Выбрать главу

– Skończyliśmy już? – spytała.

– Zmęczona?

– Wykończona. Harowaliśmy jak woły, żeby zrujnować biedaczce dzień.

– Co o niej myślisz?

– Spodobała mi się. I, jak jej mówiłam, uważam, że ma beznadziejną pracę. W sumie jest całkiem niezła. Wątpię, by ktokolwiek mógł spisać się lepiej. Ona sama też to chyba wie, ale się zadręcza. Boli ją świadomość, że musi się zadowolić dziewięćdziesięcioma pięcioma procentami zamiast stu.

– Zgadzam się.

– Co to za Joe, o którym mówiła?

– Dawny narzeczony.

– Znałeś go?

– To mój brat. Spotykała się z nim.

– Kiedy?

– Zerwali sześć lat temu.

– Jaki on jest?

Reacher spuścił wzrok. Nie poprawił „jest” na „był”.

– Ucywilizowana wersja mnie.

– Może więc zechce też spotkać się z tobą. Ucywilizowanie jest przereklamowane, a większość dziewczyn bawi zaliczenie całego kompletu.

Reacher nie odpowiedział. W pokoju zapadła cisza.

– No to chyba ruszę do domu, z powrotem do Chicago. Do prawdziwego świata. Ale muszę przyznać, że ponowna praca z tobą to prawdziwa przyjemność.

– Kłamczucha.

– Nie, mówię serio.

– No to zostań. Zakład dziesięć do jednego, że w ciągu godziny tu wróci.

Neagley się uśmiechnęła.

– Żeby się z tobą umówić?

Reacher pokręcił głową.

– Nie, żeby nam powiedzieć, na czym polega jej prawdziwy problem.

4

Froelich przeszła przez chodnik do swego wozu, rzuciła teczki na fotel pasażera, uruchomiła silnik i mocno nacisnęła hamulec. Z torebki wyciągnęła telefon, otworzyła go. Powoli wprowadziła domowy numer Stuyvesanta, następnie zawahała się z palcem na przycisku. Telefon czekał cierpliwie. Na maleńkim zielonym ekraniku świecił się numer. Froelich spojrzała przed siebie przez szybę, pełna wątpliwości. Popatrzyła na telefon, z powrotem na ulicę. Nagle zamknęła telefon i położyła go na teczki. Jeden ruch sprzęgła i odjechała od krawężnika z donośnym piskiem wszystkich czterech opon. Skręciła w prawo, w lewo, w prawo i skierowała się do biura.

* * *

Kelner z obsługi hotelowej wrócił po tacę.

Reacher zdjął kurtkę, powiesił w szafie. Wyciągnął z dżinsów podkoszulek.

– Głosowałeś w wyborach? – spytała Neagley.

Pokręcił głową.

– Nie jestem nigdzie zarejestrowany. A ty?

– Jasne – rzekła. – Zawsze głosuję.

– Głosowałaś na Armstronga?

– Nikt nie głosuje na wiceprezydenta, może poza rodziną.

– Ale na tę opcję? Skinęła głową.

– Tak. A ty byś na nich głosował?

– Chyba tak – mruknął. – Słyszałaś wcześniej o Armstrongu?

– Raczej nie. Interesuję się polityką, ale nie jestem wariatką, nie umiem wymienić wszystkich stu senatorów.

– Chciałabyś wystartować w wyborach?

– Za żadne skarby. Lubię stać w cieniu, Reacher. Byłam sierżantem i w głębi ducha zawsze pozostanę sierżantem. Nigdy nie pragnęłam zostać oficerem.

– Miałaś potencjał.

Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się jednocześnie.

– Może. Nie miałam natomiast ochoty. I wiesz co? Sierżanci dysponują naprawdę sporą władzą. Nie zdajecie sobie nawet sprawy jak dużą.

– Ja sobie zdawałem sprawę – zaprotestował. – Wierz mi.

– Ona nie wróci. Siedzimy tu, gadamy, tracimy czas. Ja tracę kolejne połączenia z domem, a ona nie wróci.

– Wróci.

* * *

Froelich zaparkowała w garażu i skierowała się na górę. W ochronie prezydenckiej nie ma wolnych dni, lecz niedziele nadal wyglądały inaczej. Ludzie ubierali się inaczej, atmosfera była spokojniejsza, telefony rzadziej dzwoniły. Niektórzy cały dzień spędzali w domu. Na przykład Stuyvesant, pomyślała. Zamknęła drzwi swego biura, usiadła za biurkiem i wysunęła szufladę. Wyjęła rzeczy, których potrzebowała, i wsadziła je do dużej brązowej koperty. Następnie rozpięła teczkę z wydatkami Reachera, przepisała ogólną sumę na pierwszą kartkę swego żółtego notatnika i włączyła niszczarkę. Po kolei wsuwała do niej kartki z teczki, całą zawartość. Na następny ogień poszła teczka z zaleceniami i wszystkie zdjęcia. Tekturowe teczki także zniszczyła. Potem pomieszała długie skręcone paski w koszu, aż splątały się beznadziejnie. Wyłączyła maszynę, zabrała kopertę i pomaszerowała do garażu.

* * *

Reacher dostrzegł jej samochód z okna pokoju hotelowego. Wynurzył się zza rogu i zwolnił. Na ulicy było zupełnie pusto. Późne niedzielne popołudnie w listopadzie, w stolicy kraju. Turyści tkwili w hotelach, brali prysznice, szykowali się do kolacji. Miejscowi siedzieli w domach, czytali gazety, oglądali mecze hokeja, płacili rachunki, pracowali. Niebo ciemniało powoli, latarnie kolejno ożywały. Czarny suburban miał włączone reflektory. Na jego oczach zawrócił i zjechał na postój taksówek.

– Wróciła – oznajmił.

Neagley dołączyła do niego w oknie.

– Nie możemy jej pomóc.

– Może nie szuka pomocy.

– To po co by wracała?

– Nie wiem – rzekł. – Po drugą opinię, potwierdzenie? Może po prostu chce porozmawiać, podzielić się problemem, zmniejszyć własne brzemię.

– Ale czemu z nami?

– Bo my jej nie zatrudniliśmy i nie możemy zwolnić. Nie byliśmy też rywalami w pracy. Wiesz, jak działają takie organizacje.

– Czy w ogóle wolno jej z nami rozmawiać?

– Nie rozmawiałaś nigdy z kimś, z kim nie powinnaś?

Neagley się skrzywiła.

– Od czasu do czasu. Na przykład z tobą.

– A ja rozmawiałem z tobą. To jeszcze gorsze, bo nie byłaś oficerem.

– Ale miałam potencjał.

– To na pewno. – Spuścił wzrok. – Teraz po prostu tam siedzi.

– Ma w ręce telefon, dzwoni do kogoś. W tym momencie zadźwięczał dzwonek.

– Najwyraźniej do nas – zauważył Reacher. Podniósł słuchawkę.

– Nadal tu jesteśmy – rzucił. Słuchał krótką chwilę. -Dobra – powiedział i odłożył słuchawkę.

– Wejdzie na górę? – spytała Neagley.

Reacher przytaknął, wrócił do okna akurat na czas, by ujrzeć Froelich wysiadającą z samochodu. W ręku trzymała kopertę. Przemknęła przez chodnik i zniknęła mu z oczu. Dwie minuty później usłyszeli dzwonek windy zatrzymującej się na piętrze, po dwudziestu sekundach rozległo się pukanie do drzwi. Reacher otworzył. Froelich weszła i zatrzymała się na środku pokoju. Najpierw zerknęła na Neagley, potem na niego.

– Możemy chwilkę pomówić na osobności? – spytała.

– Nie musimy – zapewnił. – Odpowiedź brzmi: tak.

– Nie wiesz nawet, jakie jest pytanie.

– Ufasz mi, bo ufałaś Joemu, a Joe ufał mnie. To zamyka krąg. Teraz chcesz wiedzieć, czy ufam Neagley, abyś mogła zamknąć również ten krąg. Odpowiedź brzmi: tak, ufam jej bezgranicznie. Zatem i ty możesz jej zaufać.

– W porządku – przyznała Froelich. – Chyba faktycznie o to chciałam spytać.

– Zdejmij więc żakiet i rozgość się. Chcesz jeszcze kawy?

Froelich zsunęła marynarkę, rzuciła na biurko. Podeszła do stołu i położyła na nim kopertę.

– Bardzo chętnie.

Reacher zadzwonił do room service, poprosił o duży dzbanek, trzy filiżanki, trzy spodeczki i absolutnie nic więcej.

– Wcześniej powiedziałam ci tylko pół prawdy – przyznała Froelich.

– Zgadłem – mruknął Reacher.

Froelich przepraszająco skinęła głową i podniosła kopertę. Otworzyła ją. Wyciągnęła z niej przezroczystą plastikową teczkę; w środku coś tkwiło.