Выбрать главу

Po raz pierwszy Anna dała mi do zrozumienia, że widzi koniec tego wszystkiego, że wyobraża sobie, że kiedyś może być wolna od obowiązków względem swojej siostry. Ale dopóki to nie nastąpi, wyjazd do Minnesoty jest wykluczony. Nie, nie boję się, że Annie coś się tam może stać; boję się o to, co może stać się Kate pod nieobecność siostry. Jeżeli przeżyje leczenie arszenikiem i wyjdzie z obecnego kryzysu, to nikt nie wie, jak długo będziemy czekać na następny, a wtedy Anna – jej krew, komórki macierzyste, jej tkanki – będzie nam potrzebna tutaj, na miejscu.

Świadomość tych faktów wisi pomiędzy nami jak zwiewna, przejrzysta zasłona. Zanne wstaje z krzesła i obejmuje Annę ramieniem.

– Wiesz co, pszczółko? Porozmawiamy o tym z mamą przy jakiejś innej okazji…

– Nie – przerywa jej Anna. – Chcę wiedzieć, dlaczego nie mogę tam pojechać.

Zasłaniam oczy dłonią.

– Anno, proszę cię, nie zmuszaj mnie do tego.

– Do czego, mamo? – pyta Anna głosem rwącym się z emocji. – Tak się składa, że ja cię do niczego nie zmuszam.

Wybiega z kuchni, gniotąc list w dłoni. Zanne uśmiecha się do mnie blado.

– Witaj w domu – mówi.

Anna wychodzi na podwórko, bierze kij do hokeja i zaczyna ćwiczyć strzały krążkiem, odbijając go o drzwi garażu. Rytmiczny łoskot nie ustaje przez godzinę; w końcu zapominam, że to ona, a w moich uszach stukot brzmi jak puls naszego domu.

Siedemnaście dni po przyjęciu do szpitala Kate łapie jakąś infekcję. Organizm natychmiast reaguje wysoką gorączką. Robią jej wszystkie możliwe posiewy – z ciała odprowadzane są krew, kał, uryna i ślina. Ma to chronić organizm przed dalszym zakażeniem. Aby sprowokować do reakcji wirusa, który ją dręczy, podają jej wszelkie możliwe antybiotyki.

Steph, nasza ulubiona pielęgniarka, od czasu do czasu zostaje po dyżurze do późna w nocy, abym nie musiała borykać się z tym w samotności. Przynosi mi numery magazynu „People” podkradzione z poczekalni w przychodni i przesiaduje przy łóżku mojej nieprzytomnej córki, snując na głos pogodne monologi. Jest wzorem determinacji i optymizmu, ale tylko na zewnątrz. Kilka razy dostrzegłam łzy w jej oczach, kiedy wycierała Kate gąbką, co w obecnych warunkach zastępuje kąpiel. Myślała, że na nią nie patrzę.

Któregoś dnia rano doktor Chance zagląda do Kate. Skończywszy ją badać, opuszcza stetoskop na szyję i przysiada na krześle naprzeciwko mnie.

– Chciałem być gościem na jej ślubie – mówi.

– Będziesz – przekonuję go, ale on potrząsa głową. Widząc to, czuję, jak moje serce zaczyna bić szybciej.

– Nie wiesz, jaki prezent kupić? – pytam. – Może być waza do ponczu. Ramka na obrazek. Albo wystarczy, że wzniesiesz toast.

– Saro – przerywa mi doktor Chance. – Pożegnaj się z Kate.

Jesse siedzi sam na sam z Kate przez piętnaście minut, za zamkniętymi drzwiami. Kiedy wychodzi, wygląda jak uzbrojona bomba na chwilę przed detonacją. Puszcza się biegiem wzdłuż korytarza oddziału intensywnej opieki medycznej.

– Ja pójdę. – Brian rusza w kierunku, w którym pobiegł Jesse.

Anna siedzi na krześle oparta plecami o ścianę. Widać, że też jest zła.

– Nie wejdę tam – oświadcza.

Przyklękam obok niej.

– Uwierz mi, że ostatnią rzeczą, której pragnę, jest zmuszać cię do tego. Ale jeśli teraz tam nie pójdziesz, to przyjdzie dzień, kiedy będziesz tego żałować.

Anna wstaje i wchodzi do pokoju Kate, gotując się z wściekłości. Przysiada na krześle obok łóżka. Pierś Kate unosi się i opada w rytm pracy respiratora. Cała wojowniczość Anny znika w jednej chwili; wystarczy jej dotknąć palcami policzka siostry.

– Czy ona mnie słyszy?

– Oczywiście – odpowiadam bardziej sobie niż Annie.

– Nie pojadę do Minnesoty – szepcze Anna. – Już nigdzie nigdy nie pojadę. – Pochyla się nisko nad łóżkiem. – Obudź się, Kate.

Obie wstrzymujemy oddech. Nic. Nic się nie dzieje.

Nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego mówi się „stracić dziecko”. Brzmi to tak samo jak „stracić z oczu”. A przecież żaden rodzic nie jest aż tak lekkomyślny; zawsze wiemy, gdzie są nasze dzieci, co najwyżej możemy życzyć sobie, żeby były gdzie indziej.

Siedzimy z Brianem na łóżku Kate. Trzymamy się za ręce, a w drugiej dłoni każde z nas ściska jedną rączkę naszej córeczki.

– Miałeś rację – mówię mu. – Trzeba było ją zabrać do domu.

Brian potrząsa głową.

– Gdybyśmy nie zdecydowali się na leczenie arszenikiem, to do końca życia byśmy tego żałowali. – Odgarnia z twarzy Kate jej jaśniutkie włosy. – Taka grzeczna dziewczynka. Zawsze robiła to, o co ją się prosiło. – Kiwam głową, bo słowa zamierają mi w gardle. – To dlatego wciąż tak jeszcze walczy. Czeka, aż pozwolisz jej odejść.

Pochyla się nad Kate, łkając tak mocno, że nie może złapać oddechu. Kładę dłoń na jego głowie. Nie jesteśmy pierwszymi rodzicami, którzy tracą dziecko. Cała różnica polega na tym, że po raz pierwszy przytrafia się to nam.

Brian zasnął, siedząc na stołku w nogach łóżka, oparty łokciami na pościeli. Ja nie mogę spać; biorę pooraną bliznami dłoń Kate w dłonie. Przesuwam palcami po spiłowanych na okrągło paznokciach mojej córeczki, przypominając sobie, kiedy pierwszy raz je pomalowałam. Brian nie mógł się nadziwić, po co to dziewczynce, która dopiero co skończyła roczek. Dziś, dwanaście lat później, odwracam dłoń Kate i przyglądam się linii życia, żałując, że nie umiem jej odczytać. Jeszcze bardziej żałuję, że nie potrafię jej poprawić, zapisać na nowo.

Przysuwam krzesło bliżej szpitalnego łóżka.

– Pamiętasz, jak zapisaliśmy cię na letni obóz? Ostatniej nocy przed wyjazdem oświadczyłaś nagle, że się rozmyśliłaś i chcesz zostać w domu. Poradziłam ci wtedy, żebyś w autobusie usiadła po lewej stronie, by móc mnie widzieć, kiedy będziesz ruszać. Żeby pamiętać, że czekam na ciebie. – Przyciskam jej dłoń do twarzy tak mocno, aż na skórze zostaje ślad. – Zajmij sobie to samo miejsce w niebie, żebyś mogła widzieć, że wciąż na ciebie patrzę.

Chowam twarz w fałdach kołdry i mówię mojej córce, jak bardzo ją kocham. Ściskam jej rączkę, ten jeden ostatni raz.

W odpowiedzi czuję najlżejsze drgnięcie, najdelikatniejsze poruszenie, najsłabszy uścisk małej dłoni dziecka powracającego do życia, chwytającego się wszystkiego, co wpadnie mu pod rękę.

ANNA

Zastanawia mnie jedna rzecz: ile lat ma się w niebie? Bo skoro już się tam jest, to powinno się wyglądać jak za swoich najlepszych dni. Jakoś mi się nie wydaje, żeby wszyscy ci, którzy umarli ze starości, błąkali się po raju bez zębów i świecąc z daleka łysiną. To zresztą nie jest jedyny problem, jaki nasuwa mi się na myśl. Czy samobójca, który się powiesił, wałęsa się po niebie spuchnięty, z wywalonym językiem? A jeśli ktoś zginął na wojnie, to czy przez całą wieczność musi obywać się bez nogi, którą urwała mu mina?

Tak sobie myślę, że w tej kwestii można wybrać samemu. Kiedy ktoś po śmierci zgłasza się do nieba, wypełnia specjalny formularz, w którym zaznacza, czy chce mieć pokój z widokiem na gwiazdy czy na chmury, czy na obiad woli kurczaka, ryby czy może mannę, no i jak chce być postrzegany przez innych, co obejmuje także to, ile chce mieć lat w oczach innych. Ja, przykładowo, wybrałabym siedemnaście – mam nadzieję, że do tego czasu zdążą urosnąć mi piersi. Bo nawet jeśli umrę jako zasuszona stulatka, w niebie chcę być młoda i ładna.

Raz, kiedy byliśmy w gościach u znajomych, usłyszałam, jak mój tata powiedział, że nawet kiedy będzie już stary i siwy, to w głębi serca wciąż będzie miał dwadzieścia jeden lat. Więc może to jest tak, że w życiu każdego człowieka jest taki okres, który wyrabia się jak koleina na drodze, albo, jeszcze lepiej, jak ulubione miejsce na kanapie. Do tych czasów zawsze powraca się myślami bez względu na to, jak wygląda reszta życia.