Выбрать главу

Na kolację jemy chleb z serem. No, niech już będzie: francuskie bagietki i ser gruyere. Do jedzenia zasiadamy na pokładzie dziesięciometrowego jachtu. Campbell, podwinąwszy nogawki spodni jak rozbitek, uwija się przy takielunku, halsuje i łapie wiatr, aż oddalamy się tak bardzo, że wybrzeże Providence nie jest już niczym innym jak tylko barwną linią na horyzoncie, naszyjnikiem skrzącym się klejnotami świateł.

W końcu dociera do mnie, że Campbell nie raczy mi udzielić żadnych informacji, dopóki nie skończymy deseru. Kładę się na plecach, obejmując ramieniem śpiącego psa. Przyglądam się poluzowanemu w tej chwili żaglowi, który łopocze jak skrzydło ogromnego pelikana. Z kajuty wyłania się Campbell, który buszował pod pokładem w poszukiwaniu korkociągu. W ręku trzyma dwa kieliszki czerwonego wina. Przysiada obok, po drugiej stronie śpiącego owczarka i drapie go za uszami.

– Myślałaś kiedyś, jak to jest być zwierzęciem? – pyta.

– Dosłownie czy w przenośni?

– Teoretycznie – odpowiada Campbell. – Czym byś była, gdyby twój los nie padł na człowieka?

Zastanawiam się przez chwilę.

– To jest podchwytliwe pytanie, tak? Jeśli teraz odpowiem, że byłabym orką, to ty stwierdzisz, że jestem podła, wyrachowana i zimna jak ryba?

– Orki należą do ssaków – mówi Campbell. – Źle ci się wydaje. To miało być proste pytanie zadane celem podtrzymania uprzejmej konwersacji.

Odwracam głowę.

– A czym ty byś był?

– To ja pierwszy zapytałem.

Po namyśle dochodzę do wniosku, że za nic w świecie nie mogłabym być ptakiem; mam straszny lęk wysokości. Kot też odpada, ze względu na różnicę charakterów. Mam też typowe usposobienie samotnika, nie nadaję się więc na zwierzę stadne jak wilk czy choćby pies. Już mam na końcu języka wyraz „tarsjusz”, ale powiedziałabym to tylko po to, żeby się popisać. Zresztą Campbell zaraz zapytałby, co to za licho, a ja nie mogę sobie przypomnieć, czy to ssak czy jaszczurka.

– Gęś – odpowiadam w końcu. Campbell wybucha śmiechem.

– Dzika czy głupia?

Wybrałam gęś dlatego, że wiąże się na całe życie z jednym partnerem, ale wolałabym raczej wyskoczyć za burtę, niż przyznać się do tego właśnie jemu.

– A ty? – pytam ponownie.

Campbell nie odpowiada wprost.

– Kiedy zapytałem Annę o to samo, usłyszałem, że chciałaby być feniksem.

– Feniksów nie ma. – W mojej głowie błyska obraz mitycznego ptaka odradzającego się z popiołów.

Campbell gładzi psa po głowie.

– Anna powiedziała, że to zależy od tego, czy ktoś potrafi je zobaczyć czy nie. – Po tych słowach podnosi wzrok na mnie. – Powiedz mi, co ty o niej sądzisz?

Wino w moich ustach nagle staje się gorzkie. Czy ten uroczy wieczór, kolacja na jachcie, rejs ku zachodzącemu słońcu, czy to wszystko było zabiegiem mającym na celu zdobycie mojego głosu na jutrzejszym rozpatrzeniu sprawy? Zdanie kuratora procesowego mocno zaważy na decyzji sędziego DeSalvo. Campbell wie o tym.

Aż do tej pory nie zdawałam sobie sprawy z tego, że można złamać komuś serce dwukrotnie, wzdłuż tych samych starych, zaleczonych szram po pęknięciach.

– Nie zdradzę ci, jakie stanowisko zajmę jutro w sądzie – odpowiadam mu drętwym tonem. – Poznasz je dopiero wówczas, kiedy wezwiesz mnie na świadka. – Chwytam linę kotwicy i zaczynam ją wybierać. – Chcę już wracać.

Campbell siłą wyrywa mi z rąk linę.

– Powiedziałaś mi już, że twoim zdaniem oddanie nerki siostrze nie leży w najlepiej pojętym interesie Anny.

– Powiedziałam też, że ona sama nie potrafi podjąć takiej decyzji.

– Mieszka teraz poza domem, razem z ojcem. On może stać się dla niej wzorem zasad moralnych.

– I jak długo nim będzie? Do następnego razu?

Jestem wściekła na siebie, że dałam się na to nabrać. Że zgodziłam się iść z nim na kolację, że pozwoliłam sobie uwierzyć, że Campbell chce być ze mną, a nie tylko planuje mnie wykorzystać i zostawić. Tymczasem wszystko, począwszy od komplementów na temat mojej urody, a skończywszy na winie, którego niedokończona butelka stoi na pokładzie pomiędzy nami, było skalkulowane na zimno w jednym celu: miało pomóc mu wygrać tę sprawę.

– Sara Fitzgerald zaproponowała nam ugodę – odzywa się Campbell. – Jeśli Anna odda teraz Kate nerkę, już nigdy więcej nie będzie musiała robić niczego dla siostry. Anna odrzuciła propozycję.

– Wiesz co? Za to, co właśnie zrobiłeś, idzie się za kratki. Tak według ciebie wygląda etyka zawodowa? Chcesz mnie zwieść, żebym zmieniła zdanie?

– Zwieść? Wyłożyłem wszystkie karty na stół. Ułatwiłem ci pracę.

– Masz rację, proszę o wybaczenie. – Uśmiecham się sarkastycznie. – Jak mogło przyjść mi do głowy, że myślisz tylko o sobie. Jak mogłam pomyśleć, że chodzi ci wyłącznie o to, żeby mój raport wyraźnie poparł wniosek twojej klientki. Chcesz wiedzieć, jakim zwierzęciem mógłbyś być, Campbell? Ohydną, oślizgłą ropuchą. Chociaż właściwie nie – byłbyś wszą na brzuszysku ropuchy. Pasożytem, który zabiera, co mu się podoba, nigdy nie dając nic w zamian.

W jego skroni zaczyna pulsować sina żyła.

– Skończyłaś?

– Jeszcze nie, skoro o to pytasz. Chciałabym wiedzieć, czy ty choć raz w życiu powiedziałeś coś szczerze.

– Nie okłamałem cię.

– Tak twierdzisz? Po co ci ten pies?

– Zamkniesz się wreszcie? – wybucha Campbell, chwytając mnie w ramiona i przywierając ustami do moich ust.

Jego pocałunek jest jak snuta szeptem opowieść, a smakuje solą i winem. Nie ma między nami ani chwili zawahania, nie musimy się uczyć siebie od nowa, nie musimy się dopasowywać po tych piętnastu latach; nasze ciała poruszają się same, kierowane nieomylną pamięcią. Campbell językiem wypisuje imię Julia na mojej szyi. Przytula mnie tak mocno, tak ściśle, że blizny po dawnych zastarzałych ranach kurczą się i rozpływają, łączą nas zamiast dzielić.

Odrywamy się od siebie, łapiąc oddech. Campbell mierzy mnie wzrokiem.

– I tak to ja mam rację – szepczę.

Campbell zsuwa ze mnie moją starą bluzę, bierze w palce zapięcie stanika; jest to najbardziej naturalna rzecz pod słońcem. Kiedy klęka przede mną z głową na wysokości mojego serca, a ja czuję, jak woda kołysze kadłubem łodzi, wydaje mi się, że może to właśnie jest miejsce stworzone specjalnie dla nas. Kto wie, może gdzieś są rozległe światy, w których nie ma żadnych barier, a człowiek żegluje swobodnie, niesiony falami uczucia.

PONIEDZIAŁEK

Oto mały ogień, a jak wielki las podpala.

List Jakuba Apostoła 3,5

CAMPBELL

Noc spędzamy w mikroskopijnej kabinie jachtu zacumowanego do nadbrzeża. Ciasno, ale przecież to nie ma najmniejszego znaczenia, bo przez całą noc ona oplata mnie ramionami, zamykając w nich. Chrapie, ale tylko trochę. Jeden ząb, na samym przodzie, ma krzywy, a rzęsy długie jak paznokieć mojego kciuka.

Te drobiazgi bardziej niż cokolwiek innego przypominają piętnaście lat, które nas teraz dzielą. Kiedy człowiek ma lat siedemnaście, to nawet nie myśli o tym, w czyim mieszkaniu chce spędzić noc. W wieku siedemnastu lat oczom umyka bladoróżowy, perłowy kolor stanika albo koronka znikająca pomiędzy udami dziewczyny. Kiedy ma się siedemnaście lat, przyszłość nie istnieje; jest tylko teraźniejszość.

W Julii pokochałem to, że… No proszę, powiedziałem to na głos. A więc pokochałem w niej to, że była niezależna, że nikt nie był jej potrzebny. W tłumie uczniów Wheelera wyróżniała się na kilometr z tą swoją różową fryzurą, w glanach i ciężkiej kurtce z demobilu. Wyróżniała się, ale mimo to nosiła się dumnie, za nic nie przepraszając. A jednak, jak na ironię, związek z chłopakiem odebrał jej to wszystko; w chwili kiedy odpowiedziała miłością na moją miłość i zaczęło jej na mnie zależeć w takim samym stopniu, w jakim mnie zależało na niej, przestała być niezależna duchem.