Układam Annę na łóżku razem z siostrą. Swobodnie mieszczą się na nim obie, ramię w ramię.
– Bolało? – pyta Kate.
– Tak jakby. – Anna wskazuje na krew płynącą plastikowymi rurkami do nacięcia w klatce piersiowej Kate.
– A to boli?
– Nie bardzo. – Kate unosi się lekko. – Wiesz co?
– No?
– Cieszę się, że to od ciebie. – Kate bierze Annę za rękę i kładzie jej dłoń na swojej piersi, tuż pod wkłuciem centralnym, niebezpiecznie blisko serca.
Dwadzieścia dwa dni po przeszczepie szpiku kostnego liczba krwinek białych w organizmie Kate zaczyna rosnąć. To dobry znak: przeszczep się przyjął. Brian upiera się, że musimy to uczcić i zaprasza mnie na obiad do restauracji. Zamawia pielęgniarkę do Kate, rezerwuje stolik w XO Cafe i nawet przywozi z domu moją czarną wyjściową sukienkę. Zapomina tylko o jednym: o czółenkach. Muszę iść w topornych szpitalnych chodakach.
W restauracji tłok, prawie wszystkie stoliki zajęte. Niemalże natychmiast zjawia się kelner podający wino. Brian zamawia cabernet sauvignon.
– Wiesz chociaż, czy to czerwone, czy białe wino? – Żyjemy razem już tyle lat, a ja chyba ani razu nie widziałam, żeby Brian pił coś innego niż piwo.
– Wiem, że jest w tym alkohol, i wiem, że mamy dziś co oblewać. – Mąż podnosi napełniony kieliszek, wznosząc toast. – Za naszą rodzinę.
Stukamy się szkłem i pijemy pomału.
– Co zamawiasz? – pytam.
– A co mam zamówić?
– Polędwicę, żebym mogła podjeść od ciebie, gdyby ktoś się pomylił i przyniósł mi solę. – Składam kartę. – Znasz wyniki ostatniej morfologii?
Brian wbija wzrok w blat stołu.
– Miałem nadzieję, że będziemy mogli uciec na chwilę od tego wszystkiego. Porozmawiać. Tak zwyczajnie.
– Lubię z tobą rozmawiać – mówię, ale kiedy spoglądam na Briana, na usta cisną mi się informacje dotyczące Kate; nic poza tym, nic na żaden nasz osobisty temat. Nie czuję potrzeby zapytania go, jak spędził dzień, bo wiem, że wziął trzy tygodnie urlopu. Tym, co nas łączy, jest choroba naszej córki.
Przy naszym stoliku zapada cisza. Rozglądając się po restauracji, zauważam, że rozmowy toczą się przeważnie tam, gdzie siedzą ludzie młodzi i modnie ubrani. Pary starsze, oznaczone obrączkami, które błyszczą w zgodnym rytmie wraz ze sztućcami podnoszonymi do ust, spożywają posiłek w milczeniu, nie przyprawiając go konwersacją. Ciekawe, czy to dlatego, że są tak dobrze zgrani, że wiedzą już, co myśli druga osoba? Czy może przychodzi w końcu taki moment, kiedy nie ma się już sobie nic do powiedzenia?
Kiedy zjawia się kelner, żeby odebrać zamówienie, oboje zwracamy się do niego z nagłym ożywieniem, wdzięczni, że oto zjawił się ktoś, kto pomoże nam zapomnieć, iż siedzimy przy tym stoliku jak para obcych sobie ludzi.
Dziecko, które zabieramy ze szpitala do domu, to zupełnie ktoś inny niż tamta dziewczynka, którą tutaj przywieźliśmy. Kate porusza się ostrożnie, powoli. Wyciąga po kolei wszystkie szuflady w szafce nocnej, sprawdzając, czy niczego nie zostawiła. Dżinsy, które przywiozłam dla niej z domu, spadają jej z bioder, tak schudła podczas pobytu w szpitalu. Robimy jej prowizoryczny pasek ze związanych bandanek.
Brian zszedł już na dół, żeby podprowadzić samochód pod wejście. Upycham w torbie ostatnią przytulankę i płytę kompaktową. Kate naciąga wełnianą czapkę na gładką, łysą głowę, a szyję obwiązuje ciasno szalikiem. Sięga po maskę i rękawiczki; po wyjściu ze szpitala to ona, nie Anna, musi nosić strój ochronny.
Wychodzimy z pokoju. Na korytarzu stoją rządkiem wszystkie pielęgniarki, cały personel, nasi dobrzy znajomi. Rozlegają się oklaski.
– Tylko więcej nas już nie odwiedzaj, dobrze? – żartuje Willie.
Wszyscy po kolei podchodzą pożegnać się z Kate. W końcu korytarz pustoszeje.
– Gotowa? – Uśmiecham się do Kate.
Mała kiwa głową, ale nawet nie drgnie, stoi jak słup soli. Wie doskonale, że kiedy postawi stopę za tym progiem, nic już nie będzie takie jak kiedyś.
– Mamo? – słyszę jej głos.
Zamykam jej dłoń w swojej.
– Pomogę ci – przyrzekam i razem, ręka w rękę, robimy pierwszy krok.
Skrzynka pocztowa pęka w szwach od rachunków przysłanych ze szpitala. Dowiedzieliśmy się, że towarzystwo ubezpieczeniowe nie będzie prowadzić rozmów ze szpitalnym działem księgowym, ale mimo to obie strony podważają ścisłość wyliczeń kosztów operacji, skutkiem czego to nas chcą obciążyć kosztami niektórych zabiegów. Mają pewnie nadzieję, że jesteśmy na tyle głupi, że położymy uszy po sobie i zapłacimy. Finansowanie leczenia Kate to pełnoetatowe zajęcie, ale niestety ani ja, ani Brian nie mamy na to czasu, nie mówiąc już o kwalifikacjach.
Przeglądam ulotkę reklamową pobliskiego sklepu spożywczego, broszurkę Amerykańskiego Związku Motorowego i ogłoszenie o długoterminowych zmianach w opłatach czynszowych. W końcu otwieram korespondencję, która przyszła z banku, gdzie trzymamy oszczędności. Zazwyczaj nie zwracam na nią uwagi; Brian sam sobie radzi z budżetem domowym, kiedy trzeba zrobić coś bardziej skomplikowanego niż podliczenie miesięcznych wydatków. Poza tym trzy konta oszczędnościowe, które mamy w tamtym banku, zostały założone z myślą o edukacji naszych dzieci. Nie jesteśmy z tych, którzy mogą sobie pozwolić na szastanie pieniędzmi na giełdzie.
Ten list jest adresowany do mojego męża.
Szanowny Panie,
Potwierdzamy podjęcie przez Pana kwoty 8369,56 dolarów z konta nr 323456 założonego przez Briana D. Fitzgeralda na rzecz córki Katherine S. Fitzgerald. Podjęcie powyższej kwoty ostatecznie zamyka rachunek.
Nawet bankom zdarzają się pomyłki, ale to już jest poważna sprawa.
Prawda, że na rachunku bieżącym w tym miesiącu pozostały nam grosze, ale ja nigdy dotąd nie zgubiłam ośmiu tysięcy dolarów. Wychodzę na podwórko do Briana, który właśnie zwija dodatkowy wąż ogrodniczy.
– Albo coś pochrzanili z naszym kontem oszczędnościowym – wręczam mu list z banku – albo w końcu się wydało, że masz drugą żonę na utrzymaniu.
Brian bierze kartkę z mojej ręki i czyta. O jedną chwilę za długo. Już wiem, że to nie jest żadna pomyłka. Mój mąż ociera czoło wierzchem zaciśniętej pięści.
– Wycofałem pieniądze z konta – mówi.
– I nic mi nie powiedziałeś? – Nie mieści mi się w głowie, że Brian mógł zrobić coś takiego. W przeszłości zdarzało się, że podbieraliśmy jakieś sumy z kont naszych dzieci, ale robiliśmy to tylko dlatego, że trafił nam się trudny miesiąc i nie starczyło i na jedzenie, i na hipotekę albo trzeba było wpłacić zaliczkę na nowy samochód, bo stary w końcu odmówił posłuszeństwa. W nocy nie mogliśmy spać, dręczeni wyrzutami sumienia ciężkimi jak dodatkowa kołdra, obiecując sobie zrobić wszystko, co w ludzkiej mocy, żeby jak najszybciej te pieniądze wróciły na konto.
– Mówiłem ci, że koledzy z pracy próbowali mi pomóc – tłumaczy się Brian. – Zebrali dziesięć tysięcy dolarów. Po dołożeniu tej sumy z konta Kate szpital zgodził się opracować dla nas jakiś plan ratalnej spłaty należności.
– Ale mówiłeś…
– Wiem, co mówiłem.
Potrząsam głową, nie mogąc dojść do siebie.
– Okłamałeś mnie?
– Nie myśl tak…
– Przecież Zanne…
– Nie chcę, żeby twoja siostra płaciła za Kate – ucina Brian. – To jest mój obowiązek. – Wąż opada na ziemię, krztusząc się i siejąc dookoła kropelkami wody. – Saro, Kate nie dożyje studiów, za które mieliśmy zapłacić z tych oszczędności.
Słońce świeci bardzo mocno. Nieopodal szumi zraszacz trawy, rozpylając wodną mgiełkę, w której tworzą się tęcze. Ten dzień jest zbyt piękny, żeby słyszeć takie słowa. Odwracam się na pięcie i wracam biegiem do domu. Zamykam się w łazience.