biurach na górze. Każdych drzwi pilnowało dwóch agentów. Osobista ochrona Armstronga nie opuszczała go ani przez moment. Raporty opisywały dość spokojny dzień, mnóstwo siedzenia i gadania. Mnóstwo zawieranych umów i układów. Reacher przypomniał sobie, jak ktoś kiedyś pisał o naradach w zadymionych pokojach. Tyle że w dzisiejszych czasach zapewne w biurach nie wolno już palić. O czwartej po południu podjechali do hotelu Neagley, w którym ponownie miało odbyć się przyjęcie dla darczyńców. Początek zaplanowano na siódmą. Mieli trzy godziny na zabezpieczenie budynku. Froelich zaplanowała wszystko wcześniej, poczynając od przeszukania, które rozpoczęło się jednocześnie w magazynach kuchennych i najdroższych apartamentach. Policjanci z psami towarzyszyli ludziom z Secret Service, sprawdzając cierpliwie piętro po piętrze. Po przeszukaniu każdego trzech policjantów zajmowało posterunki po obu końcach korytarza oraz przy windach i schodach przeciwpożarowych. Dwa zespoły spotkały się na ósmym piętrze o szóstej wieczór. Do tego czasu w holu i przy drzwiach sali balowej zamontowano przenośne wykrywacze metalu. Rozstawione kamery rejestrowały wszystko niestrudzenie.
– Tym razem proście o dwa dokumenty ze zdjęciem -
poradziła Neagley. – Prawo jazdy i może kartę kredytową.
– Nie martw się – odparła Froelich. – Taki mam zamiar.
Reacher stanął w drzwiach sali balowej i rozejrzał się
po pomieszczeniu. Było wielkie, lecz gdy znajdzie się w nim tysiąc ludzi, zapanuje prawdziwy ścisk.
Armstrong zjechał windą z biura, w holu skręcił w lewo. Otworzył nieoznakowane drzwi prowadzące do tylnego wyjścia. Na sobie miał płaszcz przeciwdeszczowy, w ręku
trzymał teczkę. Korytarz za drzwiami był wąski, unosiła się w nim woń środków czyszczących, silnych detergentów. Musiał wyminąć dwa stosy pudeł, jeden równiutki i nowy z najświeższych dostaw, drugi chwiejny, nieporządny: puste kartony, czekające na wywóz śmieci. Armstrong obrócił się, przeciskając się obok stosu. Teczkę trzymał za sobą, prawe ramię wysunął do przodu. Pchnął drzwi i wyszedł na dwór.
Znalazł się na niewielkim, kwadratowym wewnętrznym podwórku, częściowo otwartym od północy. Nie było to zbyt atrakcyjne miejsce. Ze ścian nad głową sterczały metalowe przewody wentylacyjne. Niżej, na wysokości łydek, rozmieszczono czerwone rury i mosiężne zawory systemu przeciwpożarowego. Na podwórku stały też ustawione w szereg trzy granatowe pojemniki na śmieci: wielkie stalowe skrzynie rozmiaru samochodów. Armstrong musiał je wyminąć, żeby dotrzeć do uliczki na tyłach. Przeszedł koło pierwszego, koło drugiego i wtedy ktoś zawołał go cicho.
– Hej!
Armstrong odwrócił się i ujrzał mężczyznę wciśniętego w ciasną szczelinę między drugim i trzecim pojemnikiem. Dostrzegł jedynie ciemny płaszcz, czapkę i groźną, brutalną broń, krótką, masywną i czarną. Broń uniosła się i zakasłała.
Był to wytłumiony pistolet maszynowy Heckler & Koch MP5SD6, ustawiony na strzelanie krótkimi seriami po trzy pociski, standardową dziewięciomilimetrową amunicją parabellum. Tym razem pociski były standardowe, ponieważ w lufie SD6 wywiercono trzydzieści otworów, przez które uchodził gaz, zmniejszając prędkość wylotową kuli do pod-dźwiękowej. MP5 strzela z prędkością ośmiuset pocisków
na minutę, toteż wystrzelenie każdej trójki trwało odrobinę ponad jedną piątą sekundy. Pierwsza trafiła Armstronga w sam środek klatki piersiowej, druga w środek twarzy.
Podstawowy model H &K MP5 ma wiele zalet, w tym wysoką niezawodność i niezwykłą celność. Wersja wytłumiona działa nawet lepiej, ponieważ ciężar wewnętrznego kompensatora niweluje naturalną tendencję każdego pistoletu maszynowego do unoszenia lufy w czasie strzelania. Jedyną wadą tego modelu broni jest siła, z jaką wyrzuca puste łuski. Wyskakują z boku niemal równie szybko jak pociski z przodu i pokonują duże odległości. W zwykłych warunkach, podczas operacji elitarnych jednostek wojskowych i paramilitarnych to nie problem. Jednak w tej sytuacji, owszem. Oznaczało bowiem, że strzelec musiał pozostawić po sobie sześć łusek. Mężczyzna szybko wepchnął broń pod płaszcz, przeszedł nad zwłokami Armstronga i spokojnym krokiem opuścił niewielkie podwórko, zmierzając do samochodu.
O 18:40 w holu hotelowym zgromadziło się niemal siedemset osób, ustawionych w długą kolejkę od drzwi wejściowych, przez szatnię, do wejścia na salę balową. Wszędzie wokół słychać było szmer podnieconych rozmów. W powietrzu unosiła się ciężka woń najróżniejszych perfum. W tłumie widać było nowe suknie, białe smokingi, ciemne garnitury, kolorowe krawaty, malutkie torebki i aparaty fotograficzne w skórzanych futerałach. Błyszczące lakierki, szpilki, migotliwe diamenty. Świeże trwałe, odsłonięte ramiona i spore poruszenie.
Reacher obserwował wszystko wsparty o filar obok wind. Przez okno widział trzech agentów stojących na ulicy, dwóch przy drzwiach, obsługujących wykrywacz metalu.
Nastawiona na najwyższą czułość bramka popiskiwała przy co czwartym, co piątym gościu. Agenci spokojnie przeszukiwali torebki i klepali przybyszów po kieszeniach. Cały czas uśmiechali się porozumiewawczo, nikomu to nie przeszkadzało. W holu krążyła ósemka agentów. Spokojne twarze, nieustannie wędrujący wzrok. Przy drzwiach sali balowej czekało kolejnych trzech. Sprawdzali dokumenty i zaproszenia. Ich wykrywacz metalu był równie czuły. Niektórych gości przeszukiwano po raz drugi. Ze środka sali dobiegała już muzyka, słyszana w falach, gdy głosy tłumu wznosiły się i opadały.
Neagley zajmowała strategiczną pozycję na drugim stopniu schodów po przeciwnej stronie holu. Jej oczy poruszały się niczym radar, tam i z powrotem, lustrując morze ludzi. Co chwilę spoglądała na Reachera i leciutko kręciła głową. Reacher widział też Froelich poruszającą się pozornie bez celu. Wyglądała świetnie. Jej czarny kostium był dość elegancki na wieczór, ale nikt nie wziąłby jej za gościa. Promieniowała z niej władza. Od czasu do czasu zamieniała kilka słów z którymś z agentów albo przemawiała do przegubu. Reacher doszedł do etapu, że widział dokładnie, w którym momencie Froelich słucha informacji ze słuchawki. Poruszała się nieco mniej energicznie, skupiona na kolejnym raporcie.
O siódmej większość gości znalazła się już bezpiecznie w sali balowej. Przed pierwszym wykrywaczem metalu czekała kolejka spóźnialskich. Druga grupka zebrała się przy drzwiach sali. Goście, którzy wykupili noclegi w hotelu, parami bądź czwórkami wysypywali się z wind. Neagley stała teraz samotnie na schodach. Froelich kolejno posyłała agentów z holu do sali balowej, gdzie dołączali do czekającej tam już ósemki. Chciała, by nim wszystko się
zacznie, w tłumie krążyła cała szesnastka. Do tego trzech członków ochrony osobistej Armstronga, trzech przy drzwiach do sali balowej i dwóch przy wyjściu, oraz policjanci w kuchni, przy rampie wyładowczej, na wszystkich siedemnastu piętrach i na ulicy.
– Ile to wszystko kosztuje? – spytał ją Reacher.
– Nie chcesz tego wiedzieć – odparła. – Naprawdę nie chcesz.
Neagley zeszła ze schodów i dołączyła do nich obok filara.
– Przyjechał już? – spytała.
Froelich pokręciła głową.
– Skracamy do minimum jego kontakty z ludźmi. Przyjedzie później, wyjedzie wcześniej.
Nagle zesztywniała, nasłuchując uważnie. Przycisnęła palce do słuchawki, odcinając hałasy z zewnątrz. Uniosła drugi przegub i przemówiła do mikrofonu.
– Rozumiem, wyłączam się – rzuciła. Była bardzo blada.
– Co się stało? – spytał Reacher.