Reacher odwrócił wzrok.
– Gdzie są? – spytał cicho.
– Nie wiem – odparł Galvez. – Chyba w pracy. Pracują
nocami, dla rządu federalnego.
Reacher przyjrzał mu się uważnie.
– Nie, chodzi mi o dzieci, nie o ich rodziców. Muszę
zobaczyć dzieci.
Galvez spojrzał na niego zdumiony.
– Ich dzieci?
– Sprawdzić, czy nic im nie jest.
– Właśnie je pan widział, w kuchni.
– Muszę wiedzieć, które to dokładnie.
– Nie bierzemy pieniędzy – powiedział szybko Galvez. – Tylko na jedzenie.
Reacher skinął głową.
– Nie chodzi tu o licencję ani nic takiego. To nas nie
interesuje. Musimy tylko sprawdzić, czy dzieciom nic nie
jest.
Galvez nadal sprawiał wrażenie zaskoczonego. Wykrzyknął jednak szybko długie zdanie po hiszpańsku. Od grupki w kuchni odłączyła dwójka małych dzieci i manewrując między Stuyvesantem i Froelich, wbiegła do pokoju. Dzieci zatrzymały się przy drzwiach, stanęły obok siebie. Dwie małe dziewczynki, prześliczne, o wielkich ciemnych oczach i miękkich czarnych włosach. Ich twarze miały poważny wyraz. Na oko pięcio- i siedmiolatka, może cztero- i sześcio-, może trzy- i pięcio-. Reacher nie miał pojęcia.
– Cześć, dzieciaki – rzucił. – Pokażcie mi swoje kurtki.
Zrobiły dokładnie to, co kazał, tak jak się to zdarza dzieciom. Poszedł za nimi do przedpokoju, patrząc, jak
wspinają się na palce i dotykają dwóch kurtek, które jak wiedział, podpisano nazwiskiem Alvarez.
– W porządku – rzekł. – A teraz idźcie, zjedzcie ciastko
czy coś.
Biegiem ruszyły do kuchni. Odprowadził je wzrokiem, przez sekundę stał bez ruchu, potem wrócił do salonu. Zbliżył się do Galveza i ponownie zniżył głos.
– Czy ktoś jeszcze o nie pytał?
Galvez jedynie pokręcił głową.
– Jest pan pewien? Nikt ich nie śledzi, nie widzieliście
żadnych obcych?
Galvez ponownie zaprzeczył.
– Możemy pomóc – zapewnił Reacher. – Jeśli cokolwiek was martwi, powinniście powiedzieć nam od razu.
Zajmiemy się tym.
Galvez patrzył na niego nic niepojmującym wzrokiem. Reacher uważnie obserwował jego oczy. Przez całe życie wpatrywał się w oczy, a te były kompletnie niewinne. Spoglądały z zaskoczeniem, oszołomione, ale Galvez niczego nie ukrywał, nie miał żadnych tajemnic.
– No dobrze – powiedział Reacher. – Przepraszamy, że
wam przeszkodziliśmy.
Milczał przez całą drogę powrotną do biura.
Ponownie skorzystali z sali konferencyjnej, najwyraźniej jedynego pomieszczenia, w którym mogły usiąść więcej niż trzy osoby. Neagley pozwoliła Froelich zająć miejsce obok Reachera. Sama usiadła u boku Stuyvesanta po drugiej stronie stołu. Froelich przez radio połączyła się z agentami i usłyszała, że Armstrong właśnie wychodzi. Skrócił swój pobyt na balu. Na szczęście nikomu to nie przeszkadzało – jeśli polityk spędza z ludźmi dużo czasu,
są zachwyceni, jeśli natomiast wyraźnie się spieszy, są równie zachwyceni, że ktoś tak ważny i zajęty znalazł dla nich wolną chwilę. Froelich wysłuchiwała raportów przez całą drogę z sali balowej, przez kuchnię, rampę wyładowczą, aż do limuzyny. Potem się odprężyła. Pozostał tylko konwój do Georgetown i przejście przez pogrążony w ciemności namiot. Pomajstrowała za plecami i lekko przyciszyła dźwięk w słuchawce. Wyprostowała się, wodząc pytającym wzrokiem po twarzach pozostałych.
– Dla mnie to nie ma sensu – oznajmiła Neagley. – Sugeruje, że jest coś, co martwi ich bardziej niż własne dzieci.
– To znaczy? – chciała wiedzieć Froelich.
– Może zielone karty? Są tu legalnie?
Stuyvesant skinął głową.
– Oczywiście, że tak. To pracownicy służb specjalnych
Stanów Zjednoczonych, tacy sami jak wszyscy w tym budynku. Dokładnie sprawdzeni, przenicowani. Kontroluje
my ich sytuację finansową i tak dalej. O ile nam wiadomo,
są czyści.
Reacher pozwolił, by rozmowa toczyła się bez niego. Podrapał się dłonią po karku. Niedawno ostrzyżone włosy już rosły, wydawały się miększe. Zerknął na Neagley, spuścił wzrok, przyglądając się wykładzinie. Szary nylon, prążkowany, nie szorstki i nie miękki. W ostrym blasku halogenów dostrzegał pojedyncze włókienka. Wykładzina była idealnie czysta. Zamknął oczy. Ponownie odtworzył w głowie film z kamery przemysłowej. Osiem minut przed północą zjawiają się sprzątacze, wchodzą do gabinetu Stuyvesanta. Siedem minut po północy wychodzą. Przez dziewięć minut sprzątają pokój sekretarki. Potem znikają, tam skąd przyszli, szesnaście po północy. Raz jeszcze odtworzył film
w przód i w tył, skupiając się na każdej pojedynczej klatce, każdym ruchu. W końcu otworzył oczy. Wszyscy wpatrywali się w niego, jakby ignorował zadane mu pytanie. Reacher zerknął na zegarek; dobiegała dziewiąta. Uśmiechnął się szeroko, radośnie.
– Spodobał mi się pan Galvez – oznajmił. – Sprawiał
wrażenie naprawdę szczęśliwego z faktu, że jest ojcem. Te
wszystkie pudełka na lunch. Założę się, że dzieci dostają
kanapki z pełnoziarnistego chleba i pewnie owoce. Dobre
odżywianie.
Jego towarzysze obserwowali go uważnie.
– Ja byłem dzieckiem wojskowego – ciągnął. – Też miałem pudełko na lunch, zrobione ze starego pojemnika na
amunicję. Wszyscy mieliśmy takie, w bazach stanowiły
ostatni krzyk mody. Wypisałem na nim swoje nazwisko
czerwonym wojskowym pisakiem. Moja matka go nie znosiła, uważała, że jest zbyt militarne jak dla dziecka. Ale
i tak dawała mi same dobre rzeczy.
Neagley patrzyła na niego z uwagą.
– Reacher, mamy poważny problem. Dwóch ludzi nie żyje, a ty mówisz o pudełkach na lunch.
Skinął głową.
– Mówię o pudełkach na lunch, a myślę o strzyżeniu.
Pan Galvez był świeżo od fryzjera, zauważyliście?
– I co z tego?
– I z całym szacunkiem, Neagley, myślę też o twoim tyłku.
Froelich spojrzała na niego z dziwną miną. Neagley zarumieniła się lekko.
– O co ci chodzi? – spytała.
– Chodzi mi o to, że wątpię, by dla Julia i Anity istniało na świecie coś ważniejszego niż ich dzieci.
– Czemu zatem tak się zamknęli?
Froelich wyprostowała się nagle, przycisnęła palec do słuchawki. Przez sekundę nasłuchiwała, uniosła przegub.
– Zrozumiałam – rzuciła. – Dobra robota, wszyscy.
Koniec.
Uśmiechnęła się szeroko.
– Armstrong jest w domu – oznajmiła. – Bezpieczny.
Reacher ponownie zerknął na zegarek. Punkt dziewiąta. Spojrzał na Stuyvesanta.
– Czy mogę jeszcze raz obejrzeć twój gabinet? W tej
chwili?
Stuyvesant wyraźnie nic nie rozumiał, ale wstał i wyprowadził ich z sali. Razem podążyli korytarzami i dotarli na tyły piętra. Pokój sekretarki stał pusty, cichy. Drzwi Stuyvesanta były zamknięte. Pchnął je i zapalił światło.
Na biurku leżała kartka papieru.
Wszyscy ją ujrzeli. Stuyvesant przez sekundę trwał bez ruchu, potem przeszedł parę kroków i pochylił się. Przełknął ślinę, wypuścił powietrze, uniósł kartkę.
– Faks z policji w Boulder – rzekł. – Wstępny raport balistyczny. Musiała go zostawić moja sekretarka. – Uśmiechnął się z ulgą.
– A teraz sprawdź – poprosił Reacher. – Skup się. Czy tak zwykle wygląda twój gabinet?
Przytrzymując faks w palcach,- Stuyvesant rozejrzał się po pokoju.
– Dokładnie tak.
– I to właśnie widzą co wieczór sprzątacze?
– No, na biurku jest zwykle czysto. Ale poza tym, owszem.
– Dobra – mruknął Reacher. – Chodźmy.
Wrócili do sali konferencyjnej. Po drodze Stuyvesant czytał raport.