Выбрать главу

– Potrafię zrozumieć, że pewne kobiety… mogą w nim coś widzieć – odpowiada Julia.

– Campbell jest podobny do jednego kolesia z telenoweli, którą ogląda Kate. – Przeciągam kciukiem wzdłuż wyżłobienia w drewnianym blacie. – Dziwnie pomyśleć, że kiedyś dorosnę i doczekam wieku, kiedy będę mogła się całować i wyjść za mąż.

A Kate nie doczeka.

Julia pochyla się ku mnie.

– Co będzie, kiedy twoja siostra umrze?

Na jednym ze zdjęć leżących na biurku widać mnie i Kate. Jesteśmy bardzo małe, może pięć i dwa lata. Zdjęcie pochodzi jeszcze sprzed jej pierwszego nawrotu, ale włosy zdążyły jej już odrosnąć po chemioterapii. Stoimy na skraju plaży, mamy na sobie identyczne kostiumy i gramy w łapki. Gdyby złożyć to zdjęcie na pół, można by pomyśleć, że to jedna dziewczynka odbita w lustrze: Kate jest niska, a ja wysoka jak na swój wiek; jej włosy są innego koloru, ale mają taki sam naturalny przedziałek i podkręcają się na końcach. Stoimy tak naprzeciwko siebie, klaszcząc dłońmi o dłonie. Aż do tej chwili nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo jesteśmy jednakowe.

Kilka minut przed dwudziestą drugą w centrali remizy dzwoni telefon. Ku mojemu zdziwieniu dyżurny wywołuje przez interkom moje nazwisko. Odbieram z aparatu w kuchni, którą wieczorem wysprzątano i zamieciono.

– Halo?

– Cześć, Aniu. – W słuchawce rozlega się głos mamy.

Pierwsza, odruchowa myśclass="underline" coś się dzieje z Kate. O czym innym mogłybyśmy rozmawiać w takim momencie, w takiej atmosferze, jaka została po tej porannej sytuacji w szpitalu?

– Wszystko w porządku? – pytam.

– Kate śpi.

– To dobrze – odpowiadam, ale natychmiast ogarniają mnie wątpliwości, czy to naprawdę taki zdrowy objaw.

– Dzwonię, żeby powiedzieć ci dwie rzeczy. Po pierwsze: przepraszam za tę scenę dziś rano.

Cała płonę z wielkiego wstydu.

– Ja też cię przepraszam.

W tym momencie przypominam sobie, jak kiedyś mama przychodziła powiedzieć nam dobranoc. Najpierw szła do Kate i całowała ją, mówiąc: „Dobranoc, Anno”. Potem podchodziła do mojego łóżka, pytając, gdzie jest Kate, bo chciała ją przytulić. Za każdym razem bawiło nas to do łez. Mama gasiła światło i wychodziła, zostawiając po sobie zapach płynu do ciała, dzięki któremu jej skóra zawsze była mięciutka jak wewnętrzna strona flanelowej poszwy na poduszkę.

– Po drugie – mówi mama – chciałam powiedzieć ci „dobranoc”.

– I tylko dlatego dzwonisz?

– To za mało? – W głosie mamy słychać uśmiech.

– Nie – kłamię. Bo to faktycznie za mało.

Nie mogę zasnąć. Wstaję i cicho wychodzę z pokoju, po drodze mijając chrapiącego tatę. Z męskiej ubikacji podkradam Księgę Rekordów Guinnessa i wychodzę z nią na dach. Kładę się tam i czytam przy świetle księżyca. Rekord przeżytego upadku z wysokości należy do osiemnastomiesięcznego chłopczyka imieniem Alejandro, który wypadł z okna mieszkania swoich rodziców, znajdującego się na wysokości dziewiętnastu metrów sześćdziesięciu siedmiu centymetrów; zdarzyło się to w Hiszpanii, w mieście Murcja. Roy Sullivan, Amerykanin ze stanu Wirginia, przeżył siedem porażeń piorunem, a potem popełnił samobójstwo, kiedy rzuciła go kochanka. Na Tajwanie, osiemdziesiąt dni po trzęsieniu ziemi, które zabiło około dwóch tysięcy ludzi, w gruzach odnaleziono żywego kota. Czytam raz za razem tę rubrykę, która nosi tytuł „Ci, którzy uszli z życiem”. W myślach dodaję kolejne rekordy. Najdłuższe życie chorej na ostrą białaczką promielocytową. Najszczęśliwsza, najradośniejsza siostra na świecie.

W końcu odkładam książkę i wpatruję się w niebo, szukając Wegi. W tym momencie odnajduje mnie tata.

– Mało dziś widać, co? – zagaduje, siadając obok.

Noc jest pochmurna, nawet księżyc wygląda jak oklejony watą.

– Mało – przyznaję. – Wszystko takie niewyraźne.

– Chcesz zerknąć przez teleskop? – Tata majstruje przez chwilę pokrętłem ostrości, ale po chwili się rozmyśla. Dziś nie jest czas na takie rzeczy. Nagle wraca do mnie wspomnienie: miałam mniej więcej siedem lat i jechałam z tatą samochodem. Zapytałam go, skąd dorośli wiedzą, jak trafić w różne miejsca. Ciekawiło mnie to, bo nigdy nie widziałam, żeby korzystał z mapy.

– To chyba jest tak, że pamiętamy, gdzie trzeba skręcić – odpowiedział, ale mnie to nie wystarczyło.

– A kiedy jedziesz dokądś po raz pierwszy?

– Wtedy pytam o drogę.

Ja jednak chciałam wiedzieć, kto po raz pierwszy zapytał o drogę. No bo jeśli jedzie się w miejsce, gdzie nikt jeszcze nie był?

– Tato – pytam – czy to prawda, że gwiazdami można się kierować tak jak mapą?

– Tak, ale trzeba się znać na astronawigacji.

– To trudne do nauczenia? – Przyszło mi do głowy, że to może się przydać. Jako koło ratunkowe w sytuacjach, kiedy wydaje mi się, że krążę bez celu po własnych śladach.

– Jest w tym sporo zawiłej matematyki. Najpierw mierzy się wysokość gwiazdy. Potem w almanachu nautycznym sprawdza się jej położenie. Następnie na podstawie własnych obserwacji trzeba określić przypuszczalną wysokość tej gwiazdy i kierunek, w którym powinna się znajdować. Porównuje się wysokość uzyskaną z pomiaru z tą obliczoną na podstawie obserwacji i nanosi się to na mapę, kreśląc linię pozycyjną. Kierunek, w którym należy podążać, leży na przecięciu takich linii. – Tata uśmiecha się, patrząc na mnie. – Jedna rada. – Śmieje się już na głos. – Nie wychodź z domu bez GPS – u.

Ale ja już widzę, że to wcale nie jest aż takie trudne. Dałabym sobie radę. Trzeba tylko iść tam, gdzie przecinają się te wszystkie linie, i nie tracić nadziei, że wszystko będzie dobrze.

Gdybym chciała kiedyś założyć nową sektę – nazwijmy ją kościołem annaistycznym – to nauka o powstaniu/ludzkiej rasy brzmiałaby następująco: na początku nie było nic, tylko słońce i księżyc. Kobieta – księżyc bardzo chciała świecić także w dzień, ale o tej porze na niebie wschodził ktoś tak jasny, że brak już było tam miejsca na kogokolwiek innego. Kobieta – księżyc ze zgryzoty zaczęła chudnąć i maleć, aż został z niej tylko skrawek, sierp ostry jak nóż. Pewnego razu, przypadkiem, bo przecież przypadek rządzi wszystkim, jeden z tych spiczastych rogów zrobił dziurę w niebie. Z dziury, niczym fontanna łez, trysnęły miliony gwiazd.

Przerażona kobieta – księżyc chciała je wszystkie połknąć. Czasami to się jej udawało i wtedy robiła się tłusta i okrągła, ale przeważnie strumień był zbyt obfity. Gwiazd wciąż przybywało, a niebo stało się tak jasne, że kiedy zobaczył to mężczyzna – słońce, poczuł wielką zazdrość. Zaprosił gwiazdy na swoją część nieba, tam gdzie zawsze była światłość, nie powiedział im jednak, że podczas dnia będą zupełnie niewidoczne. Kiedy to już się stało, te gwiazdy, które były głupie, zeskoczyły z nieba na ziemię i tam zastygły, przytłoczone ciężarem własnej naiwności.

Kobieta – księżyc zrobiła, co było w jej mocy. Dotknąwszy tych ponurych monolitów, zamieniła każdy z nich w mężczyznę albo w kobietę. Od tej pory głównym jej zajęciem stało się pilnowanie, żeby już żadna z jej gwiazd nie spadła na ziemię. Od tej pory zaczęła żyć tym, co udało jej się ocalić.

BRIAN

Już prawie siódma rano. Do remizy wchodzi ośmiornica. Właściwie to tylko kobieta przebrana za ośmiornicę, ale kiedy się widzi coś takiego na własne oczy, nie zwraca się uwagi na subtelne różnice. Ośmiornica ma twarz zalaną łzami, a na rękach, czy też może w mackach, trzyma pekińczyka.

– Musi mi pan pomóc – zwraca się do mnie.

Wtedy ją poznaję: ta pani ma na nazwisko Zegna. Kilka dni temu spalił się jej dom. Pożar zaczął się w kuchni.