w równym rządku, a z biurka zniknęły wszelkie szpargały.
– Przepraszam. – A przecież nawet słowem nie wspomniałam, żeby u siebie posprzątała. – Chyba pomyliłam pokoje.
Kate odwraca się.
– To na wszelki wypadek, gdybym tu już nie wróciła.
Po urodzeniu pierwszego dziecka często w nocy nachodziły mnie czarne myśli. Wyobrażałam sobie najgorsze nieszczęścia, które mogły spaść na jego głowę: parzący dotyk meduzy na plaży, kuszący smak trujących leśnych jagód, złowrogi uśmiech nieznajomego człowieka, skok na głowę do płytkiej wody. Dziecko może zrobić sobie krzywdę na tyle rozmaitych sposobów, że wydaje się wprost niemożliwe, by jedna osoba mogła je ustrzec przed wszystkim. W miarę jak moje dzieci dorastały, zagrożeń wcale nie ubywało. Na miejsce starych pojawiały się nowe: wąchanie kleju, zabawa zapałkami, małe różowe pigułki sprzedawane pod blatem szkolnej ławki. Można wyliczać całą noc i do samego rana nie dotrzeć do końca tej listy, której tytuł brzmi: „Jak można stracić najbliższych”.
Teraz, kiedy wiem, jak to jest, gdy któraś pozycja z tej listy staje się rzeczywistością, wydaje mi się, że rodzice dzieci reagują na wiadomość o śmiertelnej chorobie na dwa możliwe sposoby. Albo doszczętnie się załamują, albo bez słowa skargi przyjmują ten policzek od losu i z uniesionym czołem czekają na kolejne. Jest to taka cecha, która łączy nas ze śmiertelnie chorymi pacjentami.
Kate leży w łóżku półprzytomna. Z jej piersi wyrastają liczne rurki, jak strumienie wody tryskające z fontanny. Po chemioterapii wymiotowała trzydzieści dwa razy, ma spękane usta i tak ostre popromienne zapalenie błony śluzowej, że kiedy próbuje mówić, jej głos brzmi jak u chorej na mukowiscydozę.
Odwraca do mnie głowę i chce coś powiedzieć, ale krztusi się tylko.
– Dławi mnie. – Wypluwa kłąb flegmy.
Wyjmuję z jej rączek końcówkę odsysacza, którą kurczowo ściska, i oczyszczam jej usta, język i gardło.
– Odpoczywaj, mama to zrobi – obiecuję i tym sposobem pomagam mojej córce już we wszystkim, nawet w oddychaniu.
Dział onkologiczny przypomina pole bitwy i jak w każdym wojsku tak i tutaj istnieje podział na szarże. Pacjenci to żołnierze odbywający służbę zasadniczą. Lekarze przypominają bohaterskich zdobywców; pojawiają się nagle i równie nagle znikają, a żeby przypomnieć sobie poprzednią wizytę u czyjegoś dziecka, muszą zerknąć w jego kartę chorobową. Pielęgniarki natomiast pełnią funkcję sierżantów, zaprawionych w boju weteranów pierwszej linii; to one są zawsze na miejscu, kiedy twoje chore dziecko ma tak wysoką gorączkę, że trzeba okładać je całe lodem, one pokażą, jak przeczyścić centralne wkłucie żylne, czyli cewnik, i poinformują, na którym piętrze można jeszcze podebrać z kuchni lody, to od nich można się dowiedzieć, gdzie znaleźć pralnię chemiczną, w której usuwają z ubrania plamy krwi i po preparatach do chemioterapii. Pielęgniarki wiedzą, jak nazywa się ulubiony pluszowy mors twojej córeczki i nauczą ją robić kwiatki z bibułki, które można zawiesić na stojaku do kroplówki. Lekarze snują strategie tych gier wojennych, ale to pielęgniarki pomagają zwykłym ludziom znosić codzienny trud batalii.
Z upływem czasu między nimi a rodzicami chorych dzieci zawiązuje się nić sympatii. Po fatalnej diagnozie nagle wszyscy przyjaciele zostają gdzieś z tyłu, jakby w poprzednim życiu; ich miejsce zajmują właśnie pielęgniarki z pediatrii. Wiemy o sobie dużo: na przykład córka Donny studiuje weterynarię. Ludmilla, ta z nocnej zmiany, zawsze przypina do swojego stetoskopu, jak amulety, zafoliowane widokówki z wyspy Sanibel u brzegów Florydy; zaklina w ten sposób los, bo chce tam osiąść na emeryturze. Willie, pielęgniarz, przepada za czekoladą, a jego żona spodziewa się trojaczków.
Jednej nocy, podczas chemioterapii indukcyjnej, po tylu godzinach ciągłego czuwania, że zapomniałam już, jak się zasypia, włączyłam telewizor. Mała śpi, więc oglądam bez dźwięku, żeby jej nie obudzić. Na ekranie Robin Leach oprowadza widzów po pełnej przepychu rezydencji kogoś sławnego i bogatego. Kamera prześlizguje się po bidetach platerowanych złotem, ręcznie rzeźbionych łożach z drewna tekowego, pokazuje basen w kształcie motyla. W tym domu jest garaż na dziesięć samochodów i ceglasty kort do tenisa, a po ogrodzie przechadza się jedenaście pawi. Nie mieści mi się w głowie, jak można tak mieszkać; nigdy bym nie pomyślała, że moje życie mogłoby wyglądać w ten sposób.