– Nie mam się w co ubrać. Zostało mi tylko to. Kostium z Halloween – mówi pani Zegna, załamując macki. – Leżał i gnił w przechowalni w Taunton razem z moją kolekcją płyt.
Delikatnie ujmuję ją za ramię i sadzam na krześle naprzeciwko mojego biurka.
– Zdaję sobie sprawę, że pani dom nie nadaje się do zamieszkania…
– No chyba że się nie nadaje! Przecież nic z niego nie zostało!
– Mogę skierować panią do schroniska, a jeśli pani sobie życzy, mogę skontaktować się z pani firmą ubezpieczeniową i przyspieszyć wypłatę odszkodowania.
Pani Zegna unosi rękę, żeby otrzeć łzy. Pociąga przy tym za linki kostiumu i natychmiast podnosi się osiem macek.
– Nie mam polisy na życie – mówi. – Nie chcę żyć w ciągłym strachu przed najgorszym.
Przyglądam jej się przez chwilę, usiłując sobie przypomnieć, jak to jest być zaskoczonym nagłą tragiczną zmianą losu czy też samą możliwością nagłej katastrofy.
Jadę do szpitala. Kiedy wchodzę do pokoju Kate, zastaję ją pogrążoną we śnie. Jedną ręką mocno przytula misia, którego dostała od nas, kiedy miała siedem lat, a w drugiej trzyma przełącznik samoobsługowej kroplówki z morfiną. Co jakiś czas naciska przycisk przez sen, chociaż śpi mocno.
W pokoju stoi też fotel, który po rozłożeniu staje się wąskim łóżkiem, polówką, z materacem grubości kartki papieru. Leży na nim zwinięta w kłębek Sara.
– Cześć – mówi, odgarniając włosy z oczu. – Gdzie jest Anna?
– Śpi jeszcze, tak mocno, jak to tylko dziecko potrafi. Jak Kate w nocy?
– Nieźle. Tylko raz miała lekkie bóle, między drugą a czwartą.
Przysiadam na skraju jej polówki.
– Twój wczorajszy telefon bardzo pomógł Annie.
Kiedy patrzę w oczy Sary, widzę Jessego; oboje mają ten sam kolor włosów, te same rysy. Ciekawe, czy Sara, patrząc na mnie, widzi Kate. I czy to bardzo boli.
Trudno uwierzyć, że kiedyś przejechałem z tą kobietą całą długość transkontynentalnej autostrady nr 66, od początku do końca, i ani razu nie zabrakło nam tematów do rozmowy. Teraz nasze rozmowy to wymiana najważniejszych informacji, oszczędna w słowach, za to bogata w poufne szczegóły z pierwszej ręki.
– Pamiętasz tę wróżkę z Nevady? – zagaduję. Widzę, że nie kojarzy, o czym mówię, więc ciągnę temat: – To było, kiedy mieliśmy jeszcze chevroleta. Jechaliśmy przez Nevadę i w połowie drogi zabrakło nam benzyny. Musiałem iść szukać jakiejś stacji, a ty nie chciałaś zostać sama w samochodzie…
Za dziesięć dni ty wciąż będziesz błąkał się po własnych śladach, a tymczasem mnie tutaj rozdziobią sępy, powiedziała Sara, ruszając w drogę u mojego boku. Musieliśmy cofnąć się sześć kilometrów do stacji benzynowej, którą minęliśmy po drodze, nędznego baraku zamieszkanego przez starszego jegomościa – właściciela – i jego siostrę, która twierdziła, że potrafi przepowiadać przyszłość. Sara bardzo chciała sobie powróżyć, ale ja miałem tylko dziesięć dolarów, a wizyta u tej wróżki kosztowała pięć. Kupimy mniej benzyny, powiedziała Sara, i zapytamy ją, kiedy się skończy. Jak zawsze, dałem się jej przekonać.
Madame Agnes była niewidoma. Wyglądała tak, że można by straszyć nią dzieci: miała kataraktę na oczach, które przypominały bezchmurne lazurowe niebo. Dotknęła twarzy Sary powykrzywianymi palcami, żeby odczytać przyszłość z układu kości, i powiedziała, że widzi trójkę dzieci i długie życie, ale że to nie wystarczy. Sara, rozzłoszczona taką przepowiednią, zaczęła dopytywać się o sens tych słów. Madame Agnes wyjaśniła, że przyszłość jest jak glina, którą w każdej chwili można ugnieść i nadać jej inny kształt; da się to jednak zrobić wyłącznie z własną przyszłością, bo na los innych wpływu mieć nie można. Ale niektórym ludziom to nie wystarczy.
Potem położyła dłonie na mojej twarzy i powiedziała tylko: „Oszczędzaj się”.
Jeśli chodzi o benzynę, miała nam się skończyć zaraz za granicą Kolorado. I tak się stało.
Znów siedzimy w pokoju szpitalnym. Sara patrzy na mnie pustym wzrokiem.
– To my byliśmy kiedyś w Nevadzie? – dziwi się. Po chwili potrząsa głową. – Musimy pogadać. Jeśli Anna do poniedziałku nie zmieni zdania, muszę wiedzieć, jak będziesz zeznawał.
– Zdecydowałem się już – opuszczam głowę. – Poprę wniosek Anny.
– Co takiego?
Rzuciwszy szybko okiem, czy Kate się nie obudziła, usiłuję znaleźć słowa wyjaśnienia.
– Saro, uwierz mi, że długo nad tym myślałem. Doszedłem do wniosku, że jeśli Anna nie chce być dłużej dawcą dla Kate, musimy to uszanować.
– Jeżeli weźmiesz stronę Anny, sędzia stwierdzi, że jedno z rodziców popiera jej wniosek i orzeknie na jej korzyść.
– Wiem o tym – odpowiadam. – Inaczej po co miałbym to robić?
Wpatrujemy się sobie w oczy. Brak nam słów. Nie chcemy myśleć o tym, co nas czeka na końcu każdej z tych dróg.
– Saro – przerywam w końcu to milczenie – czego ty chcesz ode mnie?
– Chcę patrzeć na ciebie i przypomnieć sobie, jak było kiedyś. – Jej słowa są niewyraźne, zdławione. – Chcę, żeby było tak jak dawniej. Pomóż mi, Brian.
Ale ta Sara to już nie jest tamta kobieta, którą znałem. To nie jest marzycielka, która biegła przez prerię i liczyła norki piesków preriowych, która czytała na głos ogłoszenia matrymonialne samotnych kowbojów, a w najciemniejszej głębinie nocy mówiła mi, że będzie mnie kochać, dopóki księżyc wschodzi na niebie.
Szczerze mówiąc, ja też nie jestem już tym samym człowiekiem. Tamten mężczyzna słuchał Sary. Tamten mężczyzna jej wierzył.
Siedzę na kanapie w dużym pokoju. Czytam jedną część gazety, a Brian, siedzący obok mnie, drugą. Wchodzi Anna.
– Jak obiecam wam, że będę kosić trawnik, dopóki nie wyjdę za mąż – mówi – to dostanę teraz sześćset czternaście dolarów i dziewięćdziesiąt sześć centów?
– Na co? – pytamy jednym głosem.
Anna przestępuje z nogi na nogę.
– Potrzebuję trochę kasy.
Brian składa stronę z wiadomościami krajowymi.
– Jakoś nie wydaje mi się, żeby dżinsy firmy Gap aż tak podrożały.
– Wiedziałam, że tak będzie – burczy Anna, zbierając się do wyjścia.
– Zaczekaj. – Pochylam się, opieram łokcie na kolanach. – Co chcesz za to kupić?
– Czy to aż takie ważne?
– Anno – odpowiada Brian – nie możemy dać ci tylu pieniędzy, nie wiedząc, na co pójdą.
Anna namyśla się przez chwilę.
– Chcę coś kupić na e – Bay.
Moja córka, dziesięciolatka, zagląda na e – Bay?
– No dobrze. – Westchnęła ciężko. – Są do sprzedania parkany bramkarskie.
Spoglądam na męża, ale on też nic z tego nie rozumie.
– Takie do hokeja? – pyta Brian.
– Ee… no… tak.
– Przecież ty nie grasz w hokeja – zauważam. Anna czerwieni się, a do mnie w tym momencie dociera, że mogę się mylić.
Brian domaga się wyjaśnień.
– Kilka miesięcy temu – zaczyna Anna – przejeżdżałam na rowerze obok lodowiska do hokeja. Spadł mi łańcuch i zsiadłam. Na lodzie ćwiczyła drużyna juniorów, ale nie mieli bramkarza, bo się rozchorował. Trener powiedział, że jak stanę na bramce, to da mi pięć dolarów. Pożyczyłam strój i sprzęt tamtego chorego chłopaka i… no… całkiem nieźle mi poszło. Było fajnie. I teraz tam chodzę. – Anna uśmiecha się z zażenowaniem. – Trener zaproponował mi, żebym zagrała z nimi w turnieju. Byłabym pierwszą dziewczyną w drużynie. Ale muszę mieć własny sprzęt.
– Za sześćset czternaście dolarów?
– I dziewięćdziesiąt sześć centów. Ale to są same parkany, a potrzebne mi jeszcze bodiczki, łapaczka, rękawica na prawą rękę i maska. – Spogląda na nas wyczekująco.