Выбрать главу

– Czyżby? – spytał. – Pokażesz mi jak?

Podszedł do niej, a ona objęła go w pasie. Wsunęła palce pod gumkę bokserek i zmieniła sytuację. Cofnęła się odrobinę, uniosła ręce nad głowę. Jeden płynny ruch i koszula wylądowała na ziemi. Ledwo dotarli do łóżka.

* * *

Przespali trzy godziny i obudzili się o siódmej, gdy w pokoju Froelich zadźwięczał budzik – słaby i odległy, ledwo słyszalny przez ścianę pokoju gościnnego. Reacher leżał na plecach, Froelich skulona u jego boku, z udem zarzuconym na jego nogę. Głowę oparła na ramieniu Reachera, jej włosy muskały mu twarz. Odpowiadała mu ta pozycja. Był też zmęczony. Ciepło, wygoda, zmęczenie sprawiły, że miał ochotę puścić dźwięk mimo uszu i zostać w łóżku. Froelich jednak wyśliznęła się i usiadła, oszołomiona i senna.

– Dzień dobry – powitał ją Reacher.

Z okna sączyło się szare światło. Froelich uśmiechnęła się, ziewnęła, odsunęła łokcie i przeciągnęła się. Budzik

w sąsiednim pokoju wciąż dzwonił. Nagle dźwięk stał się głośniejszy. Reacher przesunął dłońmi po brzuchu Froelich i wyżej, ku piersiom. Ponownie ziewnęła, uśmiechnęła, przekręciła i trąciła twarzą jego szyję.

– Tobie też dzień dobry – odparła.

Budzik brzęczał za ścianą. Wyglądało na to, że ignorowany dzwonek z każdą chwilą staje się głośniejszy. Reacher przyciągnął do siebie Froelich, ręką odgarnął jej włosy i ucałował. Odległy budzik zaczął piszczeć i zawodzić jak radiowóz. Reacher z ulgą pomyślał, że dobrze, iż nie stoi w tym samym pokoju.

– Musimy wstawać – oznajmiła.

– I wstaniemy – zapewnił. – Wkrótce.

Przytrzymał ją, przestała się szamotać. Bez tchu zaczęli się kochać, szybko, gwałtownie, jakby budzik poganiał każdy ich ruch. Reacher miał wrażenie, że znaleźli siew schronie przeciwatomowym, a wyjące syreny odliczają ostatnie sekundy ich życia. Gdy skończyli zdyszani, Froelich dźwignęła się z łóżka, pobiegła do swej sypialni i wyłączyła dzwonek. Cisza wydała się ogłuszająca. Reacher leżał na wznak wsparty o poduszkę, patrząc w sufit. Smuga padającego z okna szarego światła ukazywała drobne uszkodzenia tynku. Po chwili Froelich wróciła, wciąż naga.

– Chodź do łóżka – poprosił.

– Nie mogę – odparła. – Muszę brać się do pracy.

– Przez jakiś czas Armstrong sobie poradzi, a jeśli nie,

zawsze mogą wybrać kolejnego. Dwudziesta poprawka, pamiętasz. Kolejka już czeka.

– A ja trafię do kolejki po zasiłek. Może zacznę smażyć hamburgery.

– Zdarzyło ci się to kiedyś?

– Co? Smażenie hamburgerów?

– Nie. Utrata pracy. Pokręciła głową.

– Nigdy.

Reacher uśmiechnął się.

– Od pięciu lat praktycznie nie pracowałem.

Odpowiedziała uśmiechem.

– Wiem, sprawdziłam w komputerach. Ale dziś pracujesz. Zabieraj tyłek z łóżka.

Odwróciła się i pomaszerowała do łazienki. Reacher jeszcze przez sekundę leżał bez ruchu. W głowie zadźwięczała mu stara piosenka Dawn Penn You Don 't Love Me. Otrząsnął się ze wspomnień, odrzucił kołdrę, wstał i przeciągnął się, wyciągając ku sufitowi najpierw jedną, potem drugą rękę. Wygiął plecy, uniósł palce u stóp i kolejno wyciągnął nogi. To były całe jego poranne ćwiczenia. Ruszył do gościnnej łazienki i odprawił pełen dwudziestodwuminutowy rytuał. Zęby, golenie, włosy, prysznic. Potem ubrał się w kolejny stary garnitur Joego. Ten był czarny – ta sama marka, te same detale. Do tego kolejna świeża koszula, ta sama metka z napisem Ktoś & Ktoś, ta sama biała bawełna. Czyste bokserki, czyste skarpety. Granatowy jedwabny krawat w małe srebrne spadochrony. Brytyjska metka – może z Królewskich Sił Lotniczych? Przejrzał się w lustrze i zepsuł cały efekt, wkładając na wierzch nową kurtkę z Atlantic City. W porównaniu ze strojem Joego wydawała się ciężka i niezgrabna, kolory też nie pasowały. Uznał jednak, że spędzi dziś sporo czasu na dworze, a Joe nie zostawił po sobie żadnego płaszcza. Pewnie zerwali latem.

Froelich czekała już u dołu schodów. Na sobie miała kobiecą wersję jego stroju: czarny kostium ze spodniami i rozpiętą pod szyją białą bluzkę. Do tego płaszcz, ale znacznie

lepszy, uszyty z ciemnoszarej eleganckiej wełny. Właśnie zakładała słuchawkę ze spiralnym kablem, który po piętnastu centymetrach przekształcał się w prosty i znikał jej na plecach.

– Pomożesz? – poprosiła.

Znów odciągnęła do tyłu łokcie tym samym gestem co wcześniej, w sypialni, dzięki czemu kołnierzyk marynarki wygiął się w tył. Reacher wsunął kabel pomiędzy marynarkę i bluzkę. Niewielka wtyczka zadziałała jak ciężarek, ściągając kabel aż do pasa. Froelich odsunęła płaszcz i marynarkę i Reacher ujrzał czarne radio przypięte do pasa z tyłu. Przewód mikrofonu był już podłączony, przebiegał po plecach i lewym rękawem. Reacher wsunął na miejsce wtyczkę słuchawki. Froelich opuściła płaszcz i marynarkę, ujrzał jej pistolet w kaburze przypiętej do pasa na lewym biodrze, kolbą do przodu. Dawało to lepszy dostęp prawej dłoni. Był to wielki kanciasty sig-sauer P226. Na szczęście, pomyślał Reacher. Znacznie lepsza broń niż stara beretta w kuchennej szufladzie.

– Dobra – mruknęła Froelich, odetchnęła głęboko i spojrzała na zegarek. Reacher uczynił to samo. Dobiegała za kwadrans ósma.

– Jeszcze szesnaście godzin i szesnaście minut – oznajmiła Froelich. – Zadzwoń do Neagley i powiedz, że już jedziemy.

Reacher skorzystał z jej komórki. Ruszyli do suburbana. Poranek był zimny i wilgotny, dokładnie taki sam jak noc, tyle że niebo nad ich głowami jaśniało niechętnie. Okna suburbana pokrywała warstewka rosy. Silnik wystartował jednak natychmiast, ogrzewanie działało świetnie i gdy przed hotelem dołączyła do nich Neagley, w kabinie panowało już przyjemne ciepło.

* * *

Armstrong zarzucił na sweter skórzaną kurtką i wyszedł tylnymi drzwiami. Wiatr natychmiast potargał mu włosy. Armstrong zapiął kurtkę w drodze do furtki. Dwa kroki przed nią znalazł się w polu widzenia lunetki Hensoldt 1.5-6x42BL, oryginalnie dołączanej do karabinu snajperskiego SIG SSG3000. Ta jednak została przerobiona przez rusznikarza z Baltimore i dopasowana do nowej broni, Vaime Mk2. Vaime to marka zarejestrowana przez Oy Vaimennin Metalli AB, fińskiego producenta broni, który uznał, że jeśli chce sprzedawać na Zachodzie swe wspaniałe wyroby, to musi uprościć nazwę. A Mk2 był istotnie wspaniałym wyrobem. Wytłumiony karabin snajperski, zasilany odmianą standardowej amunicji natowskiej 7,62 milimetra o zmniejszonym ładunku miotającym. Chodziło o to, by pocisk leciał z prędkością poddźwiękową, nie zakłócając ciszy, zapewnianej przez zintegrowany tłumik broni. Naprawdę świetny karabin. W połączeniu z dobrą lunetką, taką jak Hensoldta, praktycznie gwarantował eliminację celu z odległości do dwustu metrów. A mężczyznę, który przykładał oko do lunetki, od tylnej furtki Armstronga dzieliło sto dwadzieścia sześć metrów. Wiedział to dokładnie, bo właśnie zmierzył odległość laserowym dalmierzem. Był odsłonięty, ale dobrze przygotowany. Dokładnie wiedział, co ma zrobić. Na sobie miał ciemnozieloną puchową kurtkę i czarną czapkę ze sztucznego futra oraz rękawiczki z tego samego materiału z obciętymi palcami prawej dłoni, co umożliwiało panowanie nad bronią. Leżał, osłaniając głowę od wiatru, dzięki czemu nie łzawiły mu oczy. Nie oczekiwał najmniejszych problemów.

Kiedy człowiek przechodzi przez furtkę, robi to następująco: na moment przystaje, zastyga w bezruchu, niezależnie od

tego, w którą stronę otwiera się furtka. Jeśli ku niemu, wyciąga rękę, naciska klamkę, otwiera, ciągnie do siebie furtkę i staje na palcach, uginając nogi tak, by mogła go minąć. Jeśli na zewnątrz, stoi nieruchomo, znajduje klamkę i popycha bramkę. Tak jest szybciej, ale wciąż pozostaje moment bezruchu. A ta furtka otwierała się do wewnątrz. Widać to było wyraźnie przez hensoldta. Dwusekundowe okienko.