– Musiał mieć sporo garniturów.
– Ze dwa tuziny – odparła.
– Jak ktoś mógł mieć dwadzieścia cztery garnitury?
– Lubił się stroić. Z pewnością to pamiętasz.
Reacher stał bez ruchu. Joemu, którego pamiętał, wystarczała para szortów i jeden podkoszulek. Zimą nosił drelichy; gdy było bardzo zimno, dorzucał do nich znoszoną kurtkę lotniczą, to wszystko. Na pogrzebie matki miał na sobie bardzo oficjalny czarny garnitur. Reacher założył wówczas, że pochodzi on z wypożyczalni. Ale może nie. Może praca w Waszyngtonie go zmieniła.
– Powinieneś je wziąć – powiedziała Froelich. – Zresztą i tak do ciebie należą. Byłeś chyba jego najbliższą rodziną.
– Chyba byłem – przyznał.
– Jest też pudełko – dodała. – Rzeczy, które zostawił i po które nigdy nie wrócił.
Podążył za jej wzrokiem ku dolnej półce szafy i ujrzał kartonowe pudło, stojące pod wieszakiem. Było zamknięte.
– Opowiedz mi o Molly Beth Gordon – poprosił.
– Ale co?
– Po ich śmierci wywnioskowałem, że byli ze sobą. Pokręciła głową.
– Owszem, coś ich łączyło, bez wątpienia, ale razem pracowali. Była jego asystentką. Nigdy nie umawiałby się z kimś z pracy.
– Czemu zerwaliście? – spytał.
Na dole odezwał się dzwonek. W niedzielnej ciszy zabrzmiał bardzo głośno.
– Jedzenie – mruknęła Froelich.
Zeszli i zjedli razem przy kuchennym stole, w dziwnie intymnej atmosferze, ale jednocześnie Reacher czuł się bardzo odległy. Zupełnie jakby siedział obok obcej osoby w samolocie podczas długiego lotu. Człowiek czuje się związany z sąsiadem, a równocześnie kompletnie niezwiązany.
– Możesz przenocować – zaproponowała Froelich. – Jeśli chcesz.
– Nie wymeldowałem się z hotelu.
Skinęła głową.
– No to wymelduj się jutro i zamieszkaj tutaj.
– A Neagley?
Sekunda wahania.
– Ona też, jeśli zechce. Na drugim piętrze jest wolna sypialnia.
– Dobra – rzekł.
Skończyli posiłek. Reacher wyrzucił pojemniki i przepłukał talerze, Froelich włączyła zmywarkę. Nagle zadźwięczał telefon. Przeszła do salonu, odebrała. Rozmawiała długą chwilę, po czym odłożyła słuchawkę.
– To był Stuyvesant – oznajmiła. – Macie oficjalne pozwolenie.
Skinął głową.
– Zadzwoń więc do Neagley i powiedz, żeby brała tyłek w troki.
– Teraz?
– Kiedy ma się problem, należy go rozwiązać – stwierdził. – To moja zasada. Powiedz, żeby czekała przed hotelem za pół godziny.
– Od czego zaczniecie?
– Od taśm – odparł. – Chcę obejrzeć je jeszcze raz i chcę porozmawiać z facetem, który zajmuje się tą częścią operacji.
Pół godziny później zgarnęli Neagley z chodnika przed hotelem. Przebrała się w czarny kostium z krótkim żakietem. Do tego obcisłe spodnie. Z tyłu wyglądały świetnie, przynajmniej według Reachera. Dostrzegł, że Froelich doszła do tego samego wniosku, nic jednak nie powiedziała. Prowadziła w milczeniu przez pięć minut, po czym znaleźli się z powrotem w siedzibie Secret Service. Froelich skierowała się wprost do swego biura, zostawiając Reachera i Neagley z agentem zajmującym się taśmami z kamer -drobnym, szczupłym, nerwowym mężczyzną w niedzielnym stroju, który został pilnie wezwany na spotkanie. Sprawiał wrażenie nieco oszołomionego. Poprowadził ich do pomieszczenia technicznego, niewiele większego od szafy. Wypełniały je rzędy magnetowidów. Na jednej ścianie stał regał z setkami kaset VHS w czarnych plastikowych pudełkach. Same magnetowidy były proste, szare, pozbawione ozdobników. Pomieszczenie wypełniały starannie ułożone kable, notatki służbowe przypięte do ścian, cichy szum małych silniczków i woń rozgrzanych obwodów. Zielone cyferki na wyświetlaczach zmieniały się niestrudzenie.
– Tak naprawdę ten system nie wymaga opieki – oznajmił ich przewodnik. – Do każdej kamery podłączone są cztery magnetowidy, każdy z sześciogodzinną taśmą. Raz dziennie zmieniamy wszystkie kasety, opisujemy, przechowujemy trzy miesiące, a potem używamy ponownie.
– Gdzie są oryginały z tamtej nocy? – spytał Reacher.
– O tutaj – odparł mężczyzna. Pogrzebał w kieszeni, znalazł pęk małych mosiężnych kluczy. Przycupnął w ciasnym pokoju i otworzył niską szafkę. Wyjął trzy pudełka.
– To te trzy, które przegrałem dla Froelich – oznajmił, wciąż kucając.
– Można je gdzieś obejrzeć?
– Nie różnią się od kopii.
– Kopiowanie powoduje utratę szczegółów – wyjaśnił Reacher. – Pierwsza zasada brzmi: zawsze sprawdzać oryginały.
– Dobra – mruknął tamten. – Chyba możecie obejrzeć je tutaj.
Wstał niezręcznie, przesunął kilka przedmiotów na stole, przekręcił niewielki monitor i włączył samotny odtwarzacz. Na ekranie pojawił się szary prostokąt.
– Nie mają pilotów – rzekł. – Musicie obsłużyć go sami. Ułożył trzy pudełka w odpowiedniej kolejności.
– Masz tu krzesła? – spytał Reacher.
Mężczyzna wymknął się na zewnątrz; wrócił po chwili, ciągnąc za sobą dwa krzesła maszynistek. Na moment ugrzęzły w drzwiach. Z pewnym trudem ustawił je oba przed wąską ławą. Potem rozejrzał się z nieszczęśliwą miną, jakby nie chciał zostawiać obcych w swoim maleńkim królestwie.
– Chyba zaczekam w holu – zdecydował w końcu. – Wezwijcie mnie, jak skończycie.
– Jak się nazywasz? – spytała Neagley.
– Nendick – odparł nieśmiało mężczyzna.
– Dobra, Nendick – stwierdziła – na pewno cię wezwiemy.
Nendick wyszedł z pokoju. Reacher wsunął do odtwarzacza trzecią taśmę.
– Wiesz co? – zagadnęła Neagley. – Facet nie zerknął
nawet na mój tyłek.
– Nie?
– Mężczyźni zwykle to robią, gdy mam na sobie te spodnie.
– Naprawdę?
– Zwykle.
Reacher nie spuszczał wzroku z szarego ekranu.
– Może to gej? – podsunął.
– Na palcu miał obrączkę.
– Może więc stara się unikać niestosownych uczuć. Albo jest zmęczony.
– Albo może się starzeję – dodała.
Nacisnął przewijanie w tył. Silnik zapiszczał cicho.
– Trzecia taśma – rzekł Reacher. – Czwartek rano. Będziemy szli do tyłu.
Odtwarzacz przewijał szybko. Reacher obserwował licznik. Nacisnął odtwarzanie i na ekranie pojawiło się puste biuro wraz z TTR ukazującym czwartkową datę i godzinę, 7:55 rano. Przewinął taśmę i zatrzymał w chwili, gdy na ekranie dokładnie o ósmej pojawiła się sekretarka. Reacher rozsiadł się wygodnie na krześle, wcisnął odtwarzanie. Sekretarka weszła do środka, zdjęła płaszcz, powiesiła na wieszaku. Minęła o metr drzwi Stuyvesanta i pochyliła się za biurkiem.
– Chowa torebkę – mruknęła Neagley. – Kładzie na podłodze pod nogami.
Sekretarka miała około sześćdziesiątki. Przez moment patrzyła wprost w kamerę – typ matrony, surowej, lecz miłej. Usiadła ciężko i przesunęła krzesło, po czym otworzyła leżący na biurku zeszyt.
– Sprawdza kalendarz – skomentowała Neagley.
Sekretarka cały czas siedziała za biurkiem. Przez chwilę czytała coś w kalendarzu, potem zaczęła przeglądać wysoki stos dokumentów. Część schowała do szuflady, inne opieczętowała i przełożyła ze stosu po prawej na nowy po lewej stronie blatu.
– Widziałaś kiedyś tyle papierów? – spytał Reacher. -
Gorzej niż w wojsku.
Sekretarka dwukrotnie oderwała się od stosu dokumentów, by odebrać telefon, ani na moment jednak nie wstała z miejsca. Reacher znów przewinął taśmę. Dziesięć po ósmej na ekranie pokazał się Stuyvesant, w ciemnym płaszczu przeciwdeszczowym – może czarnym, może grafitowym. W dłoni trzymał wąską teczkę. Zdjął płaszcz, powiesił na wieszaku, ruszył w głąb pokoju. Głowa sekretarki się poruszała. Wyglądało na to, że rozmawiają. Stuyvesant postawił teczkę na jej biurku pod kątem prostym i poprawił lekko. Pochylił się, naradzając się z kobietą. Raz jeden skinął głową, wyprostował się i ruszył do drzwi, bez teczki. Zniknął w głębi gabinetu. Na liczniku przeskoczyły cztery sekundy. Stuyvesant pojawił się ponownie, wzywając sekretarkę.