Takiego życia, jakie mam, też nigdy sobie nie wyobrażałam.
Nie mogę sobie nawet przypomnieć, jak czułam się kiedyś, dawno temu, kiedy słyszałam opowieści o matkach, u których wykryto raka sutka, albo o dzieciach z wrodzoną wadą serca lub inną patologią. Nie pamiętam tego osobliwego uczucia rozdarcia pomiędzy szczerym współczuciem a głęboką ulgą, że moją rodzinę los uchronił od podobnych nieszczęść. Tymczasem to my staliśmy się bohaterami takich opowieści, ludźmi, o których inni mówią z trwogą i ulgą zarazem.
Donna pochyla się nade mną i wyjmuje mi z ręki pilota. Dopóki jej nie było, nie zauważałam łez płynących mi z oczu.
– Saro – pyta pielęgniarka – pomóc ci w czymś?
Potrząsam głową, wstydząc się tej chwili słabości, wstydząc się tym bardziej, że mnie na niej przyłapano.
– Nic mi nie jest – zapieram się.
– A ja jestem Hillary Clinton – mruczy Donna. Chwyta mnie za rękę, wyciąga z fotela i wyprowadza z pokoju.
– Kate…
– … nawet nie zauważy, że nie było cię przy niej – kończy pielęgniarka.
Idziemy do malutkiej kuchni, gdzie ekspres z kawą pracuje okrągłą dobę. Donna napełnia dwa kubki.
– Przepraszam – mówię do niej.
– Za co? Że nie jesteś z kamienia?
– To nigdy nie ma końca – szepczę, a Donna kiwa głową, bo doskonale mnie rozumie. A ponieważ ja wiem, że ona rozumie, zaczynam mówić. Zwierzam się jej z wszystkich moich sekretów, a kiedy kończę, biorę głęboki wdech i uświadamiam sobie, że mówiłam bez przerwy przez godzinę. – O Boże – zrywam się – zajęłam ci tyle czasu.
– To nie był zmarnowany czas – odpowiada Donna. – A poza tym skończyłam zmianę już pół godziny temu.
Na moje policzki bije rumieniec.
– Musisz już iść. Na pewno chcesz się stąd wyrwać.
Zamiast wyjść, Donna przygarnia mnie do swojej szerokiej piersi.
– Jak my wszyscy, kochana – mówi.
Sala operacyjna w szpitalnej przychodni to małe pomieszczenie pełne lśniących srebrem przyrządów. Drzwi do niego otwierają się jak usta osoby noszącej aparat korekcyjny. Lekarze i pielęgniarki, których mała dobrze zna, tutaj kryją się za szczelnie zawiązanymi maskami i fartuchami; można ich poznać co najwyżej po oczach. Anna ciągnie mnie za połę ubrania, raz za razem, dopóki nie odwrócę się i nie klęknę przed nią.
– A gdybym teraz zmieniła zdanie? – pyta.
Kładę dłonie na jej ramionach.
– Nikt cię do niczego nie zmusi – odpowiadam – ale Kate na pewno bardzo liczy na ciebie. Tatuś i ja też.
Anna kiwa głową, wsuwając rączkę do mojej dłoni.
– Tylko nie puszczaj – prosi.
Pielęgniarka popycha ją lekko w stronę stołu operacyjnego.
– Zaraz zobaczysz, co my tu dla ciebie mamy – mówi, okrywając ją kocykiem nagrzanym na kaloryferze.
Anestezjolog przeciera maskę do narkozy wacikiem nasączonym jakimś czerwonym płynem.
– Wiesz, jak fajnie jest usnąć na truskawkowym polu? – pyta.
Zespół krząta się przy małej pacjentce, przylepiając do jej ciała czujniki, które będą śledzić oddech i pracę serca. Czynności te wykonują, dopóki mała leży na plecach, chociaż wiem, że do zabiegu przewrócą ją na bok. Szpik kostny pobiera się z kości krzyżowej.
Anestezjolog pokazuje Annie gumową harmonijkę pompki w jednym ze swoich przyrządów.
– Nadmuchasz mi ten balonik? – zagaduje, zakrywając jej maską nos i usta.
Anna do tej pory mocno trzymała moją rękę, ale w końcu jej uścisk zaczyna słabnąć. Jeszcze przez chwilę walczy z sennością. Choć całe jej ciało jest już w letargu, próbuje się na koniec jakby podnieść; widząc to, jedna pielęgniarka przytrzymuje ją za ramiona, a druga gestem mnie powstrzymuje.
– To zwyczajna reakcja na środek usypiający – wyjaśnia. – Możesz ją teraz pocałować.
Całuję więc córkę przez maskę. Dodaję też „dziękuję”, po czym wychodzę. Na korytarzu zdejmuję papierowy czepek i obuwie ochronne. Zerkam przez malutkie kwadratowe okienko. Pielęgniarki przewracają Annę na bok, a lekarz podnosi z wyjałowionej tacki niewiarygodnie długą igłę.
Wracam na górę. Poczekam razem z Kate.
Brian zagląda do pokoju Kate.
– Saro – mówi wyczerpanym głosem – Anna prosi, żebyś do niej przyszła.
Ale ja nie mogę być w dwóch miejscach naraz. Podsuwam Kate różową miskę w kształcie nerki, bo mała znów ma wymioty. Donna, stojąca obok mnie, układa ją z powrotem na poduszce.
– Teraz jestem zajęta – odpowiadam Brianowi.
– Anna prosi, żebyś do niej przyszła – powtarza Brian krótko.
Donna spogląda na niego, potem na mnie.
– Poradzimy sobie, dopóki nie wrócisz – zapewnia mnie.
Po chwili namysłu kiwam głową.
Anna leży na pediatrii, a tam nie ma izolatek z hermetycznymi drzwiami. Jej płacz słychać aż na korytarzu.
– Mamusiu – woła do mnie przez łzy – boli!
Siadam na łóżku i biorę ją w ramiona.
– Wiem, kochanie.
– Zostaniesz tutaj ze mną?
Potrząsam głową.
– Kate źle się czuje. Muszę do niej wrócić.
Anna mi się wyrywa.
– Ale ja też jestem w szpitalu – mówi. – Ja też!
Zerkam na Briana, stojącego nad nami.
– Czy ona dostaje środki przeciwbólowe?
– Tak, ale bardzo małe dawki. Pielęgniarka powiedziała, że tutaj nie przesadza się z lekami dla dzieci.
– Co za bzdura. – Wstaję z łóżka.
Anna kwili płaczliwie i łapie mnie za ubranie. – Zaraz wracam, kotku.
Zatrzymuję pierwszą napotkaną pielęgniarkę. Na onkologii znam je wszystkie; tutaj nikogo.
– Anna godzinę temu dostała tylenol – słyszę. – Wiem, że odczuwa dolegliwości…
– Roxicet. Tylenol z kodeiną. Naproxen. Jeśli lekarz jeszcze tego nie przepisał, proszę natychmiast zapytać, czy można to podać.
– Proszę wybaczyć, pani Fitzgerald – mówi obruszona pielęgniarka – ale znam się na tym, robię to codziennie i…
– Ja też robię to codziennie.
Wracam do pokoju Anny, niosąc kieliszek z dziecięcą dawką roxicetu, która albo uśmierzy jej ból, albo odurzy ją na tyle, że nie będzie już zbyt wiele czuła. Kiedy wchodzę, zastaję w pokoju Briana, zmagającego się swoimi szerokimi dłońmi z lilipucią zapinką łańcuszka, na którym wisi złote serduszko.
– Twoja siostra dostała od ciebie wielki prezent. Ty też na coś zasłużyłaś – mówi Annie ojciec.
Zgadzam się z tym. Oczywiście, że Anna zasługuje na wdzięczność po tym, jak oddała siostrze szpik kostny. Oczywiście, że należy jej się wdzięczność i uznanie. A jednak nigdy nie przyszło mi na myśl, że można wynagrodzić czyjeś cierpienie. My wszyscy od tak dawna jesteśmy z nim oswojeni.
Kiedy wchodzę, dwie pary oczu kierują się na mnie.
– Zobacz, co dostałam od taty! – woła Anna.
Wyciągam w jej stronę kieliszek ze środkiem przeciwbólowym, nędzną namiastką prezentu od mamy.
Kilka minut po dziesiątej Brian przyprowadza Annę do pokoju, w którym leży Kate. Anna idzie powoli jak staruszka, wspierając się ciężko na ręce taty. Pielęgniarki pomagają jej nałożyć maskę, fartuch, rękawiczki i obuwie ochronne. Tylko w takim stroju można wejść do izolatki onkologicznej, a i tak lekarze wykazali sporo dobrej woli, bo dzieciom w ogóle nie wolno tutaj przebywać.
Doktor Chance wskazuje na torebkę ze szpikiem kostnym, wiszącą na stojaku do kroplówki. Obracam Annę tak, żeby mogła ją zobaczyć.
– To właśnie – mówię – dostaliśmy od ciebie.
Anna wydyma wargi.
– Ohyda. Weźcie to sobie.
– Dobry pomysł – przytakuje doktor Chance. Jeden jego ruch i gęsty rubinowy szpik zaczyna sączyć się do cewnika centralnego w piersi Kate.