dostać. Ponieważ podczas gdy ktoś z wewnątrz to po prostu irytująca przeszkoda, czynnik zewnętrzny może być
naprawdę niebezpieczny.
Stuyvesant odwrócił wzrok.
– Kto to?
– Nie mam pojęcia – przyznał Reacher. – Człowiek spoza firmy, którego łączy coś z kimś od was. Dostatecznie mocna więź, by mógł dostarczyć wiadomość. I nic ponadto.
– A ktoś z wewnątrz to jeden ze sprzątaczy.
– Albo wszyscy – dodała Froelich.
– Tak zakładam, owszem – przyznał Reacher.
– Jesteś tego pewien?
– Absolutnie.
– Skąd? – chciał wiedzieć Stuyvesant.
Reacher wzruszył ramionami.
– Mam wiele powodów. Niektóre drobne, jeden bardzo poważny.
– Wyjaśnij – powtórzył Stuyvesant.
– Zawsze szukam najprostszych rozwiązań – zaczął Reacher.
Stuyvesant skinął głową.
– Ja też. Jeśli słyszę tętent, myślę o koniach, nie zebrach. Ale w tym wypadku najprostsze rozwiązanie to ktoś z firmy próbujący zaleźć za skórę Froelich.
– Nie do końca – nie zgodził się Reacher. – Zastosowana metoda jest na to zbyt złożona. Ktoś z firmy robiłby to co zwykle. Najłatwiejsze wyjście. Wszyscy z pewnością widzieliśmy już podobne sytuacje. Tajemnicze awarie łączności i komputera, fałszywe wezwania pod nieistniejące adresy w najgorszej części miasta. Froelich zjawia się, wzywa wsparcie, nikt się nie pokazuje, ona wpada w panikę, zaczyna wrzeszczeć przez radio, powstaje nagranie i zaczyna krążyć. Każda organizacja zajmująca się prawem i porządkiem dysponuje mnóstwem podobnych przykładów.
– W tym żandarmeria wojskowa?
– Jasne, zwłaszcza jeśli chodzi o kobiety oficerów. Stuyvesant pokręcił głową.
– Nie, to zwykły domysł. Ja pytam, skąd wiesz.
– Wiem, bo dziś nic się nie stało.
– Wyjaśnij – rzekł po raz trzeci Stuyvesant.
– To sprytny przeciwnik – oświadczył Reacher. – Jest
inteligentny i pewny siebie, panuje nad wszystkim. Ale zagroził nam czymś i nie spełnił groźby.
– I co z tego? Po prostu mu nie wyszło.
– Nie – rzekł Reacher. – Nawet nie spróbował, bo nie
wiedział, że musi. Bo nie wiedział, że dostaliśmy dziś jego
list.
W sali zapadła cisza.
– Spodziewał się, że dotrze do nas jutro – ciągnął Reacher.
– Nadano go w piątek. Od piątku do poniedziałku to bardzo szybko jak na amerykańską pocztę. Zrządzenie losu.
On założył, że list dojdzie we wtorek.
Nikt się nie odezwał.
– To człowiek z zewnątrz – kontynuował Reacher. – Nie ma żadnych bezpośrednich powiązań z departamentem, nie wie zatem, że jego groźba dotarła dzień wcześniej. W przeciwnym razie z pewnością spełniłby ją dzisiaj, bo to arogancki sukinsyn i nie chce sprawić nam zawodu. Możecie na to liczyć. Teraz czeka gdzieś gotów jutro spełnić groźbę. Dokładnie tak, jak planował od początku.
– No świetnie – mruknęła Froelich. – Jutro mamy kolejne przyjęcie dla darczyńców.
Stuyvesant milczał przez sekundę.
– Co proponujesz? – spytał.
– Musimy je odwołać – rzuciła Froelich.
– Nie, chodziło mi o strategię długoterminową – uściślił Stuyvesant. – I nie możemy niczego odwołać. Nie możemy po prostu się poddać i oznajmić, że nie potrafimy chronić naszego pracodawcy.
– Musicie być twardzi – oznajmił Reacher. – To tylko demonstracja, ma wam dopiec. Osobiście zgaduję, że w ogóle nie dotknie samego Armstronga. Wydarzy się gdzieś, gdzie był albo dopiero będzie.
– Na przykład? – spytała Froelich.
– Może w jego domu – podsunął Reacher. – Tu albo w Bismarck, są jeszcze biura. No wiecie, dramatyczny pokaz, podobnie jak te cholerne listy. Coś spektakularnego w miejscu, które Armstrong właśnie opuścił albo do którego się wybiera. Ponieważ w tej chwili mamy tu do czynienia z próbą sił. Facet obiecał nam demonstrację i myślę, że dotrzyma słowa. Założę się jednak, że jego następny ruch nie będzie bezpośredni. W przeciwnym razie czemu miałby tak właśnie sformułować wiadomość? Po co ta gadka o demonstracji? Czemu po prostu nie napisze: Armstrong, dziś zginiesz.
Froelich milczała.
– Musimy go zidentyfikować – powiedział Stuyvesant.
– Co o nim wiemy?
Cisza.
– Cóż, wiemy, że znów zaczynamy oszukiwać samych siebie – odparł w końcu Reacher. – Albo znów mamy do czynienia ze skrótem myślowym. Bo to nie jest on, to oni. Zespół. To zawsze jest zespół. Dwie osoby.
– Domysły – mruknął Stuyvesant.
– Chciałbyś – upierał się Reacher. – Można tego dowieść.
– Jak?
– Od początku nie dawał mi spokoju fakt, że na liście
oprócz śladów rękawiczek jest też odcisk kciuka. Czemu
jedno i drugie? Albo jego odciski są w aktach, albo ich nie
ma. Ale tu chodzi o dwie osoby. Gościowi od kciuka ni
gdy nie pobierano odcisków. Temu w rękawiczkach owszem. To dwie osoby pracujące wspólnie.
Stuyvesant sprawiał wrażenie bardzo zmęczonego. Dochodziła druga nad ranem.
– Już nas nie potrzebujecie – wtrąciła Neagley. – To nie jest dochodzenie wewnętrzne. Właśnie wyszło poza ten budynek.
– Nie – rzucił Stuyvesant. – Wciąż jest wewnętrzne, bo sprzątacze nadal coś ukrywają. Musieli spotkać się z tymi ludźmi, muszą wiedzieć, kto to.
Neagley wzruszyła ramionami.
– Daliście im prawników i bardzo utrudniliście sprawę.
– Na miłość boską, muszą mieć adwokatów – zaprotestował Stuyvesant. – Zostali aresztowani, takie jest prawo wynikające z szóstej poprawki.
– Pewnie tak – zgodziła się Neagley. – Powiedz mi w takim razie, czy jest jakieś prawo, które mówi, co robić, kiedy wiceprezydent zostanie zabity przed inauguracją?
– Owszem – odparła cicho Froelich. – Dwudziesta poprawka. Kongres wybiera innego.
Neagley przytaknęła.
– Z pewnością mają już gotową listę kandydatów. W sali zapadła cisza.
– Powinniście wciągnąć w to FBI – powiedział Reacher.
– Zrobię to – odparł Stuyvesant – kiedy zdobędziemy nazwiska, nie wcześniej.
– Widzieli już listy.
– Tylko w laboratorium. Ich lewica nie ma pojęcia, co czyni prawica.
– Potrzebujecie ich pomocy.
– I poproszę o nią, gdy tylko zdobędziemy nazwiska. Dam je Biuru na srebrnej tacy, ale nie powiem, skąd się wzięły. Nie powiem, że pomagał im ktoś z wewnątrz i z całą pewnością nie ściągnę ich, dopóki ktoś z wewnątrz wciąż w tym uczestniczy.
– To takie ważne?
– Żartujesz? CIA miała problem z tym Amesem, pamiętasz? Biuro się połapało i latami się z nich nabijali. Potem pojawił się Hanssen i sami zaczęli mieć kłopoty. Nie wyglądali już tak sprytnie. To gra w ekstraklasie, Reacher. W tej chwili Secret Service jest bezdyskusyjnym numerem jeden. W całej naszej historii zanotowaliśmy tylko jedną porażkę i to prawie czterdzieści lat temu. Nie zamierzamy zatem spaść w dół tabeli, ot tak, dla zabawy.
Reacher milczał.
– I nawet się nie nadymaj – ciągnął Stuyvesant. – Nie mów mi, że w wojsku zareagowalibyście inaczej. Nie przypominam sobie, abyście biegli po pomoc do Biura. Nie przypominam sobie, by wasze wstydliwe sekrety trafiły do „Washington Post”.
Reacher przytaknął. Większość wstydliwych sekretów wojska została skremowana bądź pochowana sześć stóp pod ziemią, albo siedzi gdzieś w twierdzy, zbyt przerażona, by choćby otworzyć usta, ewentualnie tkwi w domu i boi się powiedzieć choć słowo nawet własnej matce. Parę takich spraw załatwił osobiście.
– Będziemy działać spokojnie i powoli, krok za krokiem
– podjął Stuyvesant. – Udowodnijmy, że ci goście to ludzie z zewnątrz. Wyciągnijmy ich nazwiska od sprzątaczy