– Ja też ją kocham. Kocham ją za bardzo, żeby dalej to ciągnąć.
Kartka papieru, na której pisał kredką, wypada z jego dłoni na moje kolana. Podnoszę ją, zanim Brian zdąży wyciągnąć rękę. Są na niej plamy od łez i wiele skreśleń. Czytam: Uwielbiała pierwsze zapachy wiosny. Grała w remika, jakby urodziła się z kartami w ręku. Potrafiła tańczyć nawet bez muzyki. Na marginesie są też notatki. Ulubiony kolor: różowy. Ulubiona pora dnia: zmierzch. Czytała „Where the Wild Things Are” sto razy i do tej pory zna tę książkę na pamięć.
Czuję przeraźliwie zimny dreszcz spływający mi po plecach.
– Czy to ma być… Czy to jest… mowa pogrzebowa?
Brian też już płacze.
– Muszę zapisać to teraz, bo potem, kiedy będzie trzeba, nie poradzę sobie z tym.
Potrząsam głową.
– Jeszcze nie trzeba.
O wpół do czwartej nad ranem dzwonię do mojej siostry.
– Obudziłam cię. – Dopiero kiedy słyszę jej głos, uświadamiam sobie, że dla niej, dla wszystkich normalnych ludzi, ta pora to sam środek nocy.
– Coś się stało Kate?
Kiwam głową, chociaż wiem, że ona tego nie zobaczy ani nie usłyszy.
– Zanne?
– Słucham.
Zaciskam powieki, ale łzy i tak płyną.
– Saro, co się stało? Mam do was przyjechać?
Nie mogę dobyć głosu. W gardle czuję jakby wielką ołowianą kulę; to niewypowiedziana prawda. Jak się okazuje, prawdą też można się udławić. Kiedy byłyśmy dziećmi, zawsze kłóciłyśmy się o światło w korytarzu dzielącym nasze pokoje; Zanne chciała, żeby gasić je na noc, a ja – żeby się paliło. Wsadź głowę pod poduszkę, mówiłam jej. Ty możesz zrobić ciemność, ale ja nie potrafię zrobić światła.
– Przyjedź. – Nie powstrzymuję już łez. – Proszę cię.
Wbrew wszelkim oczekiwaniom Kate wytrzymuje dziesięć dni intensywnych kroplówek i leczenia arszenikiem. Jedenastego dnia po przywiezieniu do szpitala zapada w śpiączkę. Postanawiam czuwać przy jej łóżku, dopóki się nie obudzi. Moje czuwanie trwa dokładnie czterdzieści pięć minut; przerywa je telefon. Dzwoni dyrektor szkoły, do której chodzi Jesse.
Dowiaduję się, że metaliczny sód jest przechowywany w pracowni chemicznej w małych pojemnikach wypełnionych olejem z uwagi na to, że gwałtownie reaguje z powietrzem. Dowiaduję się, że reaguje on również z wodą, a w wyniku reakcji powstaje tlen i wydziela się ciepło. Dowiaduję się w końcu, że mój syn, uczeń dziewiątej klasy, dzięki wrodzonej bystrości połączył oba te fakty, wykradł z pracowni pewną ilość tego pierwiastka i spuścił go w klozecie, rozsadzając szkolne szambo.
Dyrektor zawiesza go w prawach ucznia na trzy tygodnie. Dowiaduję się od niego dodatkowo, że mój syn kwalifikuje się do kryminału, gdzie zapewne skończy; oznajmiwszy mi to, ten człowiek ma jeszcze czelność dopytywać się o Kate. Zabieram Jessego i wracam razem z nim do szpitala.
– Nie muszę ci chyba mówić, że od dziś masz szlaban?
– Wszystko jedno.
– Dopóki nie skończysz czterdziestu lat.
Jesse garbi się i marszczy brwi, które choć i tak są blisko siebie, teraz wydają się całkiem zrośnięte. Próbuję przypomnieć sobie dokładnie, kiedy dałam sobie spokój z wychowywaniem syna. Nie mogę zrozumieć, dlaczego stał się taki, skoro jego los nie był nawet po części tak tragiczny jak życie jego siostry.
– Dyrektor to kutas.
– Wiesz, co ci powiem? Świat jest pełen, jak ich nazywasz, kutasów. Zawsze będziesz z kimś się zmagał. Z kimś albo z czymś.
Jesse rzuca mi wściekłe spojrzenie.
– Cholera, widzisz? Za każdym razem, o czymkolwiek by była rozmowa, zawsze potrafisz zejść na temat Kate i jej choroby.
Zatrzymuję samochód na szpitalnym parkingu, ale nie spieszę się z wysiadaniem. O przednią szybę biją krople deszczu.
– Każde z nas potrafi zwrócić na siebie uwagę – mówię. – Bo przecież po to i tylko po to wysadziłeś szkolne szambo. Może nie mam racji?
– Nie masz pojęcia, jak to jest mieć siostrę umierającą na raka.
– Nie jest to jednak temat całkowicie mi obcy. W końcu mam córkę umierającą na raka. I zgadzam się z tobą, że takie życie jest do chrzanu. Czasem ja też mam ochotę coś wysadzić, bo wydaje mi się, że jeśli tego nie zrobię, to za chwilę sama eksploduję. – Opuszczam wzrok. Na ramieniu Jessego, dokładnie w zgięciu łokcia widnieje siniak wielkości półdolarówki. Na drugiej ręce zauważam drugi taki sam, do pary. Gdybym zobaczyła coś takiego u którejś z jego sióstr, natychmiast pomyślałabym o białaczce. Ale u Jessego, co znamienne, wpierw przychodzi mi na myśl heroina. – Co to jest? – pytam.
Jesse zakłada ręce na piersi.
– Nic.
– Co to jest? – powtarzam.
– Nie twój interes.
– Otóż mylisz się – prostuję siłą jego rękę. – To ślad po igle, tak?
Jesse unosi głowę, jego oczy błyszczą hardo.
– Tak, mamo. Co trzy dni wbijają mi igłę. Tylko że zamiast walić herę, oddaję krew, tutaj, w tym szpitalu, na trzecim piętrze. – Patrzy mi w oczy. – Nie zastanawiałaś się nigdy, od kogo jeszcze Kate dostaje płytki?
Zanim zdążę powiedzieć choć słowo, Jesse wyskakuje z samochodu. Patrzę za nim przez zalaną deszczem szybę i widzę rozmazany świat, w którym nic już nie jest dla mnie jasne.
Upłynęły dwa tygodnie, odkąd przywieźliśmy Kate do szpitala. Pielęgniarkom udało się w końcu mnie namówić, żebym zrobiła sobie dzień przerwy. Jadę do domu. Kąpię się pod własnym prysznicem, zamiast w służbowej łazience dla personelu intensywnej opieki. Płacę zaległe rachunki. Zanne, która wciąż jeszcze mieszka u nas, parzy mi kawę; kiedy schodzę do kuchni z rozczesanymi, wilgotnymi włosami, parująca filiżanka już na mnie czeka.
– Ktoś dzwonił?
– „Ktoś” znaczy ktoś ze szpitala? Nie. – Zanne przerzuca stronę książki kucharskiej, którą przegląda. – Co za pierdoły – wzdycha. – Gotowanie to żadna frajda.
Drzwi wejściowe otwierają się i zamykają z hukiem. Do kuchni wpada Anna. Na mój widok staje jak wryta.
– A co ty tu robisz? – dziwi się.
– Mieszkam w tym domu – przypominam jej.
Zanne chrząka z cicha.
– Kto by pomyślał – mruczy pod nosem, ale Anna jej nie słyszy albo nie chce usłyszeć. Wymachuje mi przed nosem jakąś kartką, uśmiechając się radośnie od ucha do ucha.
– Trener Urlicht dostał list. Do mnie! Czytaj, czytaj, czytaj!
Do Sz. P Anny Fitzgerald,
Serdecznie gratulujemy przyjęcia na letni obóz hokejowy dla dziewcząt. Zapraszamy Cię do grupy bramkarek. Tegoroczny obóz odbędzie się w dniach 3 – 17 lipca 2001 roku w Minneapolis. Prosimy o wypełnienie załączonego formularza i odesłanie go na podany adres do dnia 30 kwietnia 2001 roku, razem ze świadectwem zdrowia i historią przebytych chorób. Do zobaczenia na lodzie!
Sarah Teuting, trenerka
Odrywam wzrok od listu.
– Puściłaś Kate na ten specjalny obóz dla dzieci chorych na białaczkę, kiedy miała tyle lat co ja – mówi Anna. – Wiesz w ogóle, kto to jest Sarah Teuting? To bramkarka Team USA! I zobacz, ja nie jadę na spotkanie z nią, tylko będę trenować pod jej okiem, ona mi powie, co robię źle! Trener załatwił dla mnie pełny zwrot kosztów, więc was nie będzie to kosztować ani centa. Polecę tam samolotem, dostanę własny pokój i wszystko. To dla mnie wielka szansa…
– Kotku – przerywam jej, powoli dobierając słowa – nie możesz tam pojechać.
Anna potrząsa głową, jakby musiała wbić sobie do uszu to, co powiedziałam.
– Ale przecież to nie jest teraz, zaraz. To dopiero latem. A do tego czasu Kate może już umrzeć.