Выбрать главу

Nie muszę chyba mówić, jak jedenastoletni przyszły przestępca traktuje domowe zakazy i nakazy. Nie minął tydzień, a już prędzej zjechałbym po brzytwie do wanny pełnej spirytusu, niż pokazał się na chodniku, po którym jeżdżą siusiumajtki na rowerkach.

Błagałem ojca, żebyśmy pojechali na parking przy hipermarkecie albo na szkolne boisko do kosza, wszystko jedno dokąd, byleby można tam było trochę pojeździć. Miałem obiecane, że w piątek, kiedy mama przywiezie Kate z rutynowego zabiegu aspiracji szpiku, wszyscy wybierzemy się do szkoły, na boisko. Ja wezmę moją deskę, Anna rower, a Kate, jeśli starczy jej siły, pojeździ sobie na rolkach.

Czekałem na to przez cały tydzień. Naoliwiłem kółka i wypolerowałem spód deski. Ćwiczyłem akrobacje na mojej podwórkowej rampie, którą zbudowałem ze starej płyty wiórowej i grubej belki. Kiedy tylko na podjeździe ukazał się nasz samochód, wybiegłem na werandę, żeby nie tracić czasu.

Jak się okazało, mama też bardzo się śpieszyła. Drzwi samochodu otworzyły się i ujrzałem moją siostrę zalaną krwią.

– Zawołaj tatę – poleciła mama, ocierając twarz Kate chusteczkami.

To nie był jej pierwszy krwotok z nosa, a poza tym mama nieraz mi powtarzała, kiedy panikowałem na ten widok, że taki krwotok zawsze jest mniej poważny, niż wygląda. Pobiegłem po ojca. Razem z mamą zanieśli Kate do łazienki, starając się powstrzymać ją od płaczu, bo to tylko pogarszało całą sprawę.

– Tato – zapytałem – kiedy pojedziemy na boisko?

Ojciec nie odpowiedział, bo właśnie składał papier toaletowy na czworo i przykładał go Kate do nosa.

– Tato – powtórzyłem.

Ojciec spojrzał na mnie, ale znów nic nie odrzekł. Oczy miał mętne i patrzył przeze mnie, jakbym był niewidzialny.

To był pierwszy raz, kiedy pomyślałem, że może faktycznie tak jest.

Ogień ma to do siebie, że jest podstępny: skrada się, parzy, a potem ogląda się przez ramię, skrzecząc ze śmiechu. I żebyście, kurwa, wiedzieli, że ogień to piękna rzecz. Jak promienie zachodzącego słońca, palące wszystko na swojej drodze. Dziś po raz pierwszy mam publiczność, która podziwia moje dzieło. Dan, stojący za mną, chrząka lekko. Bez wątpienia czuje respekt. Ale gdy odwracam się do niego, pękając z dumy, widzę, że chowa twarz w szerokim kołnierzu swojej kurtki z demobilu, a policzki zalane ma łzami.

– Dan, chłopie, co ci? – Facet to świr, ale bądź co bądź znajomy. Kładę mu rękę na ramieniu, ale on wzdryga się cały, jakby spadł mu tam skorpion. – Boisz się ognia, Danny? Wyluzuj. Jesteśmy daleko. Tutaj nic nam nie grozi. – Uśmiecham się do niego najmilej, jak potrafię. Muszę go jakoś uspokoić. A jeśli zacznie się drzeć i ściągnie mi tu jakiś zabłąkany patrol?

– Szopa – jęczy Dan.

– No, szopa. Nikt nie będzie po niej płakał.

– Szczur tam mieszka.

– Mieszkał. – Uśmiecham się.

– Ale ten…

– Zwierzęta potrafią uciec przed ogniem, mówię ci. Szczurowi nic nie będzie. Wrzuć na luz, stary.

– A gazety? On ma tam numer z zamachem na prezydenta Kennedy’ego…

Nagle oświeca mnie, że ten jego szczur to nie jakiś tam gryzoń, tylko drugi bezdomny, który nocuje w tej szopie i trzyma w niej swoje śmieci.

– Dan – pytam go – chcesz mi powiedzieć, że tam ktoś mieszka?

Dan wpatruje się w płomienie szalejące w kulminacyjnym momencie.

– Mieszkał – powtarza moje słowa.

Miałem więc, jak już mówiłem, jedenaście lat. Do dziś dnia nie mogę sobie przypomnieć, w jaki sposób zawędrowałem z Upper Darby aż do samego śródmieścia Providence. Pewnie błąkałem się po ulicach przez kilka godzin, a może uwierzyłem, że skoro jestem teraz niewidzialny jak jakiś superbohater, to może też potrafię się teleportować z miejsca na miejsce w mgnieniu oka.

Chcąc wypróbować moją nową zasłonę niewidzialności, przeszedłem przez całą dzielnicę handlową. Miałem rację – ludzie mijali mnie jak powietrze, z oczami wbitymi w chodnik albo utkwionymi gdzieś w oddali. Biurowe zombi. W jednym z budynków wzdłuż chodnika ciągnęła się długa ściana lustrzanych szyb; przeszedłem obok niej, wykrzywiając się na wszelkie możliwe sposoby, ale nikt z ludzkiej masy kłębiącej się dookoła nawet jednym słowem nie zwrócił mi uwagi.

Moja wędrówka skończyła się tego dnia na środku skrzyżowania, pod samymi światłami. Stałem tam, wśród skowytu klaksonów; pamiętam jakiś samochód odbijający ostro w lewo i dwóch policjantów pędzących mi na ratunek. Pamiętam komisariat i ojca, który przyjechał po mnie. Zapytał tylko o jedną rzecz: co ja sobie, do cholery, wyobrażam.

Niczego sobie nie wyobrażałem. Szukałem tylko miejsca, w którym ktoś by mnie zauważył.

Przede wszystkim zdejmuję koszulę. Na skraju drogi jest kałuża. Moczę w niej materiał i owijam nim twarz i całą głowę. Widać już dym, wściekle skłębione czarne chmury. Z daleka dobiega wycie syren. Trudno. Obiecałem coś Danowi.

Pierwsze mocne wrażenie to żar, ściana gorąca, o wiele twardsza, niżby się mogło z pozoru wydawać. Wśród kłębów dymu wybija się szkielet konstrukcji hangaru, niczym płomiennie pomarańczowe zdjęcie rentgenowskie. Wewnątrz nie widzę nawet tego, co mam przed samym nosem.

– Szczur! – krzyczę na cały głos. Dym momentalnie wdziera mi się do gardła, które zaczyna drapać.niemiłosiernie. Teraz mogę już tylko skrzeczeć. – Szczur!

Nikt nie odpowiada. Ale przecież ta szopa nie jest duża. Opadam na kolana i zaczynam obmacywać podłogę.

Tylko jeden raz wpadam w poważniejsze kłopoty – przez przypadek kładę rękę na jakimś metalowym przedmiocie, teraz rozpalonym do czerwoności. Skóra w jednej chwili przywiera do niego, złazi z ręki. Z mojej piersi wyrywa się szloch; jestem pewien, że zostanę tu już na zawsze. Nagle potykam się o nogę człowieka leżącego na podłodze. Łapię Szczura za ubranie, zarzucam go sobie na ramię i uciekam, zataczając się, tą samą drogą, którą tu przyszedłem.

Bóg chyba miał dziś dobry humor i chciał zrobić nam kawał, bo jakimś cudem wydostajemy się na zewnątrz. Wozy strażackie już podjeżdżają, pompy pracują. Może jest tu nawet mój ojciec. Trzymając się osłony, którą daje dym, rzucam Szczura na ziemię i uciekam w przeciwnym kierunku. Resztę roboty pozostawiam prawdziwym bohaterom, takim z powołania.

ANNA

Czy ciekawiło was kiedyś, skąd się tutaj wzięliśmy? Mam na myśli nasz świat. Historyjkę o Adamie i Ewie można sobie odpuścić, bo to kupa bzdetów. Mojemu tacie podobają się mity Paunisów, którzy opowiadają, że na początku ziemię zamieszkiwały gwiezdne bóstwa. Gwiazda Wieczorna zaczęła kręcić z Gwiazdą Poranną i stąd wzięła się pierwsza dziewczyna. Pierwszy chłopak był synem Słońca i Księżyca. Ludzie pojawili się na świecie przygnani potężnym tornadem.

Pan Hume, nasz nauczyciel biologii, opowiadał nam o tak zwanym bulionie pierwotnym, błotnistej brei gęstej od węgla i bulgoczącej od prostych gazów. Podobno z tej packi jakimś cudem powstały organizmy jednokomórkowe, które nazwano wiciowcami kołnierzykowymi, ale na moje ucho ta nazwa jest bardziej odpowiednia dla zarazków przenoszonych drogą płciową niż dla pierwszego szczebla w drabinie ewolucyjnej. Ale mniejsza o nazwę; i tak od ameby do małpy, a od małpy do człowieka myślącego jest sto lat świetlnych.

Naprawdę niesamowite w tym wszystkim jest to, że obojętne, w co człowiek wierzy, to jednak każdy musi przyznać, że to nie byle co przeprowadzić życie od punktu, w którym nie było nic, do punktu, gdzie odpowiednie neurony iskrzą w mózgu, umożliwiając podejmowanie decyzji.

A jeszcze bardziej niesamowite jest to, że chociaż robimy to automatycznie, to i tak bez żadnego wysiłku potrafimy wszystko pochrzanić.