– Was dwojga nie powinno tu być – mruknęła. – Nic więc nie mówcie, trzymajcie się blisko mnie i maszerujcie szybko. Dobra?
Nagle się zawahała.
– Ale najpierw chodźcie coś obejrzeć.
Przeprowadziła ich przez kolejne, zwyczajnie wyglądające drzwi. Pokonali zakręt i znaleźli się w wielkiej ciemnej sali. Reacher miał wrażenie, iż dorównuje ona rozmiarami boisku piłkarskiemu.
– Główny hol budynku – oznajmiła Froelich. Jej głos odbijał się echem w marmurowej pustce. W przyciemnionym świetle biały kamień nabrał barwy szarości.
– Tutaj – oznajmiła.
Na ścianach widniały wielkie, wypukłe, wyrzeźbione z marmuru klasycznie zdobione płyty. Ta, pod którą stali, nosiła nagłówek Departament Skarbu Stanów Zjednoczonych. Inskrypcja liczyła mniej więcej dwa i pół metra. Pod nią widniała kolejna. Lista pamięci.
A niżej, od górnego lewego narożnika panelu, zaczynał się spis dat i nazwisk. Na oko trzy, cztery tuziny. Przedostatnia pozycja na liście brzmiała J. Reacher, 1997. Ostatnia: M.B. Gordon, 1997. Po nich zostało jeszcze mnóstwo wolnego miejsca, jakieś półtorej kolumny.
– To Joe – oznajmiła Froelich. – Nasz hołd dla niego.
Reacher obejrzał dokładnie upamiętniający brata napis. Litery wykuto starannie, każda z nich miała około pięciu centymetrów wysokości, każdą wyłożono złotem. Marmur sprawiał wrażenie zimnego, był żyłkowany i cętkowany, jak każdy marmur na świecie. Nagle w umyśle ujrzał twarz Joego liczącego sobie jakieś dwanaście lat, siedzącego przy rodzinnym stole. Zawsze o minisekundę wcześniej rozumiał dowcip, zawsze o minisekundę później się uśmiechał. I kolejna wizja brata, wychodzącego z domu, w owym czasie budynku wojskowego gdzieś w gorącym klimacie, w mokrej od potu koszuli, z torbą na ramieniu.
Zmierzał wprost na lotnisko, a stamtąd do odległego o piętnaście tysięcy kilometrów West Point. Cmentarz, podczas pogrzebu matki. Wówczas po raz ostatni widział go żywego. Poznał też Molly Beth Gordon, jakieś piętnaście sekund przed jej śmiercią. Była energiczną, pełną życia jasnowłosą kobietą. Nawet dość podobną do Froelich.
– Nie, to nie Joe – rzekł. – Ani Molly Beth. To tylko nazwiska.
Neagley na niego zerknęła. Froelich, milcząc, poprowadziła ich z powrotem do małego holu z windą. Wjechali trzy piętra wyżej i znaleźli się w innym świecie, pełnym wąskich korytarzy, niskich pomieszczeń i typowego sprzętu biurowego. Dźwiękochłonne podwieszane sufity, halogeny, białe linoleum i szara wykładzina na podłogach. Biura podzielone na boksy sięgającymi do ramion panelami, obszytymi materiałem, na regulowanych nogach. Całe rzędy telefonów, faksów, stosy papierów i wszędzie komputery. Szum twardych dysków i wentylatorów, stłumione popiskiwanie modemów, ciche dzwonki telefonów – wszystko to łączyło się, tworząc nieustanny dźwięk, odgłos wytężonej pracy. Tuż za głównym wejściem znajdowała się lada recepcji. Siedział za nią mężczyzna w garniturze. Ramieniem podtrzymywał słuchawkę, jednocześnie zapisując coś w notatniku, toteż zdołał jedynie powitać ich zdumionym spojrzeniem i roztargnionym skinieniem głowy.
– Oficer dyżurny – oznajmiła Froelich. – Pracują na trzy zmiany. Zawsze ktoś tu jest.
– To jedyne wejście? – spytał Reacher.
– Z tyłu są schody przeciwpożarowe – wyjaśniła Froelich. – Ale nie ekscytuj się. Widzisz kamery?
Wskazała sufit. Wszędzie wokół rozmieszczono miniaturowe kamery przemysłowe, które obserwowały każdy korytarz.
– Uwzględnij je, proszę – dodała.
Zaprowadziła ich w głąb kompleksu, skręcając w lewo i w prawo. W końcu znaleźli się na tyłach piętra. Długi, wąski korytarz prowadził do pozbawionego okien kwadratowego pokoju. Przy bocznej ścianie dostrzegli stanowisko sekretarki z miejscem dla jednej osoby. Biurko, szafki na akta, półki pełne segregatorów, stosy notatek. Na ścianie wisiał portret obecnego prezydenta, w kącie stała zwinięta flaga. Obok niej wieszak. Nic więcej, wszystko w idealnym porządku. Nic nietypowego. Za biurkiem sekretarki ujrzeli wyjście przeciwpożarowe – solidne drzwi z acetatową plakietką przedstawiającą biegnącego zielonego człowieka. Nad wejściem także wisiała kamera, patrząca przed siebie niczym wiecznie czujne szklane oko. Naprzeciwko stanowiska sekretarki zobaczyli samotne drzwi bez tabliczki. Zamknięte.
– Gabinet Stuyvesanta – oznajmiła Froelich.
Otworzyła drzwi i poprowadziła ich do środka. Pstryknęła włącznikiem i pokój zalała fala jasnego, halogenowego światła. Pomieszczenie było niezbyt wielkie, mniejsze niż kwadratowa poczekalnia. Okno przesłaniała roleta z białej tkaniny, nie wpuszczająca do środka nocy.
– Czy okno się otwiera? – spytała Neagley.
– Nie – odparła Froelich. – A poza tym wychodzi na Pennsylvania Avenue. Gdyby jakiś włamywacz próbował wspiąć się na linie trzy piętra w górę, ktoś z pewnością by to zauważył.
Dominującym sprzętem w gabinecie było wielkie biurko z szarym blatem ze sztucznego kamienia, obecnie idealnie pustym. Tuż przy nim ustawiono obite skórą krzesło.
– Czy on nie używa telefonu? – spytał Reacher.
– Trzyma go w szufladzie – wyjaśniła Froelich. – Lubi porządek na biurku.
Pod ścianą stały wysokie szafki z drzwiczkami z tego samego szarego laminatu co biurko. Do tego dwa krzesła dla gości, także obite skórą. Poza tym nic. Surowe wnętrze, świadczące o uporządkowanym umyśle.
– A zatem – zaczęła Froelich – list z groźbą przyszedł w poniedziałek, tydzień po wyborach. Następnie wieczorem w środę Stuyvesant wyszedł do domu około wpół do ósmej. Biurko zostawił puste. Sekretarka skończyła pracę pół godziny później. Jak zawsze tuż przed wyjściem zajrzała do środka. Potwierdza, że blat był pusty, i można jej chyba wierzyć. Gdyby leżała tu choćby jedna kartka, z pewnością by to zauważyła.
Reacher przytaknął. Blat biurka przypominał pokład dziobowy krążownika, gotowego do admiralskiej inspekcji. Z łatwością można by na nim dostrzec nawet drobinkę kurzu.
– O ósmej rano w czwartek zjawia się sekretarka – ciągnęła Froelich. – Podchodzi wprost do swego biurka i zaczyna pracę. Nie zagląda do gabinetu Stuyvesanta. Dziesięć po ósmej przychodzi Stuyvesant, w ręku ma teczkę, na sobie płaszcz przeciwdeszczowy. Zdejmuje płaszcz, wiesza na wieszaku. Sekretarka coś do niego mówi. Stuyvesant stawia teczkę na jej biurku, chwilę rozmawiają.
Potem otwiera drzwi, wchodzi do gabinetu. Niczego ze sobą nie ma, teczkę zostawił na biurku sekretarki. Jakieś cztery- pięć sekund później wychodzi, wzywa ją do środka. Oboje potwierdzają, że w tym momencie kartka papieru leżała tu, na biurku.
Neagley rozejrzała się po gabinecie, wodząc wzrokiem od biurka do drzwi, jakby mierzyła odległość.
– To tylko ich zeznanie? – spytała. – Czy też nakręciły to kamery ochrony?
– Jedno i drugie – odparła Froelich. – Obraz z każdej kamery trafia na osobną taśmę. Obejrzałam tę stąd. Wszystko zdarzyło się dokładnie tak, jak opisali.
– Jeśli więc nie uczestniczą w tym oboje, żadne z nich nie mogło umieścić tu listu.