Выбрать главу

Nacisnął „stop” i ekranem znów zawładnęły policyjne pościgi. Wrócił do kuchni. Nendick wciąż trząsł się i kołysał.

Nadal trzymał dłonie pod pachami i wciąż nic nie mówił. Reacher ponownie powiódł wzrokiem po zwiędłych kwiatach i brudnych naczyniach.

– Możemy ją uwolnić – powiedział. Nendick milczał.

– Po prostu powiedz nam kto, a my ci ją odwieziemy. Brak odpowiedzi.

– Im wcześniej, tym lepiej – ciągnął Reacher. – Nie chcemy przecież, by musiała zbyt długo czekać, prawda?

Nendick, całkowicie skupiony, wbijał wzrok w ścianę.

– Kiedy po nią przyszli? – pytał Reacher. – Parę tygodni

temu?

Nendick milczał. Nie wydawał z siebie żadnego dźwięku. W tym momencie dołączyła do nich Neagley. Przeszła głębiej do części kuchni przerobionej na jadalnię. Pod jedną ze ścian stały pasujące do siebie meble. Biblioteczka, kredens i znów biblioteczka.

– Możemy ci pomóc – mówił Reacher. – Ale musimy

wiedzieć, skąd mamy zacząć.

Nendick nie odpowiadał. Patrzył przed siebie, dygotał, kołysał się i kulił.

– Reacher! – zawołała Neagley, w jej miękkim głosie słychać było napięcie.

Reacher odwrócił się od Nendicka i dołączył do niej przy kredensie. Wręczyła mu coś – kopertę. W środku tkwiło zdjęcie zrobione polaroidem. Przedstawiało siedzącą na krześle kobietę. Twarz miała bladą, przerażoną, szeroko otwarte oczy, brudne włosy. To była żona Nendicka, choć wyglądała na sto lat starszą niż na fotografiach w salonie. W rękach trzymała egzemplarz gazety „USA Today”, nagłówek tkwił tuż pod brodą. Neagley podała mu drugą kopertę. Kolejne zdjęcie z polaroidu. Ta sama kobieta,

ta sama pozycja, ta sama gazeta, ale inna data.

– Dowody życia – skomentował Reacher.

Neagley przytaknęła.

– Ale spójrz na to. Czego to dowodzi?

Podała mu następną kopertę, wypchaną, brązową. W środku coś miękkiego i białego. Bielizna, para majtek, odbarwionych, nieco brudnych.

– Świetnie – mruknął.

Neagley znalazła czwartą kopertę. Znów brązowa, wyściełana, mniejsza. W środku tkwiło pudełko, małe tekturowe pudełko w rodzaju tych, w które pakuje się kolczyki u jubilera. Wyściełała je wata poplamiona na brązowo zaschniętą krwią, bo pośrodku leżał czubek palca odcięty przy pierwszym stawie czymś twardym i ostrym, może sekatorem. Sądząc z rozmiaru i zakrzywienia, pochodził z małego palca lewej dłoni; na paznokciu wciąż pozostały ślady lakieru. Reacher przyglądał mu się długą chwilę, w końcu skinął głową i oddał pudełko Neagley. Wrócił do kuchni, stanął naprzeciw Nendicka po drugiej stronie bufetu. Spojrzał mu prosto w oczy i zaryzykował.

– Stuyvesant – zawołał – i Froelich, wyjdźcie do przedpokoju.

Przez sekundę stali bez ruchu, zaskoczeni. Posłał im ostre spojrzenie. Posłusznie wyszli na zewnątrz.

– Neagley – rzucił Reacher. – Podejdź tu do mnie.

Cicho stanęła u jego boku.

Reacher pochylił się, oparł łokcie na blacie tak, że jego twarz znalazła się dokładnie naprzeciw Nendicka. Przemówił cicho.

– W porządku, już sobie poszli – rzekł. – Zostaliśmy tylko my, a my nie jesteśmy z Secret Service. Wiesz o tym,

prawda? Nigdy wcześniej nas nie widziałeś poza tamtym

dniem. Możesz nam zaufać, nie schrzanimy sprawy tak jak oni. Pochodzimy z miejsca, w którym nie wolno niczego spieprzyć. Z miejsca, w którym nie ma żadnych zasad. Możemy ją odzyskać, wiemy, jak to zrobić. Załatwimy złych ludzi i sprowadzimy ją tu, bezpieczną, bez pudła. Jasne? Obiecuję ci to. Ja ci obiecuję.

Nendick odchylił głowę, otworzył usta; były suche, pokryte drobinkami lepkiej piany. Potem zamknął je mocno, zacisnął szczęki, tak że wargi stały się bezkrwistą cienką linią. Wyciągnął spod pachy drżącą dłoń i przyłożył do siebie kciuk i palec wskazujący, jakby trzymał coś małego. Powoli przesunął tym czymś wzdłuż ust, jak gdyby zamykał zamek błyskawiczny. Z powrotem wsunął dłoń pod pachę, znów zaczął się trząść. Wbijał wzrok w ścianę. W jego oczach widać było szalony strach, absolutną nieopanowaną zgrozę. Zaczął się kołysać, kasłać. Kasłał i dławił się głośno, ale wciąż nie otwierał zaciśniętych ust. Podskakiwał i trząsł się na stołku, ciasno skulony, rozpaczliwie dławiąc się przez zamknięte usta. Szeroko otwarte oczy przepełniało bezrozumne przerażenie. A potem wywróciły się nagle, rozbłysły białka, a Nendick runął na ziemię.

10

Starali się pomóc, ale nic to nie dało. Nendick leżał bez ruchu na kuchennej podłodze. Nie był w pełni przytomny, ale też nie nieprzytomny, jakby pogrążony w transie, zahibernowany. Skórę miał bladą, wilgotną od potu, słaby puls. Oddychał płytko. Reagował na dotyk i światło, i nic poza tym. W godzinę później znalazł się w strzeżonym pokoju w wojskowym centrum medycznym Waltera Reeda. Wstępna diagnoza brzmiała: katatonia wywołana psychozą.

– Mówiąc po ludzku, jest sparaliżowany strachem – wyjaśnił lekarz. – Medycyna zna takie przypadki, najczęściej zdarzają się wśród ludzi przesądnych, na Haiti, w częściach Luizjany. Innymi słowy w krajach voodoo. Objawy to bladość, zimne poty, spadek ciśnienia krwi, stan bliski nieświadomości. Zupełne przeciwieństwo działania adrenaliny. To proces neurogeniczny. Serce pracuje wolniej, duże naczynia krwionośne jamy brzusznej odciągają krew od mózgu. Wyłącza się większość świadomych funkcji.

– Jakie zagrożenie może wywołać taką reakcję? – spytała cicho Froelich.

– Takie, w które ofiara naprawdę wierzy – odparł lekarz. – To właśnie klucz. Ofiara musi być przekonana. Powiedziałbym, że porywacze żony opisali mu, co z nią zrobią, jeśli zacznie mówić. Następnie wasze przybycie wywołało

kryzys, bo przestraszył się, że będzie mówił. Może nawet chciał mówić, ale wiedział, że mu nie wolno. Nie chciałbym zgadywać, czym dokładnie mu zagrozili.

– Czy on wyzdrowieje? – spytał Stuyvesant.

– To zależy od stanu jego serca. Jeśli ma skłonności do chorób serca, mogą pojawić się kłopoty. Takiemu stanowi towarzyszą niezwykłe obciążenia.

– Kiedy będziemy mogli z nim porozmawiać?

– Nieprędko. Najogólniej mówiąc, to zależy od niego. Musi dojść do siebie.

– To bardzo ważne. Dysponuje niezbędnymi informacjami.

Doktor pokręcił głową.

– Może za kilka dni – rzekł. – Może nigdy.

Czekali długą, bezowocną godzinę, podczas której nic się nie działo. Nendick leżał bez ruchu, otoczony pikającymi maszynami. Oddychał powoli i to wszystko. W końcu zrezygnowali, zostawili go tam i w ciemności w milczeniu wrócili do biura. Ponownie zajęli miejsca w pozbawionej okien sali konferencyjnej, zmagając się z następną poważną decyzją.

– Musicie powiedzieć Armstrongowi – oznajmiła Neagley.

– Urządzili już demonstrację, teraz pozostaje im tylko prawdziwy zamach.

Stuyvesant pokręcił głową.

– Nigdy im nie mówimy. To nasza polityka. Robimy tak od stu jeden lat i nie zamierzamy tego zmieniać.

– Więc powinniśmy ograniczyć jego występy – wtrąciła Froelich.

– Nie – odrzekł Stuyvesant. – Coś takiego samo w sobie stanowiłoby przyznanie się do porażki. Poza tym to bilet w jedną stronę. Jeśli raz tak postąpimy, będziemy to robić

zawsze, przy każdym następnym zagrożeniu. Nie może do tego dojść. Musimy go bronić, jak tylko umiemy. Zacznijmy zatem planować, przed czym go bronimy. Co wiemy?