Выбрать главу

Po chwili słyszę stukanie do drzwi.

– Saro – mówi Brian. – Saro, przepraszam.

Udaję, że go nie słyszę. Udaję, że nie słyszałam tego, co przed chwilą powiedział. Ani jednego słowa.

W domu wszyscy nosimy maski, żeby Kate mogła chodzić bez niej. Kiedy szczotkuje zęby albo sypie płatki do miski, pilnie obserwuję jej paznokcie. Gdy znikną ciemne paski, znak przebytej chemioterapii, okaże się, że przeszczepiony szpik kostny działa jak należy. Dwa razy dziennie robię Kate zastrzyki w udo. Podaję jej czynnik wzrostu, konieczny, dopóki liczba krwinek białych w milimetrze sześciennym nie przewyższy tysiąca; kiedy to nastąpi, komórki szpikowe zaczną się już same namnażać.

Kate na razie nie może wrócić do szkoły, toteż sami przerabiamy z nią materiał. Raz lub dwa razy wybrała się ze mną po Annę do przedszkola, ale za nic w świecie nie chciała wyjść z samochodu. Nie robi problemów, kiedy trzeba pojechać do szpitala na rutynowe badania krwi, ale kiedy w drodze do domu proponuję jej mały wypad do wypożyczalni wideo albo na ciastka, wykręca się, jak może.

Pewnego sobotniego ranka zastaję drzwi do pokoju dziewczynek uchylone. Pukam delikatnie.

– A może wybierzemy się na zakupy? – proponuję.

Kate wzrusza ramionami.

– Nie teraz.

Opieram się ramieniem o framugę.

– Dobrze ci zrobi, jeśli wyjdziesz z domu.

– Nie chcę wychodzić. – Kate wkłada rękę do tylnej kieszeni spodni, przedtem jednak przesuwa dłonią po głowie. Jestem pewna, że robi to bezwiednie.

– Kate… – zaczynam.

– Nie mów mi tego. Nie chcę słyszeć, że nikt nie będzie się na mnie gapił, bo właśnie że będą się gapić. Nie chcę słyszeć, że to wszystko jedno, czy się gapią, czy nie, bo to wcale nie jest wszystko jedno. I nie chcę słyszeć, że wyglądam dobrze, bo to kłamstwo. – Jej pozbawione rzęs oczy napełniają się łzami. – Jestem dziwolągiem, mamo. Spójrz tylko na mnie.

Patrzę. Patrzę na kropeczki pozostałe w miejscu brwi, na przedłużone w nieskończoność czoło, na maleńkie dołeczki i guzki zwykle niewidoczne spod włosów.

– No cóż – mówię spokojnie. – Poradzimy sobie i z tym.

Bez słowa wychodzę z pokoju. Wiem, że Kate pójdzie za mną. Mijam Annę, która odkłada książeczkę do kolorowania i rusza w ślad za siostrą. Schodzę do piwnicy i ze starego pudła wyjmuję wiekową elektryczną maszynkę do włosów, którą znaleźliśmy tutaj po przeprowadzce. Włączam wtyczkę do kontaktu i jednym ruchem wycinam szeroki pas przez sam środek głowy.

– Mamo! – słyszę zdumiony głos Kate.

– Co? – Falujący brązowy lok opada na ramię Anny, która zbiera go delikatnie palcami. – To przecież tylko włosy.

Kolejne cięcie. Na ustach Kate wykwita uśmiech. Sama wskazuje miejsca, które ominęłam, gdzie mała kępka włosów wyrasta jak zagajnik na środku łąki. Przysiadłszy na odwróconej skrzynce na mleko, oddaję Kate maszynkę i pozwalam jej dokończyć strzyżenia. Anna wspina się na moje kolana.

– Potem ja – prosi.

Godzinę później wkraczamy do centrum handlowego, trzy łyse dziewczyny trzymające się za ręce. Spędzamy tam kilka godzin. Gdzie tylko się pokażemy, ludzie oglądają się za nami, szepczą. Jesteśmy piękne. Potrójnie piękne.

WEEKEND

Gdzie się pali, tam i dymić się musi.

John Heywood, „Przysłowia”

JESSE

Nie mówcie mi, że nigdy nie przejechaliście wieczorem, po godzinach pracy, obok buldożera albo wywrotki stojącej na poboczu autostrady i nie zastanowiliście się chociaż przez chwilę, jak to się dzieje, że robotnicy drogowi zostawiają sprzęt w takich miejscach, gdzie każdy – czyli ja – może go zwinąć. Pierwszy raz podprowadziłem ciężarówkę już wiele lat temu: zakradłem się do kabiny betoniarki stojącej na wzniesieniu, wrzuciłem biegi na luz, a potem patrzyłem, jak wóz stacza się prosto na przyczepę, gdzie mieściło się biuro firmy budowlanej. Dziś, jakieś półtora kilometra od mojego domu, tuż przy autostradzie 1 – 195, stoi zaparkowana wywrotka. Wygląda jak mały słonik śpiący obok stosu metalowych barierek. Nie jest to bryka moich marzeń, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Wszedłem w konflikt z prawem i musiałem oddać ojcu kluczyki do samochodu; zabrał go do jednostki i postawił na służbowym parkingu.

Wywrotką jedzie się zupełnie inaczej niż moim wozem. W ogóle nie ma porównania. Pierwsza rzecz: zajmuje całą drogę – poważnie. Dwa: prowadzi się jak czołg, a przynajmniej ja mam takie wyobrażenie o prowadzeniu czołgu. Chętnie bym się przejechał prawdziwym czołgiem, gdyby nie trzeba było w tym celu iść w kamasze, pomiędzy tych skretyniałych idiotów, co im we łbie tylko szarża, żeby móc pomiatać innymi. Po trzecie, i to jest najmniej fajna rzecz w tym wszystkim, widać ją z daleka. Po dotarciu na miejsce, czyli do tunelu, gdzie mieszka Duracell Dan, zastaję go skulonego za beczkami. Wlazł tam ze strachu, gdy zobaczył, jak nadjeżdżam.

– Hej! – wołam do niego, wyskakując z kabiny. – To tylko ja.

Dan nie od razu daje się przekonać. Zerka przez palce, którymi zakrył twarz, upewniając się, czy aby na pewno go nie oszukuję.

– Fajny mam wózek? – pytam.

Dan wstaje ostrożnie i dotyka zabłoconej burty wywrotki. Dopiero wtedy wybucha śmiechem.

– Twój jeep się nieźle napakował, chłopaku.

Zabieram to, co mi potrzebne i ładuję na tył kabiny. Fajnie by było podjechać taką wielką ciężarówą pod jakieś okno, wrzucić do środka kilka butelek mojego koktajlu i wyrwać do przodu, zostawiając za sobą ścianę ognia. Zerkam na Dana, stojącego pod oknem od strony kierowcy. Koleś wypisuje na zakurzonych drzwiach słowo „Brudas”.

– Stary… – zaczepiam go i zupełnie bez powodu, a może właśnie dlatego, że nigdy wcześniej tego nie robiłem, proponuję mu, żeby wybrał się ze mną.

– Powaga? – pyta Dan.

– Jasne. Jedna rzecz: nikomu ani słowa o tym, co widziałeś.

Dan wykonuje gest zamykania ust na klucz. Pięć minut później jesteśmy już w drodze. Jedziemy do starej szopy, która kiedyś służyła jako hangar dla łodzi studenckiego koła wioślarskiego. Podczas jazdy Dan zabawia się przełącznikami, podnosząc i opuszczając platformę wywrotki. Powtarzam sobie, że zabrałem go po to, by zabawa miała odrobinę pieprzu; świadek i publiczność w jednej osobie nada akcji zupełnie nowy wymiar. Ale prawda jest inna – w taką noc jak ta chce się mieć kogoś przy sobie, żeby pamiętać, że nie jest się samym na tym wielkim świecie.

Kiedy miałem jedenaście lat, dostałem od rodziców deskorolkę. Wcale o nią nie prosiłem; to był prezent od dokuczającego rodzicielskiego sumienia. Dostałem w życiu sporo takich dużych prezentów – zwykle wtedy, gdy Kate miała gorszy okres. Kiedy tylko szła do szpitala na jakiś zabieg, rodzice wręcz zasypywali ją fantami. Anna, ponieważ brała w tym udział, też dostawała różne rzeczy, a mniej więcej po tygodniu staruszków ruszało sumienie i kupowali mi jakąś zabawkę, żebym nie czuł się pokrzywdzony.

W sumie to jest zupełnie nieważne, bo ta moja deskorolka była na maksa czadowa. Na spodniej stronie miała wymalowaną czaszkę, która świeciła w ciemności. Zęby tej czaszki ociekały zieloną krwią. Kółka były jasnożółte, fluorescencyjne, a wierzch, pokryty specjalną szorstką okleiną, przy potarciu gumową podeszwa trampka wydawał taki odgłos, jakby wokalista kapeli metalowej odchrząknął prosto do mikrofonu. Szalałem na tej desce po podwórku, ćwicząc jazdę na tylnych kółkach, kickflipy i różne ollie. Nie wolno mi było tylko wyjeżdżać na ulicę, bo samochód zawsze pojawia się jak znikąd, a dziecko na jezdni bardzo łatwo potrącić.