Выбрать главу

Jego słowa przytłoczyły mnie jak bloki granitu. Spojrzałem na niego – miał ściągniętą twarz i byłem pewien, że zaraz naciśnie spust. Zaniknąłem oczy i czekałem. Dobiegły mnie jakieś krzyki i hałasy, ale wydawały się dochodzić z ogromnej odległości. Teraz słyszałem – i był to jedyny dźwięk, jaki naprawdę rejestrowałem – płacz Kena. Otworzyłem oczy. Świat znikł. Byliśmy tylko my dwaj.

Nie potrafię powiedzieć, co naprawdę się stało. Może dlatego, że bezradnie leżałem na plecach, a on, mój brat, tym razem nie występował w roli zbawcy i opiekuna, ale był winowajcą. Może kiedy Ken na mnie patrzył, do głosu doszedł instynkt, zawsze nakazujący mu mnie chronić. Być może to nim wstrząsnęło.

Ken przestał mnie ściskać, ale wciąż trzymał lufę przyciśniętą do mojego czoła.

– Musisz mi coś obiecać, Will – powiedział.

– Co?

– Chodzi o Carly.

– Twoją córkę.

Ken zamknął oczy i na jego twarzy malowało się głębokie cierpienie.

– Ona kocha Norę – powiedział. – Chcę, żebyście wy dwoje zaopiekowali się Carly. Wychowajcie ją. Obiecaj.

– A co z…?

– Proszę – błagalnie powiedział Ken. – Proszę, obiecaj mi.

– W porządku, obiecuję.

– Przyrzeknij, że nigdy jej do mnie nie przyprowadzisz.

– Co?

Płakał. Łzy spływały mu po policzkach, mocząc twarze nam obu.

– Obiecaj mi, do licha. Nigdy jej o mnie nie wspominaj.

– Wychowaj ją jak własną córkę. Nie pozwól jej odwiedzać mnie w więzieniu. Przyrzeknij albo zacznę strzelać.

– Oddaj mi broń, a wtedy ci obiecam.

Ken spojrzał na mnie. Wcisnął mi broń do ręki, po czym mocno mnie ucałował. Objąłem go ramionami. Ściskałem go, mordercę. Przytuliłem. Płakał jak dziecko na mojej piersi, aż usłyszeliśmy syreny.

Próbowałem go odepchnąć.

– Idź – szepnąłem błagalnie. – Proszę. Uciekaj.

Jednak Ken się nie ruszył. Nie tym razem. Nigdy się nie dowiem dlaczego. Może miał dość ucieczki. Może próbował przezwyciężyć zło. A może chciał tylko, żebym trzymał go jak najdłużej? Nie wiem. W każdym razie pozostał na miejscu. Obejmował mnie, aż przyjechała policja i go zabrała.

58

Cztery dni później

Samolot Carly przyleciał punktualnie.

Squares podwiózł nas na lotnisko. On, Nora i ja poszliśmy razem w kierunku terminalu C. Nora szła przodem. Znała dziewczynkę, a poza tym była podekscytowana tym, że znów ją zobaczy. Ja byłem niespokojny i przestraszony.

– Porozmawiałem z Wandą – odezwał się Squares. Spojrzałem na niego.

– Powiedziałem jej wszystko.

– I co?

Przystanął i wzruszył ramionami.

– Wygląda na to, że obaj zostaniemy ojcami prędzej, niż się spodziewaliśmy.

Uściskałem go, ciesząc się jak diabli. Nie byłem pewien, jak wygląda moja sytuacja. Miałem wychowywać dwunastoletnią dziewczynkę, której nie znałem. Zrobię co w mojej mocy, ale wbrew temu, co powiedział Squares, nigdy nie będę ojcem Carly. Pogodziłem się z wieloma sprawami związanymi z Kenem, włącznie z możliwością, że resztę życia spędzi w więzieniu, ale wciąż gryzłem się tym, że nie chciał już nigdy oglądać swojej córki. Zakładałem, że zamierzał ją w ten sposób chronić. Pewnie uważał, że tak będzie dla niej lepiej.

Mówię „zakładałem”, ponieważ nie mogłem go zapytać. Po aresztowaniu Ken nie chciał i mnie widywać. Nie wiem dlaczego, ale to, co wyszeptał: „Ciebie skrzywdziłem i zdradziłem bardziej niż kogokolwiek…”. Te słowa wciąż odbijały się echem w mojej głowie, nie dając się zagłuszyć.

Squares pozostał na zewnątrz. Nora i ja wbiegliśmy do budynku. Miała na palcu mój pierścionek zaręczynowy. Oczywiście, przybyliśmy za wcześnie. Znaleźliśmy część dla przylatujących i pospieszyliśmy korytarzem. Nora przepuściła swoją torebkę przez rentgen. Ja uruchomiłem bramkę wykrywacza metali, ale to był tylko mój zegarek. Pognaliśmy do wyjścia, chociaż samolot miał wylądować dopiero za piętnaście minut.

Siedzieliśmy, trzymając się za ręce, i czekaliśmy. Melissa postanowiła jeszcze jakiś czas zostać w mieście. Opiekowała się ojcem. Yvonne Sterno dostała wyłączność, tak jak jej obiecałem. Nie wiem, jak to wpłynie na jej karierę zawodową. Jeszcze nie skontaktowałem się z Edną Rogers. Pewnie wkrótce to zrobię.

Natomiast co do Katy, to nie wysunięto wobec niej żadnych oskarżeń. Myślałem o tym, jak bardzo chciała zamknąć tę sprawę, i zastanawiałem się, czy wreszcie o niej zapomni. Niewykluczone.

Wicedyrektor Joe Pistillo ostatnio oznajmił, że z końcem roku przechodzi na emeryturę. Teraz rozumiem aż za dobrze, dlaczego tak nalegał, żebym trzymał Katy Miller z dala od sprawy – nie dla jej dobra, lecz z powodu tego, co widziała. Nie wiem, czy Pistillo nie uwierzył sześcioletniej dziewczynce, czy też smutna twarz siostry sprawiła, że zinterpretował słowa Katy tak, jak mu było wygodnie. Wiem natomiast, że federalni zataili złożone przez nią zeznanie, twierdząc, że w ten sposób próbują chronić sześcioletnie dziecko. Mam co do tego wątpliwości.

Ja, oczywiście, byłem załamany, dowiedziawszy się prawdy o moim bracie, ale mimo wszystko – choć to zabrzmi dziwnie – wydawało się to w porządku. Najgorsza prawda i tak jest lepsza od najlepszego kłamstwa. Mój świat stał się mroczniejszy, ale znów toczył się swoimi koleinami. Nora nachyliła się do mnie.

– Jak się czujesz?

– Przestraszony – odparłem.

– Kocham cię – powiedziała. – Carly też cię pokocha.

– Patrzyliśmy na monitor z godzinami przylotów. Zaczął migotać. Strażnik przy bramce Continental Airlines chwycił mikrofon i oznajmił, że samolot numer 672 wylądował. Przyleciała Carly. Odwróciłem się do Nory. Uśmiechnęła się i znowu uścisnęła moją dłoń. Rozejrzałem się wokół. Powiodłem wzrokiem po czekających pasażerach, mężczyznach w garniturach, kobietach z wózeczkami, rodzinach lecących na wakacje, spóźnionych, sfrustrowanych, zmęczonych. Obojętnie przemykałem spojrzeniem po ich twarzach, lecz nagle zauważyłem, że ktoś mi się przygląda. Zamarłem.

Duch.

– Co się stało? – zapytała Nora.

– Nic.

Duch skinął na mnie. Wstałem jak w transie.

– Dokąd idziesz?

– Zaraz wrócę – odparłem.

– Ale ona za moment tu będzie.

– Muszę iść do ubikacji.

Czule pocałowałem Norę w czubek głowy. Miała zatroskaną minę. Spojrzała na drugi koniec hali, ale Duch już znikł. Wiedziałem, że tam jest. Gdybym odszedł i tak by mnie znalazł. Ignorując go, tylko pogorszyłbym sytuację. Ucieczka byłaby głupotą. W końcu by nas dopadł.

Musiałem stawić mu czoło.

Ruszyłem w kierunku miejsca, gdzie widziałem go przed chwilą. Nogi miałem jak z waty, ale szedłem dalej. Kiedy minąłem rząd budek telefonicznych, usłyszałem jego głos.

– Will?

Odwróciłem się. Wskazał mi miejsce obok siebie. Usiadłem. Obaj patrzyliśmy nie na siebie, lecz na wielką szybę. Szkło było nagrzane od słońca. W hali zrobiło się gorąco. Zmrużyłem oczy. On też.