i do cholery z prawnikami.
Froelich pokręciła głową.
– Najważniejszą rzeczą jest dopilnować, by Armstrong dożył północy.
– To będzie tylko demonstracja – przypomniał Reacher.
– Słyszałam – odparła. – Ale tutaj decyzja należy do mnie. Ty tylko zgadujesz. Dysponujemy jedynie kilkoma słowami na kartce papieru. Twoja interpretacja może być błędna. W końcu, czy istnieje lepsza demonstracja niż dowiedzenie, że naprawdę można to zrobić? To obnażyłoby naszą nieskuteczność. Czy jest jakiś lepszy sposób?
Neagley skinęła głową.
– A przy okazji mogliby zachować twarz. Nieudaną próbę wzięlibyśmy za zwykłą demonstrację.
– Jeśli w ogóle macie rację – dodał Stuyvesant.
Reacher milczał. Kilka minut później spotkanie dobiegło końca. Stuyvesant kazał Froelich sprawdzić dokładny plan zajęć Armstronga na następny dzień. Stanowił on połączenie znajomych elementów. Najpierw spotkanie w domu z agentami CIA, tak jak w piątek rano. Potem, po południu, spotkania na Wzgórzu Kapitolińskim, jak zwykle. Następnie wieczorne przyjęcie w tym samym hotelu co w czwartek. Stuyvesant zapisał wszystko i tuż przed wpół do
trzeciej nad ranem pojechał do domu, zostawiając Froelich samą przy długim, skąpanym w jasnym blasku stole, siedzącą w ciszy naprzeciw Reachera i Neagley.
– Jakieś rady? – spytała.
– Jedź do domu i prześpij się – odparł Reacher.
– Super.
– A potem rób dokładnie to, co do tej pory – dodała Neagley. – W domu nic mu nie grozi. W biurze nic mu nie grozi. Nie zdejmujcie namiotów, przesiadki też są bezpieczne.
– A przyjęcie w hotelu?
– Powinno być krótkie i dobrze zabezpieczone. Froelich skinęła głową.
– Nic więcej i tak nie mogę zrobić.
– Jesteś dobra w swojej pracy? – spytała Neagley.
Froelich się zawahała.
– Tak – odpowiedziała. – Dość dobra.
– Nie – podkreślił Reacher. – Jesteś najlepsza, absolutnie najlepsza ze wszystkich. Jesteś tak dobra, że trudno w to uwierzyć.
– Tak właśnie musisz myśleć – uzupełniła Neagley. -Nakręć się, podkręć tak mocno, że nie będziesz mogła sobie wyobrazić, że jakikolwiek palant mógłby zbliżyć się do ciebie nawet na milion kilometrów ze swym durnowatym liścikiem.
Froelich uśmiechnęła się przelotnie.
– Czy to szkolenie wojskowe?
– Dla mnie owszem – odparła Neagley. – Reacher już się taki urodził.
Froelich uśmiechnęła się ponownie.
– Dobra – zdecydowała. – Do domu, do łóżka. Jutro czeka nas wielki dzień.
Waszyngton w środku nocy jest cichy i pusty. Jazda do hotelu Neagley zabrała im zaledwie dwie minuty, kolejnych dziesięciu potrzebowali na dotarcie do domu Froelich. Na całej ulicy tłoczyły się zaparkowane samochody. Wyglądały, jakby spały – ciemne, nieruchome, ciche, pokryte grubą warstwą rosy. Suburban, długi na ponad pięć metrów, potrzebował sporo miejsca. Dopiero dwie przecznice dalej znaleźli dostatecznie dużą lukę, by móc go zostawić. Zamknęli drzwi i razem ruszyli z powrotem. Na dworze było zimno. Po chwili dotarli do domu, otworzyli drzwi i weszli do środka. Lampy wciąż się paliły, ogrzewanie pracowało pełną parą. Froelich przystanęła w przedpokoju.
– Czy wszystko w porządku? – spytała. – Mówię o tym, co zdarzyło się wcześniej.
– Jasne – rzekł.
– Chcę po prostu, żebyśmy mieli jasność.
– Myślę, że mamy.
– Przepraszam, że nie zgodziłam się z tobą co do demonstracji.
– To twoje prawo. Ty tu rządzisz.
– Miałam innych chłopaków – zaczęła. – No wiesz, po.
Milczał.
– A Joe miał inne dziewczyny – dodała. – Nie był aż taki nieśmiały.
– Ale zostawił tu swoje rzeczy.
– To ma znaczenie?
– Nie wiem. Coś musi znaczyć.
– On nie żyje, Reacher. Teraz nic go już nie obchodzi.
– Wiem.
Milczała przez sekundę.
– Zaparzę herbaty – oznajmiła. – Chcesz? Pokręcił głową.
– Idę do łóżka.
Froelich skręciła do salonu i dalej do kuchni, a on pomaszerował na górę. Cicho zamknął za sobą drzwi pokoju gościnnego. Otworzył szafę. Zdjął garnitur Joego i odwiesił z powrotem na metalowy wieszak z pralni chemicznej. Rozwiązał krawat, zwinął i położył na półkę. Zdjął koszulę i rzucił na dno szafy. Nie musiał jej oszczędzać. Na wieszaku wisiały jeszcze cztery. Nie spodziewał się, że pozostanie tu dłużej niż cztery dni. Ściągnął skarpetki, posłał w ślad za koszulą. Przeszedł do łazienki ubrany jedynie w bokserki.
Spędził w środku trochę czasu. Gdy wyszedł, Froelich stała w drzwiach pokoju gościnnego. Na sobie miała koszulę nocną z białej bawełny, dłuższą niż podkoszulek, ale niezbyt. Światła w korytarzu za jej plecami sprawiły, że materiał stał się przejrzysty. Włosy miała rozczochrane. Bez butów sprawiała wrażenie niższej, bez makijażu -młodszej. Miała świetne nogi, wspaniałą figurę, jednocześnie miękką i umięśnioną.
– On ze mną zerwał – oznajmiła. – To był jego wybór, nie mój.
– Czemu?
– Poznał kogoś.
– Kogo?
– Nieważne, nie słyszałeś o niej. Po prostu kogoś.
– Czemu nie powiedziałaś?
– Wypierałam to wspomnienie. Może starałam się chronić samą siebie i twoje wspomnienia o starszym bracie.
– Nie zachował się ładnie?
– Niezbyt ładnie.
– Jak to się stało?
– Po prostu mi powiedział. – I wyszedł?
– W sumie nie mieszkaliśmy razem. Spędzał tu trochę czasu, a ja trochę u niego. Ale zatrzymaliśmy osobne mieszkania. Jego rzeczy wciąż tu są, bo nie pozwoliłam mu po nie wrócić. Nie wpuściłam go za drzwi. Byłam wściekła i zraniona.
– Domyślam się.
Wzruszyła ramionami. Rąbek koszuli nocnej powędrował w górę.
– Nie, to było głupie. W końcu takie rzeczy się zdarzają. Zwykły związek, miał swój początek i koniec. Nic wyjątkowego w dziejach ludzkości czy nawet w moich własnych dziejach. Często to ja odchodziłam.
– Czemu mi to mówisz?
– Wiesz czemu.
Skinął głową, nie odezwał się.
– Żebyśmy mogli zacząć od zera. Twoja reakcja na moją
osobę ma mieć związek z tobą i ze mną, nie ze mną i z Joem. On sam się odsunął, to był jego wybór. Zatem gdyby
nawet wciąż żył, nie powinno go to obchodzić.
Reacher ponownie skinął głową.
– Ale czy ty potrafisz zacząć od zera?
– Joe był świetnym facetem – powiedziała. – Kiedyś go kochałam. Ale ty nie jesteś nim, jesteś zupełnie kimś innym, wiem o tym. Nie chcę go odzyskać, nie chcę ducha.
Postąpiła krok naprzód, w głąb pokoju.
– To dobrze – powiedział Reacher. – Bo ja nie jestem
taki jak on. Musisz to zrozumieć, od samego początku.
– Rozumiem – rzekła. – Od początku czego?
Kolejny krok. Po nim zatrzymała się nagle.
– Tego, co będzie – odparł Reacher. – Ale wiesz, że skończy się tak samo. To też musisz zrozumieć. Odejdę tak jak
on. Zawsze odchodzę.
Zbliżyła się, dzielił ich od siebie jeszcze metr.
– Wkrótce? – spytała.
– Może. Może nie.
– Zaryzykuję – oznajmiła. – Nic nie trwa wiecznie.
– Nie czuję się z tym dobrze – wyznał.
Spojrzała mu w twarz.
– Z czym?
– Stoję tu ubrany w rzeczy twojego byłego kochanka.
– Niezbyt wiele rzeczy – poprawiła. – To akurat z łatwością można zmienić.
Reacher zawiesił głos.