Выбрать главу

– A dokąd mnie zabierze, jak myślisz?

Przypominam sobie słowa Briana, który zawsze powtarzał, że Kate będzie mogła umawiać się z chłopakami… kiedy skończy czterdzieści lat.

– Nie wszystko naraz – mityguję córkę, ale w środku cała śpiewam z wielkiej radości.

Kuracja arszenikiem doprowadziła do upragnionej remisji, ale dla organizmu Kate był to silny wstrząs. Taylor Ambrose to lek zupełnie innej generacji; choć zafundował mojej córce równie mocny wstrząs, nie osłabił jej – wręcz przeciwnie. Codzienne telefony weszły im już w nawyk: o siódmej wieczorem słychać dzwonek, Kate zrywa się od kuchennego stołu, chwyta w biegu bezprzewodową słuchawkę i zamyka się z nią w łazience. My zostajemy w kuchni, zmywamy naczynia, siedzimy w dużym pokoju, rozmawiamy, oglądamy telewizję, szykujemy się do snu – a przez cały ten czas dobiegają nas stłumione chichoty i szepty. W końcu Kate wyłania się ze swojego kokonu, promieniejąca i oblana rumieńcem; pierwsza miłość zapiera jej dech w piersiach, pulsuje w gardle tętnem szybkim jak łopot skrzydełek kolibra. Nie mogę się na nią napatrzeć. Nie chodzi o to, że moja córka to jakaś wyjątkowa piękność, chociaż skoro już o tym mowa, to faktycznie tak jest; po prostu nigdy się nie łudziłam, że kiedykolwiek zobaczę ją aż tak dojrzałą.

Któregoś wieczoru wchodzę za nią do łazienki. Kate właśnie skończyła rozmawiać z Taylorem i teraz stoi przed lustrem, wydymając usta i ćwicząc zalotne unoszenie brwi. Jej dłoń wędruje do króciutkiej fryzury; po chemioterapii włosy nie odrosły w falujących puklach, tylko w nieregularnych, gęstych kępkach. Kate zazwyczaj układa je za pomocą pianki, tak że wyglądają jak futrzana poduszka. Teraz unosi dłoń do oczu, jakby bała się, że znów zaczęły jej wypadać.

– Powiedz mi, co on myśli, kiedy na mnie patrzy? – pyta.

Staję tuż za nią. Kate jest podobna do Briana – to Jesse wdał się we mnie – ale kiedy stoimy obok siebie, nie można nie zauważyć podobieństw. Na przykład usta: choć różnią się kształtem, to są jednakowo zacięte, w ich ułożeniu znać tę samą determinację, która prześwieca w naszych oczach.

– Moim zdaniem on widzi dziewczynę, która dobrze rozumie, przez co on sam musiał przejść – odpowiadam szczerze.

– Znalazłam w Internecie stronę na temat ostrej białaczki mieloblastycznej – informuje mnie Kate. – Chorzy na tę odmianę mają niezłą statystykę wyleczeń. – Odwraca się do mnie. – Czy kiedy czyjeś zdrowie i życie obchodzi cię bardziej niż własne… Czy tak wygląda miłość?

Nagle słowa zamierają mi w gardle.

– Tak – zdobywam się na odpowiedź dopiero po chwili.

Kate odkręca kran, mydli twarz, spłukuje pianę. Podaję jej ręcznik.

– Czuję, że wydarzy się coś złego. – Słyszę, kiedy wyłania się z frotowych zawojów. Te kilka słów natychmiast stawia mnie w stan najwyższego pogotowia.

– Coś się stało? – wypytuję ją.

– Nie, ale tak musi być. Taylor i to wszystko… Jest za dobrze. Będę musiała za to zapłacić.

– To najgłupsza rzecz, jaką słyszałam w życiu – oznajmiam z przyzwyczajenia, ale nie mogę zaprzeczyć, że dostrzegam w tym ziarenko prawdy. Temu, kto wierzy, że człowiek jest zdolny zapanować nad wszystkim, co życie przyniesie, należy poradzić, żeby spędził jeden dzień w towarzystwie dziewczynki chorej na białaczkę. Albo jej matki. – Może to znak, że w końcu idzie ku lepszemu – przekonuję Kate.

Trzy dni później, po rutynowej morfologii krwi, hematolog informuje nas, że organizm Kate znów produkuje promielocyty. Jest to pierwszy objaw zwiastujący nawrót choroby.

Nie mam w zwyczaju podsłuchiwać, a w każdym razie nigdy nie pozwalam sobie na to umyślnie. Ale zdarza mi się tego wieczoru, gdy Kate wraca ze swojej pierwszej randki z Talyorem. Byli w kinie. Kate wchodzi na palcach do pokoju i siada na łóżku Anny.

– Śpisz? – pyta.

Anna przewraca się na bok z głośnym jękiem.

– Teraz już nie. – Sen opada z niej jak jedwabny szal spływający z szyi na podłogę. – Jak było?

– Kurczę… – Kate nie potrafi powiedzieć nic więcej.

– Co kurczę? Było tak fajnie jak na meczu?

– Obrzydliwa jesteś – szepcze Kate, ale w jej głosie słychać uśmiech. – Taylor świetnie całuje. – Napawa się tym słowem.

– Nie gadaj! – Głos Anny staje się ożywiony. – Jak to jest?

– Jak lot w chmurach – odpowiada Kate. – Założę się, że to musi wyglądać podobnie.

– Co ma wspólnego latanie ze ślinieniem się po twarzy?

– O rany, przecież nie chodzi o to, żeby chłopak cię opluł.

– A jak to smakuje? Jak smakował Taylor?

– Popcornem. – Kate śmieje się. – I chłopakiem.

– A skąd wiedziałaś, co trzeba robić?

– Wcale nie wiedziałam. Po prostu to zrobiliśmy. Przypomnij sobie, jak pierwszy raz wyszłaś na lód.

Ten argument w końcu trafia Annie do przekonania.

– No tak – mówi. – Kiedy gram w hokeja, to też czuję się super.

– Żebyś wiedziała. – Kate wzdycha. Zza drzwi dobiegają jakieś szelesty; wyobrażam sobie moją córkę rozbierającą się do snu. Ciekawe, czy Taylor myśli teraz o tym samym. Słychać ubijanie poduszki, szarpnięcie kołdrą, skrzypnięcie materaca, kiedy Kate kładzie się do łóżka.

– Anna?

– Co?

– Wiesz, on ma na dłoniach blizny po chorobie Grafta – mruczy Kate. – Czułam je, kiedy trzymaliśmy się za ręce.

– I co? To było takie ohydne?

– Nie – pada odpowiedź. – Pasowaliśmy do siebie.

Z początku Kate absolutnie nie chce się zgodzić na przeszczep komórek macierzystych pobranych z krwi obwodowej. Nie uśmiecha jej się szpital, chemioterapia, a po niej sześć tygodni izolacji, skoro przez cały ten czas mogłaby spotykać się do woli z Taylorem.

– Chodzi o twoje życie – tłumaczę jej. Kate patrzy na mnie jak na wariatkę.

– No właśnie – odpowiada.

Ostatecznie każda z nas nieco ustępuje i umawiamy się tak: Kate zacznie chemioterapię, ale bez stałej hospitalizacji. Będzie przychodzić do szpitala na zabiegi, które przygotują ją do przyjęcia przeszczepu od Anny. Kiedy tylko pogorszą się wyniki badań, natychmiast położy się do szpitala. Onkolodzy zgodzili się na to, chociaż bez wielkiego entuzjazmu. Obawiają się, że będzie to miało wpływ na terapię, ale na równi ze mną rozumieją, że Kate osiągnęła już wiek, w którym może wybierać bardziej ryzykowne rozwiązania.

Szybko jednak okazuje się, że zupełnie niepotrzebnie martwiła się rozstaniem ze swoją sympatią. Podczas pierwszego zabiegu chemioterapii Taylor wkracza do sali.

– Co ty tu robisz?

– Coś mnie tu ciągnie – żartuje chłopak. – Dzień dobry pani – wita się ze mną i siada na pustym krześle obok Kate. – Ale to fajne nie mieć igły w ręce.

– Mów do mnie jeszcze – mamrocze Kate.

Taylor dotyka jej ręki.

– Który zabieg?

– Właśnie zaczynam.

Taylor wstaje, podchodzi bliżej i przysiada na szerokiej poręczy fotela Kate. Podnosi z jej kolan miskę w kształcie nerki.

– Założę się o stówę, że zwrócisz śniadanie, zanim zegar pokaże trzecią.

Kate rzuca okiem na tarczę zegara. Jest druga pięćdziesiąt.

– Stoi.

– Powiesz mi sama, co jadłaś na obiad – Taylor szczerzy zęby w łobuzerskim uśmiechu – czy mam się domyślić po kolorze?

– Jesteś obrzydliwy – prycha Kate, ale śmieje się od ucha do ucha.

Taylor kładzie jej rękę na ramieniu, a ona przysuwa się bliżej niego.

Przypominam sobie ten dzień, kiedy Brian dotknął mnie po raz pierwszy. Uratował mi wtedy życie. Miasto Providence nawiedziła katastroficznych rozmiarów ulewa przygnana północno – wschodnim wiatrem. Wody zatoki wezbrały i zalały miasto. Pracowałam wtedy jako sekretarka w sądzie miejskim. Cały personel został ewakuowany. Wyszłam na schody przed budynkiem i zobaczyłam, że parking jest już pod wodą. Na moich oczach fale unosiły samochody, damskie torebki zgubione przez właścicielki, zauważyłam nawet przerażonego psa, który rozpaczliwie przebierał łapami. Okazało się, że podczas gdy ja siedziałam w pracy i wypełniałam akta, świat, który znałam, pogrążył się w odmętach.