– Po prostu żal nam tych ludzi – wtrąciła Froelich. – I ich rodzin.
– Owszem – przytaknął Reacher. – Ale dwóch martwych wieśniaków nie wystarczy, by nas zdenerwować. Przecież ich nie chroniliśmy. Nie zaczynamy wątpić w siebie. Naprawdę przypuszczałem, że to będzie coś bardziej osobistego, ciekawszego. Odpowiednik listu, który zjawił się nagle na tym biurku.
– Mówisz, jakbyś był rozczarowany.
– Bo jestem. Myślałem, że zbliżą się na tyle, byśmy mieli szansę ich złapać. Ale oni trzymają się z daleka. To tchórze.
Nikt się nie odezwał.
– Tchórze często biją słabszych – dodał Reacher. – To
oznaka tchórzostwa.
Neagley na niego zerknęła. Znała go dość dobrze, by wiedzieć, kiedy nacisnąć.
– No i? – spytała.
– Musimy cofnąć się do początku i przemyśleć parę rzeczy. Szybko pojawiają się coraz to nowe informacje, a my ich nie analizujemy. Na przykład teraz wiemy, że to ludzie z zewnątrz. Teraz wiemy, że nie jest to jakaś biurowa gierka.
– No i? – powtórzyła Neagley.
– A to, co się wydarzyło w Minnesocie i Kolorado dowodzi, że ci ludzie są gotowi na wszystko.
– No i?
– Sprzątacze. Co dokładnie o nich wiemy?
– Że są w to zamieszani. Że się boją. Że nic nie mówią.
– Zgadza się – przytaknął Reacher. – Ale czemu się boją, czemu nic nie mówią? Z początku sądziliśmy, że uczestniczą w gierce z kimś z wewnątrz. Ale nie, bo ci ludzie nie są z wewnątrz i z całą pewnością nie jest to żadna gierka.
– Czyli?
– Czyli poważni przeciwnicy zmusili ich do współpracy. Przerazili i uciszyli. Poważni ludzie.
– Ale jak?
– Ty mi powiedz. Jak można kogoś wystraszyć, nie zostawiając śladów?
– Zagrozić czymś prawdopodobnym. Na przykład tym, że spotka ich krzywda.
Reacher przytaknął.
– Ich albo kogoś, na kim im zależy. Tak że dosłownie sparaliżuje ich strach.
– Jasne.
– Gdzie wcześniej słyszałaś słowo „kuzyni”?
– Wszędzie. Sama mam kuzynów.
– Nie, ostatnio.
Neagley zerknęła w okno.
– Sprzątacze – sapnęła. – Ich dzieci są u kuzynów, tak
powiedzieli.
– Ale trochę się wahali, pamiętasz?
– Tak?
Reacher skinął głową.
– Przez sekundę milczeli i spojrzeli po sobie.
– To znaczy?
– Może ich dzieci wcale nie są u kuzynów.
– Czemu mieliby kłamać? Reacher na nią spojrzał.
– Czy istnieje lepszy sposób zmuszenia kogoś do współpracy niż uwięzienie jego dzieci?
Działali szybko, lecz Stuyvesant dopilnował, by wszystko działo się zgodnie z prawem. Zadzwonił do adwokatów sprzątaczy i powiedział, że musi dostać odpowiedź na tylko jedno pytanie. Nazwisko i adres opiekunów dzieci. Dodał, że zależy mu na szybkiej odpowiedzi. I dostał ją szybko. Adwokaci zadzwonili po piętnastu minutach. Nazwisko brzmiało Galvez. Mieszkali w domu odległym o półtora kilometra od domu sprzątaczy.
Wówczas Froelich gestem nakazała im ciszę, włączyła mikrofon i poprosiła o pełny raport z hotelu. Rozmawiała ze swym zastępcą na miejscu i czterema agentami zajmującymi kluczowe pozycje. Nie dostrzeżono żadnych problemów, wszystko przebiegało gładko. Armstrong krążył po sali, ochrona była szczelna. Froelich poleciła, by po wyjściu z hotelu wszyscy agenci towarzyszyli Armstrongowi. Zażądała nieprzeniknionego kordonu, aż do limuzyny.
– I to szybko – dodała. – Skróćcie wystąpienie.
Potem wszyscy razem wsiedli do windy i zjechali do garażu. Suburbanem ponownie pokonali trasę, którą Reacher za pierwszym razem przespał. Tym razem miał oczy szeroko otwarte. Froelich pędziła naprzód do taniej dzielnicy. Minęli dom sprzątaczy, pokonali kolejne półtora kilometra krętych, ciemnych ulic, manewrując między zaparkowanymi samochodami, i zatrzymali się przed wysokim, wąskim, dwurodzinnym budynkiem. Otaczała go siatka, do słupka furtki łańcuchem przypięto pojemniki na śmieci. Z jednej strony z domem graniczył sklep, z drugiej długi szereg identycznych budynków. Przy chodniku parkował
dwudziestoletni cadillac. Przez mgłę sączyło się żółte światło lamp sodowych.
– Co teraz zrobimy? – spytał Stuyvesant.
Reacher wyjrzał przez okno.
– Musimy pomówić z tymi ludźmi, ale tak, żeby ich nie
spłoszyć. I tak się już boją. Nie chcemy, by wpadli w panikę. Mogą uznać, że źli ludzie powrócili. Niech Neagley
idzie pierwsza.
Stuyvesant już miał zaprotestować, lecz Neagley wyskoczyła z samochodu i skierowała się w stronę furtki. Reacher patrzył, jak obraca się szybko na chodniku, sprawdzając otoczenie. Widział, jak zerka w prawo i w lewo, maszerując ścieżką. W pobliżu nie było nikogo, za zimno. Dotarła do drzwi, poszukała dzwonka. Nie znalazła, toteż zapukała głośno.
Po minucie drzwi uchyliły się odrobinę, zablokowane krótkim łańcuchem. Z wnętrza wylała się fala ciepłego światła. Chwila rozmowy, drzwi poruszyły się lekko, szczęknął łańcuch, smuga światła zwęziła się i rozszerzyła gwałtownie. Neagley odwróciła się, pomachała ręką. Froelich, Stuyvesant i Reacher wysiedli z suburbana i pospieszyli naprzód. W drzwiach stał drobny ciemnoskóry mężczyzna. Czekał na nich z nieśmiałym uśmiechem.
– To jest pan Galvez – powiedziała Neagley.
Przedstawili się. Galvez cofnął się do przedpokoju, zapraszając ich skinieniem ręki niczym lokaj. Drobnej budowy, miał na sobie spodnie od garnituru i wzorzysty sweter. Twarz pod świeżo ostrzyżonymi włosami była szczera, uczciwa. Ruszyli za nim do środka. Dom był mały, wyraźnie zatłoczony, ale bardzo czysty. Na wieszakach po drugiej stronie drzwi wisiało siedem dziecięcych kurtek -niektóre małe, inne nieco większe. Pod nimi na podłodze
ustawiono siedem szkolnych tornistrów, siedem par butów. Tu i tam leżały porządnie ułożone zabawki. W kuchni ujrzeli trzy kobiety, zza ich spódnic wyglądały nieśmiało dzieci. Kolejne spoglądały na nich z salonu. Cały czas się poruszały, znikały i pojawiały na nowo. Wszystkie wyglądały tak samo. Reacher nie zdołał ich policzyć. Zewsząd patrzyły na nich szeroko otwarte ciemne oczy.
Stuyvesant wydawał się nieco zagubiony, jakby nie wiedział, jak wyjaśnić, co ich tu sprowadza. Reacher przecisnął się obok niego i ruszył w stronę kuchni. Przystanął w drzwiach. Na blacie stało siedem szkolnych pudełek na lunch z uniesionymi pokrywkami, gotowych do zapakowania wczesnym rankiem. Wrócił do przedpokoju. Przecisnął się obok Neagley i obejrzał kurtki. Uszyte z kolorowego nylonu przypominały miniaturowe wersje okryć, które przeglądał w Atlantic City. Zdjął jedną z wieszaka. Wewnątrz pod kołnierzykiem naszyto białą metkę. Ktoś wypisał na niej niezmywalnym markerem J. Galvez, dużymi, wyraźnymi literami. Reacher odłożył kurtkę, sprawdził pozostałe. Każdą opisano nazwiskiem i inicjałem. W sumie pięciu Galvezów i dwóch Alvarezów.
Nikt się nie odzywał. Stuyvesant sprawiał wrażenie zakłopotanego. Reacher, czując na sobie wzrok pana Galveza, skinieniem głowy pokazał mu salon. Gdy weszli do środka, dwójka dzieci wybiegła z pokoju.
– Ma pan pięcioro dzieci? – spytał Reacher.
Galvez przytaknął.
– Jestem szczęściarzem.
– Czyje są te dwie kurtki z podpisem Alvarez?
– To kurtki dzieci kuzyna mojej żony, Julia.
– Julia i Anity?
Galvez milczał.
– Muszę się z nimi widzieć – oznajmił Reacher.
– Nie ma ich tutaj.