Froelich zignorowała go, odwróciła się gwałtownie i wezwała ostatniego agenta krążącego po holu. Poinformowała go, że od tej pory będzie pełnił obowiązki dowódcy grupy. Przemówiła do mikrofonu, przekazując tę informację wszystkim agentom. Kazała podwoić czujność, zacieśnić szyki i jeśli tylko można, jeszcze bardziej ograniczyć kontakty Armstronga z ludźmi.
– Co się stało? – spytał ponownie Reacher.
– Wracamy do bazy – oznajmiła Froelich. – W tej chwili.
To był Stuyvesant. Wygląda na to, że mamy wielki problem.
9
Froelich włączyła czerwony migacz suburbana, przebijając się przez wieczorny ruch, jakby było to kwestią życia lub śmierci. Przy każdych światłach włączała koguta i syrenę. Przyspieszała, wykorzystując każdą lukę między samochodami. Nie odzywała się ani słowem. Reacher siedział bez ruchu na przednim fotelu. Neagley pochylała się naprzód, wpatrzona w drogę przed nimi. Trzytonowy wóz kołysał się i podskakiwał, opony z trudem trzymały się śliskiego asfaltu. Po niecałych czterech minutach znaleźli się w garażu, trzydzieści sekund później byli już w windzie. Kolejna minuta i dotarli do gabinetu Stuyvesanta, który siedział sztywno za nieskazitelnie czystym biurkiem, zgarbiony, jakby ktoś rąbnął go pięścią w brzuch. W dłoni trzymał plik papierów. Światło przeświecało przez nie, ukazując długie kodowane nagłówki, charakterystyczne dla wydruków z bazy danych. Pod nimi widniały dwa gęste bloki tekstu. Obok Stuyvesanta stała sekretarka i wręczała mu kolejne kartki. Twarz miała śmiertelnie bladą. Bez słowa wyszła z gabinetu, zamykając za sobą drzwi, co podkreśliło jeszcze panującą w środku ciszę.
– Co się stało? – spytał Reacher.
Stuyvesant uniósł wzrok.
– Teraz i ja już wiem.
– Co wiesz?
– Że to robota z zewnątrz. Z całą pewnością. Bez najmniejszych wątpliwości.
– Skąd?
– Przewidywałeś coś dramatycznego, coś spektakularnego, tak mówiłeś. Możemy do tego dodać jeszcze wstrząsającego, niewiarygodnego i tak dalej.
– Co to było?
– Wiesz, ile co roku odnotowujemy zabójstw w całym kraju?
Reacher wzruszył ramionami.
– Pewnie dużo.
– Niemal dwadzieścia tysięcy.
– Jasne.
– To około pięćdziesięciu czterech zabójstw dziennie.
Reacher policzył szybko w pamięci.
– Raczej pięćdziesiąt pięć – poprawił. – Pomijając lata
przestępne.
– Chcecie usłyszeć o dwóch dzisiejszych? – spytał Stuyvesant.
– Kto zginął? – wtrąciła Froelich.
– Niewielka farma w Minnesocie, uprawa buraków cukrowych. Farmer wyszedł dziś rano tylną furtką i dostał kulkę w głowę. Bez żadnego powodu. Następnie po południu w niewielkim centrum handlowym na przedmieściach Boulder w Kolorado, w którym na górze mieści się filia CPA, jeden z pracowników opuścił biuro, wyszedł tylnym wyjściem i został zabity na podwórku strzałami z broni maszynowej. I znów bez żadnego powodu.
– I co z tego?
– Farmer nazywał się Bruce Armstrong, księgowy Brian
Armstrong. Obaj biali, mniej więcej w wieku Brooka
Armstronga, tego samego wzrostu, tej samej budowy, podobni z wyglądu, koloru włosów, oczu.
– To jakaś rodzina, krewni?
– Nie – odparł Stuyvesant. – W ogóle niepowiązani, ani ze sobą, ani z wiceprezydentem. Pytanie zatem, jakie są szanse, by w dniu, w którym zapowiedziano demonstrację przeciw naszemu podopiecznemu, zginęło dwóch przypadkowych mężczyzn, obaj nazwiskiem Armstrong, obaj o imionach zaczynających się na Br? Pewnie jakieś jeden do tryliona miliardów.
W gabinecie zapadła cisza.
– Demonstracja – mruknął Reacher.
– Tak – potwierdził Stuyvesant. – To była demonstracja. Morderstwo z zimną krwią, dwaj niewinni ludzie. Toteż zgadzam się z wami. To nie jest dowcip kogoś z firmy.
Neagley i Froelich bez pytania usiadły na krzesłach dla gości. Reacher, oparty o wysoką szafkę, wyjrzał przez okno. Rolety były podniesione, lecz na zewnątrz panowała już ciemność. Dostrzegał jedynie pomarańczową nocną łunę nad Waszyngtonem.
– Jak was zawiadomiono? – spytał. – Czy zadzwonili
i przyznali się?
Stuyvesant pokręcił głową.
– Zaalarmowało nas FBI. Mają oprogramowanie, które
przeszukuje raporty NCIK, między innymi pod kątem nazwiska Armstrong.
– Czyli teraz i tak już wiedzą.
Stuyvesant ponownie pokręcił głową.
– Przekazali nam tylko informacje, to wszystko. Nie rozumieją ich znaczenia.
W gabinecie wciąż panowała cisza, słychać było tylko oddechy czwórki ludzi pogrążonych w ponurych rozmyślaniach.
– Mamy jakieś szczegóły z miejsc zbrodni? – spytała Neagley.
– Trochę – odparł Stuyvesant. – Pierwsza ofiara zginęła zabita jednym strzałem w głowę, natychmiast. Nie mogą znaleźć pocisku. Jego żona nic nie słyszała.
– Gdzie była?
– Jakieś sześć metrów dalej, w kuchni. Drzwi i okna pozamykane z powodu pogody, ale powinna była coś usłyszeć. Cały czas słyszy myśliwych.
– Jak duży był otwór w czaszce? – spytał Reacher.
– Większy niż po dwudziestcedwójce – odparł Stuyvesant – jeśli to masz na myśli.
Reacher przytaknął. Jedyny pistolet niesłyszalny z odległości sześciu metrów to dwudziestkadwójka z tłumikiem. Przy większym kalibrze coś byłoby słychać, niezależnie od wytłumienia i zamkniętych okien.
– A zatem użyli karabinu – stwierdził.
– Trajektoria to potwierdza – dodał Stuyvesant. – Patolog twierdzi, że strzał padł z góry: rana wlotowa jest wyżej, wylotowa niżej.
– To płaska okolica?
– Pagórkowata.
– Zatem albo strzał z dużej odległości, albo karabin był wytłumiony. Nie podoba mi się ani jedno, ani drugie. Strzał z daleka oznacza, że mamy do czynienia ze świetnym strzelcem. Strzał z bliska, że zamachowiec dysponuje znakomitą bronią.
– A druga ofiara? – spytała Neagley.
– Niecałe osiem godzin później – powiedział Stuyvesant. – Ale ponad tysiąc kilometrów dalej. Najpewniej zatem na ten dzień się rozdzielili.
– Szczegóły?
– Spływają po kawałku. Mężczyzna zginął od strzałów z broni maszynowej. Ale znów nikt niczego nie słyszał.
– Wytłumiony pistolet maszynowy? – spytał Reacher. -Są pewni?
– Co do tego, że maszynowy, nie ma wątpliwości – odparł Stuyvesant. – Zwłoki były poszarpane. Dwie serie, w głowę i w pierś. Prawdziwa jatka.
– Prawdziwa demonstracja – dodała Froelich.
Reacher wyjrzał przez okno, w powietrzu snuła się lekka mgiełka.
– Ale co dokładnie nam demonstruje? – spytał.
– Że mamy do czynienia z niezbyt miłymi ludźmi.
Skinął głową.
– I niewiele więcej, prawda? Nie demonstruje przecież waszej nieudolności. Ci ludzie nie byli powiązani z Armstrongiem. Na pewno to nie są krewni? Na przykład bardzo dalecy kuzyni? Choćby farmer. Minnesota graniczy z Dakotą Północną, prawda?
Stuyvesant pokręcił głową.
– Od razu o tym pomyślałem – rzekł. – Ale sprawdziłem kilka razy. Po pierwsze wiceprezydent wcale nie pochodzi z Dakoty. Przeniósł się tam z Oregonu. Po drugie, po nominacji FBI dokładnie zbadało wszystkie jego powiązania. Bardzo dokładnie. Nie ma żadnych żyjących krewnych poza starszą siostrą mieszkającą w Kalifornii. Jego żona ma kilkoro kuzynów, ale żaden nie nosi nazwiska Armstrong, a większość jest młodsza. To niemal dzieci.
– Dobra – rzucił Reacher. Dzieci. Nagle przed oczami stanęła mu huśtawka, wypchane zabawki, kolorowe obrazki przypięte magnesami do lodówki. Kuzyni.
– To dziwne – dodał po chwili. – Jasne, zabicie dwóch przypadkowych, podobnych z wyglądu facetów nazwiskiem Armstrong to wyczyn bardzo dramatyczny, ale nie ma w tym zbyt dużej pomysłowości. Niczego nie dowodzi, nie sprawia, że niepokoimy się o stan naszej ochrony.