Выбрать главу

– Nie rozpowiadam tego, komu popadnie – cedzę przez zęby.

– Ja nie jestem pierwszą lepszą – pada odpowiedź. Biorę głęboki wdech.

– Wiele lat temu zachorowałem. Ciężko. Wywiązała się infekcja ucha. Lekarstwo, które mi podano, z nie do końca jasnych powodów nie podziałało. Doszło do uszkodzenia nerwu. Jestem całkowicie głuchy na jedno ucho. Na dłuższą metę to żaden wielki problem, ale w pewnych sytuacjach życiowych nie poradzę sobie sam. Na przykład może zdarzyć się tak, że będę słyszał zbliżający się samochód, ale nie zdołam określić kierunku, z którego nadjeżdża, albo nie usłyszę, jak ktoś mnie przeprasza, bo zagradzam mu drogę w wąskim przejściu między sklepowymi regałami. Sędzia jest specjalnie tresowany, żeby w takich sytuacjach służyć mi jako uszy. – Przerywam, wahając się przez moment. – Robię z tego wielki sekret, bo nie lubię, kiedy ktoś się nade mną użala.

Anna przypatruje mi się uważnie.

– Poprosiłam cię o pomoc, bo chciałam, żeby choć raz Kate nie była na pierwszym miejscu.

Ale to oburzająco egoistyczne wyznanie kompletnie nie pasuje mi ani do niej, ani do całej tej sytuacji. Anna nie chce, żeby jej siostra umarła, tylko żeby ona sama mogła normalnie żyć; o to chodzi w całym tym procesie.

– Kłamiesz – mówię.

Anna zakłada ręce na piersi.

– Ty pierwszy skłamałeś. Słyszysz normalnie.

– Ależ z ciebie nieznośna smarkula. – Parskam śmiechem. – Jesteś taka sama jak ja w twoim wieku.

– To dobrze czy źle? – pyta Anna, ale widzę, że się uśmiecha.

Park powoli zapełnia się ludźmi. Ścieżką maszeruje szkolna wycieczka; najmłodsze dzieci idą zbite w ciasną gromadkę niczym stado psów zaprzęgowych, ciągnąc za sobą dwójkę nauczycieli. Obok na rowerze wyścigowym śmiga kurier w stroju US Postal Service.

– Chodź, postawię ci śniadanie – proponuję Annie.

– Przecież i tak jesteśmy spóźnieni.

Wzruszam ramionami.

– Kilka minut wcześniej czy później, wszystko jedno.

Sędzia DeSalvo nie jest zadowolony; poranna ucieczka Anny kosztowała nas półtorej godziny cennego czasu. Kiedy stajemy z Sędzią w progu jego gabinetu, gotowi do narady przed rozpoczęciem sprawy, podchwytuję wzrokiem jego gniewne spojrzenie.

– Najmocniej przepraszam, wysoki sądzie. Zdarzył się nagły wypadek i musiałem zawieźć psa do weterynarza.

Sara Fitzgerald wpatruje się we mnie z otwartymi ustami; nie widzę tego, ale wyraźnie to czuję.

– Obrońca strony pozwanej sugerował co innego – mówi sędzia.

Patrzę DeSalvo prosto w oczy.

– Było tak, jak powiedziałem. Anna była tak miła, że pojechała ze mną i pomogła mi uspokoić psa, któremu trzeba było wyciągnąć z łapy ostry kawałek szkła.

Sędzia wciąż jeszcze mi nie dowierza, nie może jednak dalej indagować, ponieważ prawo chroni niepełnosprawnych. Ja ze swojej strony wykorzystuję w tej chwili moje przywileje do granic możliwości; nie mogę dopuścić, aby sędzia pomyślał, że to Anna jest winna tej zwłoce. Zdecydowawszy się porzucić tę kwestię, DeSalvo pyta nas:

– Czy możliwe jest rozstrzygnięcie polubowne, bez konieczności rozpatrywania sprawy?

– Obawiam się, że nie – odpowiadam.

Anna nie chce wyjawiać swoich sekretów, co muszę uszanować, ale jest zdecydowana doprowadzić to do końca.

Sędzia przyjmuje moją odpowiedź.

– Pani Fitzgerald, wnoszę, że w dalszym ciągu reprezentuje pani stronę pozwaną, czyli siebie?

– Zgadza się, wysoki sądzie.

– Dobrze więc. – Sędzia DeSalvo przygląda się nam wszystkim po kolei. – To jest sąd rodzinny, państwo adwokaci. W sądzie rodzinnym, a zwłaszcza podczas takich rozpraw jak dzisiejsza, osobiście wprowadzam odstępstwa od regulaminu przesłuchań świadków, ponieważ nie życzę sobie kłótni na sali sądowej. Sam potrafię orzec, co jest dopuszczalne, a co nie jest, więc jeśli jakaś kwestia naprawdę może budzić sprzeciw którejś ze stron, podtrzymam ten sprzeciw, ale raczej bym wolał, żeby dzisiejsze rozpatrzenie sprawy przebiegło bez zakłóceń, choćby nawet kosztem regulaminu. – Patrzy mi prosto w oczy. – Chciałbym, żeby ten proces był możliwie jak najmniej bolesny dla obu stron.

Przechodzimy do sali sądowej. Jest ona mniejsza niż w sądach karnych, lecz panuje tutaj równie deprymująca atmosfera. Po drodze zabieram Annę z korytarza. Na progu sali sądowej moja mała klientka staje jak wryta, wodząc wzrokiem po wysokich, wyłożonych drewnem ścianach, po rzędach krzeseł i górującym nad nimi stole sędziowskim, przytłaczającym swoim ogromem.

– Campbell – odzywa się szeptem – nie będę musiała tam stanąć i zeznawać, prawda?

Szczerze powiedziawszy, sędzia najprawdopodobniej zażyczy sobie wysłuchać zeznań Anny. Nawet jeśli Julia poprze jej wniosek, nawet jeśli Brian weźmie jej stronę, sędzia DeSalvo może chcieć osobiście poznać stanowisko powódki. Ale gdybym powiedział jej to w tym momencie, to zyskałbym tyle, że Anna zaczęłaby wariować z nerwów, co jest niezbyt wskazane na początku procesu.

Przypominam sobie naszą rozmowę w samochodzie, kiedy to Anna zarzuciła mi kłamstwo. Znam dwa powody, żeby nie mówić prawdy. Pierwszy jest taki, że kłamstwem można zdobyć to, czego się pragnie, a drugi – że kłamiąc, można oszczędzić komuś cierpienia. Z tych dwóch powodów daję Annie taką, a nie inną odpowiedź.

– Nie wydaje mi się – mówię.

– Wysoki sądzie – zaczynam. – Choć stanowi to odstępstwo od ogólnie przyjętych zasad, to zanim zaczniemy wzywać świadków, chciałbym coś powiedzieć.

Sędzia DeSalvo wzdycha.

– Panie Alexander, przecież wyraźnie prosiłem, aby zechcieli państwo traktować regulamin przesłuchań z nieco większą elastycznością.

– Nie nalegałbym, gdybym nie uważał, że to ważne, wysoki sądzie.

– Proszę się streszczać – mówi sędzia.

Podchodzę do stołu sędziowskiego.

– Wysoki sądzie, przez całe życie Anna Fitzgerald poddawała się zabiegom, które były konieczne do utrzymania zdrowia jej siostry Kate, lecz jej nic dobrego nie przyniosły. Nikt nie wątpi, że pani Sara Fitzgerald kocha wszystkie swoje dzieci, nikt też nie śmie podważać słuszności decyzji podejmowanych przez nią w celu podtrzymania życia starszej córki. Dziś jednak musimy podać w wątpliwość decyzje, które podjęła w imieniu młodszej córki.

Odwracam głowę i widzę baczne spojrzenie Julii. Nagle przypominam sobie to stare szkolne zadanie z etyki. Wiem już, co powiedzieć.

– Wysoki sąd być może przypomina sobie niedawny proces toczony w sądzie miasta Worcester w stanie Massachusetts. Bezdomna kobieta wywołała pożar, lecz zamiast wezwać straż ogniową, uciekła z budynku w obawie, że narobi sobie kłopotów. Z powodu jej lekkomyślności tamtej nocy w ogniu zginęło sześciu strażaków. Niemniej jednak Sąd Najwyższy nie mógł obarczyć tej kobiety odpowiedzialnością za śmierć tych ludzi, ponieważ amerykańskie prawo stanowi, że żaden człowiek nie ponosi odpowiedzialności za bezpieczeństwo innego człowieka – nawet w obliczu tragicznych konsekwencji. Nie ponosi takiej odpowiedzialności ten, kto wywołał pożar, nie ponosi jej przypadkowy przechodzień, który jest świadkiem wypadku samochodowego, ani też ktoś, kto dla drugiej osoby jest idealnie zgodnym dawcą narządów.

Spoglądam na Julię jeszcze raz.

– Zebraliśmy się na tej sali, ponieważ nasz wymiar sprawiedliwości nie precyzuje różnicy pomiędzy prawem a moralnością. Czasami bardzo łatwo je rozróżnić, ale zdarzają się takie sytuacje – na granicy prawa i moralności – kiedy to, co słuszne, wydaje się niesłuszne i na odwrót.