Jest sobotni poranek. Siedzę z mamą w szpitalu u Kate. Wszystkie trzy udajemy, że nie ma żadnego procesu i że za dwa dni nie będzie rozpatrzenia sprawy. Komuś mogłoby się wydawać, że takie udawanie to niełatwa sprawa, ale w tej sytuacji można zrobić tylko to albo tę drugą rzecz, która jest znacznie trudniejsza. W naszej rodzinie każdy opanował do perfekcji sztukę zatajania prawdy przed samym sobą; jeśli o czymś nie rozmawiamy, to raz dwa trzy i problem znika. Nie ma procesu, nie ma chorych nerek, nie ma się czym martwić.
Oglądam odcinek serialu „Happy Days”. Dochodzę do wniosku, że ta rodzinka, Cunninghamowie, jest do nas bardzo podobna. Przejmują się tylko tym, czy kapela Richiego dostanie angaż w restauracji Ala albo czy Fonzie wygra turniej całowania. A przecież nawet ja wiem, że w latach pięćdziesiątych dzieciaki przechodziły w szkołach ćwiczenia obrony przeciwlotniczej, więc Joanie powinna się martwić właśnie czymś takim. Marion zapewne łykała valium, a Howard wyłaził ze skóry, bo bał się, że komuniści napadną na Amerykę. Może jeśli człowiek przez całe życie udaje, że gra w filmie, to nie musi zdawać sobie sprawy, że ściany są z papieru, jedzenie z plastiku, a słowa w jego ustach wymyślił ktoś inny.
Kate rozwiązuje krzyżówkę.
– Pojemnik, na cztery litery? – pyta nas.
Dziś jest dobry dzień. Dobry w takim sensie, że Kate ma siłę, by nawrzeszczeć na mnie, że pożyczyłam sobie dwie jej płyty bez pytania (bez przesady, była praktycznie w stanie śpiączki, jak miałam zapytać?), no a teraz na tę krzyżówkę.
– Pudło – podpowiadam jej. – Skrzynia.
– Mają być cztery litery, słyszałaś.
– Beka – odzywa się mama. – Może chodzi im o pojemnik na płyny.
– Cewnik – mówi doktor Chance, wchodząc do pokoju.
– Ale to ma sześć liter – odpowiada mu Kate.
Dodam, że tonem o niebo milszym niż ten, którym zwróciła się do mnie.
Wszyscy lubimy doktora Chance’a. Przez te wszystkie lata stał się jakby szóstym członkiem naszej rodziny.
– Ile w skali, Kate? – Chodzi mu o skalę bólu. – Pięć?
– Trzy.
Doktor Chance siada na brzegu łóżka.
– Za godzinę może być pięć – ostrzega. – Albo dziewięć.
Twarz mamy nabiera koloru świeżego bakłażana.
– Przecież Kate czuje się świetnie! – rozlega się jej dziarski okrzyk.
– Wiem. Jednak takie przebłyski świadomości jak ten będą się zdarzać coraz rzadziej i będą coraz krótsze – mówi doktor Chance. – To już nie jest białaczka promielocytowa. To końcowe stadium niewydolności nerek.
– Ale po przeszczepie… – zaczyna mama.
Mogłabym przysiąc, że powietrze w pokoju robi się nagle gęste jak gąbka. Zapada taka cisza, że można by usłyszeć trzepot skrzydełek kolibra. Oddałabym wszystko, żeby rozpłynąć się w powietrzu jak mgła; oddałabym wszystko, żeby to wszystko nie była moja wina.
Tylko doktor Chance ma dość odwagi, żeby spojrzeć na mnie.
– Z tego, co wiem, Saro, przeszczep stoi pod znakiem zapytania.
– Ale…
– Mamo – przerywa jej Kate i zwraca się wprost do doktora Chance’a: – Ile czasu zostało?
– Tydzień. Może.
– Aha – szepcze Kate. – Aha. – Przesuwa palcami po stronie gazety, po jej ostrej krawędzi, zatrzymując kciuk na rogu kartki. – Będzie bolało?
– Nie – odpowiada doktor Chance. – Obiecuję.
Kate odkłada gazetę i dotyka jego dłoni.
– Dziękuję, że powiedział mi pan prawdę.
Doktor podnosi na nią zaczerwienione oczy.
– Nie dziękuj mi.
Wstaje, ale z takim wysiłkiem, jakby miał nogi z kamienia, i wychodzi bez słowa.
Mama zapada się w sobie. Nie znajduję innych słów, żeby opisać to, co widzę. Tak samo wygląda kartka papieru wrzucona głęboko do kominka; zamiast się palić, po prostu znika.
Kate spogląda na mnie, a potem przenosi wzrok na te wszystkie rurki, którymi jest przykuta do łóżka. A ja wstaję, podchodzę do mamy i kładę jej rękę na ramieniu.
– Mamo – proszę. – Przestań.
Mama podnosi głowę. W jej oczach widać udrękę i zmęczenie.
– Nie, Anno. To ty przestań.
Zanim się otrząsnę, mija kilka chwil.
– Anna – mamroczę pod nosem.
Mama odwraca głowę.
– Co?
– Pojemnik, na cztery litery – odpowiadam i wychodzę z pokoju, w którym leży Kate.
Jest sobota po południu. Kręcę się w obrotowym fotelu taty, który stoi w jego gabinecie w remizie. Naprzeciwko mnie, po drugiej stronie biurka, siedzi Julia. Na blacie leży kilka naszych zdjęć rodzinnych. Na jednym jest mała Kate w dzierganej czapeczce, która wygląda jak truskawka. Na drugim ja i Jesse trzymamy na rękach złowioną doradę błękitną; na naszych twarzach szerokie uśmiechy, ryba też szczerzy zęby. Kiedyś zastanawiałam się, kim są ludzie na zdjęciach, które wkłada się w sklepach do ramek na wystawie, te kobiety z gładkimi falami brązowych włosów i uśmiechami przyklejonymi do warg albo niemowlaki z głowami jak grejpfruty, siedzące na kolanach u starszego rodzeństwa; ludzie, którzy w rzeczywistości zapewne poznali się dopiero w studiu, gdzie przed obiektywem mieli udawać rodzinę.
A może to rzeczywistość jest taka jak te zdjęcia?
Biorę do ręki fotografię rodziców. Oboje są opaleni i wyglądają tak młodo jak nigdy.
– Masz chłopaka? – pytam Julię.
– Nie! – odpowiada natychmiast, o wiele za szybko. Podnoszę na nią wzrok, a ona tylko wzrusza ramionami. – A ty?
– Jest taki jeden, nazywa się Kyle McFee. Myślałam, że mi się podoba, ale teraz już sama nie wiem. – Zaczynam rozkręcać wieczne pióro leżące na biurku. Wyciągam cienką rureczkę z niebieskim atramentem. Fajnie by było mieć coś takiego w sobie, jak kałamarnica; wystarczy dotknąć czegoś palcem, żeby zostawić ślad swojej obecności.
– Co z nim? – pyta Julia.
– Zaprosił mnie na taką niby – randkę. Byliśmy w kinie. Kiedy film się skończył, a my wstaliśmy, to on miał… – Robię się czerwona. – No, wiesz… – Macham ręką gdzieś mniej więcej w okolicy bioder.
– Aha – mówi Julia.
– Zapytał, czy chodzę na ZPT. No nie, ZPT, kto na to chodzi, myślę i nagle bęc! Łapię się na tym, że wpatruję się właśnie tam. – Pióro, któremu ukręciłam głowę, odkładam z powrotem na biurko. – Kiedy spotykam go na ulicy, nie mogę myśleć o niczym innym. – Spoglądam na Julię i nagle nachodzi mnie myśl. – Czy ja jestem zboczona?
– Nie, jesteś dorastającą nastolatką. Masz trzynaście lat i coś ci powiem: Kyle ma tyle samo. On nie mógł powstrzymać tego, co się z nim stało, tak samo jak ty nie możesz powstrzymać się od myślenia o tym, kiedy go widzisz. Mój brat Anthony mawiał, że są tylko dwie pory dnia, kiedy facet może się podniecić: kiedy jest jasno i kiedy jest ciemno.
– Twój brat rozmawiał z tobą o takich rzeczach?
Julia śmieje się.
– No chyba. Jesse unika tych tematów?
Parskam lekceważąco.
– Gdybym go kiedyś zapytała o seks, najpierw zacząłby rechotać, aż dostałby czkawki, a potem wręczyłby mi swoje stare „Playboye” jako materiał do samodzielnych badań w tej dziedzinie.
– A rodzice?
– Nigdy w życiu. Tata odpada, bo jest moim tatą. Mama ma za dużo na głowie. A Kate? Kate jedzie na tym samym wózku bez kierownicy co ja.
– Czy było kiedyś tak, że tobie i twojej siostrze podobał się ten sam facet? – pytam.
– Prawdę mówiąc, mamy odmienny gust.
– A jaki ty masz gust? Jaki chłopak by ci się podobał?
Julia namyśla się przez chwilę.
– Nie wiem. Wysoki. Brunet. Szeroka klata.
– Podoba ci się Campbell?
Julia niemal spada z krzesła.
– Co?
– No wiesz, jak na faceta w… hmm, dojrzałym wieku.