Armstrong dotarł do furtki, zatrzymał się. Sto dwadzieścia sześć metrów dalej mężczyzna przyciskający lunetkę do oka przesunął karabin odrobinę w lewo, tak że cel znalazł się dokładnie pośrodku. Wstrzymał oddech, powoli poruszył palcem, zaczął naciskać spust i nagle docisnął go aż do końca. Karabin zakasłał głośno i lekko podskoczył. Pokonanie stu dwudziestu sześciu metrów wymagało od pocisku około czterech dziesiątych sekundy. Kula z wilgotnym mlaśnięciem trafiła Armstronga w sam środek czoła, przebiła czaszkę i podążyła w dół poprzez płat czołowy mózgu, komorę mózgową i móżdżek. Strzaskała pierwszy krąg i wyleciała, przebijając miękkie tkanki karku u góry kręgosłupa. Potem poleciała naprzód i wbiła się w ziemię dwa i pół metra dalej.
Armstrong zginął, nim jeszcze upadł na ziemię. Pocisk spowodował śmiertelne obrażenia mózgu. Jego energia przeszła przez tkanki mózgowe i odbiła się od kości czaszki niczym wielka fala w małym basenie, niszcząc wszystko na swojej drodze. Funkcje mózgu ustały, nim siła grawitacji ściągnęła ciało w dół.
Sto dwadzieścia sześć metrów dalej mężczyzna z okiem przysuniętym do lunetki przez sekundę leżał bez ruchu. Potem przycisnął karabin do tułowia, odturlał się na bok, by móc bezpiecznie wstać. Odsunął zamek karabinu, ręką
w rękawiczce złapał gorącą łuskę i wsadził do kieszeni. Potem cofnął się i osłonięty przed wzrokiem ciekawskich odszedł.
W samochodzie Neagley nie odezwała się ani słowem. Może martwił ją nadchodzący dzień, może wyczuwała zmianę atmosfery. Reacher nie wiedział. Tak czy inaczej nie zależało mu aż tak szybko na odpowiedzi. Siedział cicho, patrząc, jak Froelich manewruje wśród samochodów. Skręciła na północny zachód, mostem Whitneya Younga przekroczyła rzekę, przejechała obok stadionu piłkarskiego RFK, skręciła w Massachusetts Avenue i wyminęła wielki korek w rządowej części miasta. Ale Mass Avenue także była zapchana i nim dotarli na ulicę w Georgetown, przy której mieszkał Armstrong, dochodziła dziewiąta. Froelich zaparkowała za innym suburbanem w pobliżu wylotu namiotu. Z chodnika zeskoczył agent, okrążył maskę, by zamienić z nią parę słów.
– Gość z CIA właśnie dotarł na miejsce. Zaczęli już pewnie podstawowy kurs szpiegostwa.
– Myślę, że do tej pory osiągnęli już poziom zaawansowany – odparła Froelich. – Te lekcje trochę już trwają.
– Nie, sprawy CIA są bardzo skomplikowane – rzekł agent. – Przynajmniej dla normalnych ludzi.
Froelich uśmiechnęła się, jej człowiek odszedł, ponownie zajmując pozycję na chodniku. Podniosła szybę, częściowo odwróciła się tak, by móc patrzeć na Reachera i Neagley.
– Pieszy patrol? – zaproponowała.
– Po to włożyłem kurtkę – odparł Reacher.
– Co czworo oczu, to nie dwoje – dodała Neagley.
Wysiedli razem, pozostawiając Froelich w ciepłym wnętrzu samochodu. Ulica przed domem była cicha i dobrze
strzeżona, toteż skręcili na północ i w prawo, by obejrzeć go z tyłu. U obu wylotów uliczki stały radiowozy, nic się nie działo. Wszystkie okna pozamykano dla ochrony przed zimnem. Ruszyli w stronę sąsiedniej ulicy. Tam też czekały radiowozy.
– Strata czasu – mruknęła Neagley. – W domu nikt go nie dopadnie. Zakładam, że policja zauważyłaby, gdyby
ktoś spróbował ściągnąć tu artylerię.
– No to zjedzmy śniadanie – zaproponował Reacher.
Wrócili na poprzeczną ulicę i znaleźli cukiernię. Kupili kawę, ciastka i przysiedli na stołkach przed długą ladą stojącą pod oknem. Szybę pokrywała nieprzejrzysta mgiełka. Neagley serwetką wytarła na zaparowanym szkle dwa półksiężyce, przez które mogli wyjrzeć na zewnątrz.
– Masz inny krawat – zauważyła. Reacher zerknął w dół.
– Inny garnitur – dodała.
– Podoba ci się?
– Podobałby, gdybyśmy wciąż mieli lata dziewięćdziesiąte.
Reacher nie odpowiedział, Neagley się uśmiechnęła.
– A więc tak – rzekła.
– Co?
– Pani Froelich skompletowała kolekcję.
– Zauważyłaś?
– Jasne.
– Nie stawiałem oporu – mruknął Reacher.
Neagley uśmiechnęła się ponownie.
– Nie podejrzewałam, że cię zgwałciła.
– Będziesz mi teraz prawić morały?
– To twój wybór. Ładna z niej babka, ale ze mnie też.
A mnie nigdy nie podrywałeś.
– A chciałaś?
– Nie.
– No właśnie. Lubię, kiedy ktoś reaguje pozytywnie na moje zainteresowanie.
– To musi cię trochę ograniczać.
– Owszem – przyznał – ale nie do końca.
– Najwyraźniej – przytaknęła Neagley.
– Nie podoba ci się to?
– Ależ nie, baw się dobrze. Jak sądzisz, czemu zostałam w hotelu? Nie chciałam wchodzić jej w drogę, i tyle.
– Jej w drogę? To było takie oczywiste?
– Błagam – mruknęła Neagley.
Reacher pociągnął łyk kawy, zjadł ciastko. Był głodny, a ono smakowało świetnie. Twarda warstwa lukru z wierzchu, leciutkie w środku. Schrupał kolejne i oblizał palce. Poczuł dopływ cukru i kofeiny do krwi.
– A więc co to za ludzie? – spytała Neagley. – Coś czujesz?
– Coś – odparł Reacher. – Będę musiał skupić się na tym, jak ich znaleźć, ale nie warto zaczynać, póki nie dowiemy się, czy zostaniemy w tej robocie.
– Nie zostaniemy – odparła Neagley. – Nasza robota zakończy się wraz ze sprzątaczami. Zresztą to i tak strata czasu. Z całą pewnością nie podadzą nam nazwiska. A jeśli podadzą, będzie fałszywe. W najlepszym razie możemy liczyć na opis, który z pewnością do niczego się nie przyda.
Reacher przytaknął, skończył kawę.
– Chodźmy – zaproponował. – Dla porządku przejdź
my się wokół kwartału.
Szli w panującym chłodzie, najwolniej jak tylko mogli. Nic się nie działo, cisza i spokój. Na każdej ulicy stały radiowozy albo samochody Secret Service. Białe obłoki spalin
rozpływały się powoli w nieruchomym powietrzu. Poza tym nic się nie poruszało. Po kilku zakrętach powrócili na ulicę Armstronga od strony południowej. Przed sobą po prawej widzieli biały namiot. Froelich wysiadła z samochodu, machała do nich nagląco. Przyspieszyli kroku i pomaszerowali w jej stronę.
– Zmiana planów – oznajmiła. – Były pewne problemy
na Kapitolu. Armstrong skrócił spotkanie z CIA.
– Już pojechał? – spytał Reacher. Froelich skinęła głową.
– Właśnie jedzie.
Przez chwilę nasłuchiwała głosu w słuchawce.
– Dojeżdża – dodała.
Podniosła przegub, przemówiła do mikrofonu.
– Podajcie raport, odbiór.
Znów zaczęła słuchać.
Czekali trzydzieści sekund, czterdzieści.
– W porządku, jest w środku – oznajmiła. – Bezpieczny.
– I co teraz? – spytał Reacher.
Froelich wzruszyła ramionami.
– Teraz czekamy. Na tym polega ta praca. To głównie
czekanie.
Wrócili do biura i czekali cały ranek i większość popołudnia. Froelich regularnie wysłuchiwała kolejnych raportów. Po jakimś czasie Reacher miał już obraz ogólnej organizacji ich pracy. Przed budynkiem biur senackich stały policyjne radiowozy. Agenci Secret Service pilnowali chodnika. Wewnątrz czuwali członkowie policji Kapitolu, po jednym przy każdym wykrywaczu metalu; kolejni patrolowali korytarze. Wśród nich byli też agencji Secret Service. Sam żmudny proces przejmowania władzy odbywał się w